środa, 26 sierpnia 2015

Klapki na oczach i zamknięte umysły, czyli staram się być feministą

Redaktorzy Filmwebu od jakiegoś czasu lubią sobie pogrywać z użytkownikami swojego portalu. Co raz częściej publikowane są newsy na tematy, nazwijmy je "genderowe". A to statystyki odnośnie udziałów różnych grup etnicznych w 100 największych blockbusterach, a to informacja o tym, że jakiś znany bohater może zmienić kolor skóry... a to dzisiejsze dwa newsy.

Pierwszy z nich to wypowiedź Pierce Brosnana, który przy okazji promowania swojego najnowszego filmu, odpowiedział na pytanie "Czy Bond mógłby być gejem?". Aktor nie widzi przeciwwskazań, jego zdaniem nie dojdzie jednak do tego póki żyje Barbara Broccoli (trzymająca władzę producentka Bondów - funkcja odziedziczona po ojcu Albercie). Brosnan stwierdził natomiast, że mógłby być czarny i że nadawałby się do tego Idris Elba (który kiedyś już pojawił się jako możliwy kandydat do tej roli po Danielu Craigu). Żebyście widzieli te komentarze. Co tam się działo i dzieje wciąż. Dawno nie widziałem tylu przejawów nienawiści w czystej postaci. Niektórzy posyłali "pedałów do gazu", wielu z sarkazmem sugerowało, że kolejnym 007 powinna zostać czarna lesbijka. Nikt wprost nie poparł opinii Brosnana.

Drugi dzisiejszy news dotyczył możliwego wznowienia serii "Blade". Jeśli nie pamiętacie, to jest to historia czarnoskórego łowcy wampirów, który sam jest pół wampirem. W trzech dotychczasowych filmach grał go Weasley Snipes, który jednak wdał się w konflikt z producentami, potem poszedł siedzieć (za co innego niż ten konflikt... chyba) i zasadniczo mocnym kandydatem do ponownego odegrania Blade'a nie jest. Pojawić się ma natomiast komiks (bo Blade to wytwór Marvela), który traktował będzie o córce Blade'a, mającej przejąc schedę po ojcu. I tu znowu oburzenie, że jak to, że przecież musi być Snipes, że jak to kobieta, że to tak jakby z Thora zrobić geja... O ile jeszcze mogę troszeczkę zrozumieć oburzenie ideą czarnoskórego Bonda (mniej) geja (bardziej, bo jednak "Bond girl"), to absolutnie nie rozumiem dlaczego Blade nie mógłby być kobietą. Kobiety nie raz udowodniły, że z wampirami mają sporo wspólnego: była Buffy łowczyni wampirów, była Kate Beckinsale - wampirzyca walcząca ze swoją rasą w "Underworld" i przeciwniczka Draculi w "Van Helsingu". To pierwsze z brzegu filmowe przykłady. Najbardziej bawi mnie kontekst wypowiedzi o "Thorze geju", pozwólcie, że przytoczę:

ok Batmana zastapili...Bonda tez...wszystko na plus. ale Bladea?no nie da sie.o pomysle zmiany na kobiete nawet nie patrze bo to jakby z Thora zrobic geja. jedyna osoba ktora spojrzeniem rysami twarzy czy postura by pasowala jest michael jay white.
~użytkownik somethingevil


To ciekawe, bo Batman był zastępowany wielokrotnie, i o ile nie wiemy jeszcze jak w nowej roli poradzi sobie Ben Affleck, o tyle wiemy jak poradził sobie Daniel Craig, który też był krytykowanym wyborem ze względu na to, że jest... blondynem, a przecież Bond ma ciemne włosy (sic!). Tymczasem Craig stworzył jedną z lepszych kreacji Bonda (zdaniem co najmniej moim) i wziął udział w najlepszej, a przynajmniej najbardziej kasowej części ("Skyfall" zgarnęło grube hajsy, największe ze wszystkich Bondów), póki co więc decyzje te wydają się korzystnie wpływać na efekt końcowy (przytoczmy też Heatha Ledgera w roli Jokera, który miał się mieć nijak do Jacka Nicholsona, a tu proszę jaka zaskoczka).

Wracając do wątku głównego - irytuje mnie niesamowicie takie zaślepienie niektórych ludzi, ich zamknięcie w swoim świecie i wetowanie wszelkich innowacji. Weźmy jeszcze jedną "gównoburzę", która miała miejsce pod postem o "Lidze niezwykłych dżentelmenów" z damskiego punktu widzenia. Że łoboże, o ile można przymknąć oko przy "Pogromczyniach duchów", bo one oparte są na filmie, o tyle przecież "Liga..." to adaptacja komiksu, a tekstu bazowego ruszać nie wolno! Wszystko fajnie (tzn. nie, ale przyjmijmy, że owszem), tylko że przeczytałem ostatnio trzy części tegoż komiksu i kto tam gra pierwsze skrzypce? Kobieta. "Liga" nazywana jest "Grupą Murray" od Wilhelminy Murray, która jej przewodzi. Co się stało z tym pomysłem w filmie? A no kiszka, bo Wilhelmina nie dość, że zmieniła nazwisko na Harker (pojawiające się w powieści, ale odrzucone przez bohaterkę ze względu na... niefortunne relacje z mężem), to nie tylko nie jest liderką grupy, ale pełni w niej rolę raczej damy do towarzystwa (dla Doriana Greya, później Tomka Sawyera) niż istotnego jej członka. Kto natomiast dowodzi? Allan Quatermain (Sean Connery), który w powieści Alana Moore'a i Kevina O'Neila faktycznie był jedną z ważniejszych postaci (co przy pięcioosobowej ekipie nie jest wielkim wyczynem), ale 1. Nie najwyraźniej zaznaczoną. 2. Zdecydowanie nie decyzyjną, bo na tym polu był chyba najbardziej ze wszystkich posłuszny Wilhelminie.




Jaki stąd wniosek? Jeśli kobieta grałaby główną rolę zastąpmy ją mężczyzną i będzie okej, bo przecież nikt się o to burzył nie będzie. Zmian względem powieści jest więcej, skład grupy jest bowiem zupełnie inny, ale uznajmy, że w obliczu ostatnio modnego tematu "żeńskich wersji" ta jest najistotniejsza. Jeśli natomiast to mężczyzna był postacią ikoniczną, to nawet jeśli dopiszemy nowe powieści (graficzne) mające stanowić fundament pod filmowe odpowiedniki, to i tak ściągamy na siebie falę hejtu.

Najbardziej w tym wszystkim boli fakt, że powracającym argumentem jest wciąż podporządkowanie się wizji mniejszości. O jakim podporządkowaniu mowa, jeśli tylko 1,9% filmów w 2014 roku było wyreżyserowanych przez kobiety, około 10% miało kobiety za scenarzystki, 12,5 % wszystkich postaci było czarnych, a z 4,610 bohaterów, którzy mieli jakieś kwestia tylko 19 miało inną orientację niż heteroseksualna (sic!).

Wielu uważa, że takie statystyki są "normalne", wielu sądzi, że procenty są takie a nie inne, bo to widownia decyduje na co chce iść albo jeszcze lepiej, dlatego, że biali mężczyźni robią po prostu lepsze filmy. Tych wszystkich, którzy tak sądzą, którzy lubią oglądać filmy i chodzić do kina pytam: jeśli wasz wybór sprowadza się do tego, że wybierzecie się na film tworzony przez białych mężczyzn, w których główne role grają biali mężczyźni, albo nie nie obejrzycie nic, to co wybierzecie? Żeby nie być gołosłownym - sprawdźcie sobie chociażby premiery sierpnia: 23 filmy z czego dwa wyreżyserowały kobiety, a kobieta w centrum zainteresowania jest jeszcze tylko w "Amy" (te dwa filmy to "Barbie rockowa księżniczka", którego nie widziałem, ale zgaduję, że główną bohaterką jest tam Barbie i "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" - tytuł wyjaśnia wiele).

Trochę nie wiem jak zakończyć tę litanię, spraw, które mnie irytują. Tutaj wrzucę więc link do STATYSTYK, a wpis zamknę może prośbą, żebyście następnym razem, kiedy spotkacie się ze słowem "feminizm" czy "feministka", nie pomyśleli o kobiecie, która chce uznania ją za lepszej od mężczyzn, ale o takiej, która chciałaby chociażby, żebyśmy idąc do kina mogli wybrać czy chcemy iść na film o kobiecie czy o mężczyźnie.

Kiedyś czytałem odpowiedzi na sondę uliczną, w której przechodniów pytano o ich stosunek do feminizmu. Jedna wypowiedź szczególnie zapadła mi w pamięć, była to wypowiedź mężczyzny prawdopodobnie koło trzydziestki. Leciało to mniej więcej tak:

- Jesteś feministą?
- Tak
- Od kiedy?
- Od kiedy dojrzałem.