poniedziałek, 28 grudnia 2015

Scope100 #2 - filmowe snuje czy jednak nie?

Wczoraj zacząłem pisać o filmowych snujach mając w głowie dwa filmy ze Scope'a, mianowicie "Evolution" Lucile Hadzihalilovic i "Las altas presiones" Angela Santosa. Ten pierwszy film był w mojej ocenie najgorszym filmem z tych siedmiu, które dane mi było zobaczyć. Ciekawy pomysł, jest to bowiem historia pewnego dziesięcioletniego chłopca, który żyje na wyspie ze swoją mamą oraz innymi chłopcami i ich mamami. Od początku zapowiada się to jak odcinek "Z Archiwum X" i tylko czekałem na moment, kiedy okaże się, że mamy wcale nie są mamami, a chłopcy są na wyspie w jakimś konkretnym, prawdopodobnie niecnym, celu. Oczywiście tak się okazało. Reżyserka połączyła jednak intrygujący, mroczny pomysł z niesamowicie powolną, a momentami wręcz nużącą narracją. Po napisaniu pierwszego zdania postanowiłem wejść na forum filmu by zobaczyć jakie są opinie innych widzów... wtedy przeżyłem szok.

Nie wiem czy malkontenci woleli się nie wychylać, czy jestem w zdecydowanej mniejszości (a może podszedłem do filmu ze złymi założeniami), ale wypowiedzi były tylko pozytywne. Ba, mało tego, forumowicze rozpływali się w komplementach dotyczących reżyserki jak i samego filmu. Był to dla mnie moment zwątpienia.

Od zawsze bliżej mi było do kina mainstreamowego: tata wychował mnie na Schwarzeneggerze i Van Damme'ie, kilka razy w miesiącu chodziliśmy do kina, głównie na hollywoodzkie produkcje, to studyjnego Pioniera zacząłem chodzić dopiero w liceum, a i to sporadycznie. Nawróciłem się podczas festiwalu w Ińsku, na którym zobaczyłem "Mandarynki", który to film uświadomił mi, że kino nazwijmy je "artystyczne" podlega tym samym prawom, co filmy wysokobudżetowe. Nadal musi mieć napięcie, musi angażować widza, ale być też atrakcyjne audiowizualnie. Film dostał zresztą nagrodę publiczności na tymże festiwalu, więc moja opinia o jego wspaniałości nie była odosobniona. Niedługo potem obejrzałem "Gościa", znowu, film raczej niszowy, co absolutnie nie przeszkodziło mu zbudować niesamowicie gęstej atmosfery oraz mieć przystojnego bohatera i ładną bohaterkę, strzelaniny i wybuchy. Nie brzmi jak film do kina studyjnego? A no właśnie!

Wracając do "Evolution". Oglądając ten film miałem poczucie obcowania z dziełem, którego twórcy za bardzo się snobowali. To jeden z tych filmów, który chce być tak artystyczny, że przestaje być atrakcyjny, zyskuje sobie niewielką grupkę zakochanych w nim fanów, natomiast traci jakikolwiek pozytywny wydźwięk dla zwykłego śmiertelnika.

Jestem zwykłym śmiertelnikiem. Lubię filmy ciekawe, a jeśli przy okazji mówią o czymś ważnym - tym lepiej. "Evolution" intryguje, ale w momencie, w którym wszystkie niedopowiedzenia zostały przeze mnie uzupełnione, a mimo tego reżyserka dalej mi je tłumaczyła - przestałem odczuwać przyjemność. To było najdłuższe półtorej godziny w moim życiu.


Na trochę inny, ale jednak pokrewny problem cierpi "Las Altas Presiones". Film skupia się na kilku dniach z życia Miguela, który jest typowym filmowym snujem - taki bohater, który nie chodzi tylko się snuje, spotykając na swojej drodze różne, ciekawe postaci. Miguel snuje się w celu znalezienia lokacji, do filmu, nie jego autorstwa, co podkreśla wielokrotnie. W tym celu odwiedza okolice, w których spędził jakąś część swojego życia, spotyka się ze starymi znajomymi, by wspólnie z nimi chodzić i szukać miejsc oraz sensu.

"Las altas presiones" cierpi na ten sam problem co jego bohater, mianowicie - snuje się. Nie jest to snucie z wyboru, to snucie z przymusu. Bohater nie wie czego chce od życia, więc po prostu robi cokolwiek, gdy ma szansę robić cokolwiek więcej - odrzuca ją. W relacjach damsko-męskich też ma problemy, albo za późno podejmuje próbę podrywu, albo robi to w żenujący sposób, albo w ogóle obraża się i wychodzi. Lubię oglądać filmy o ludziach, którym w życiu nie wychodzi, bo nie czuję się wtedy osamotniony, ale oglądanie takiej formy nie radzenia sobie z rzeczywistością jest po prostu irytujące.

Jedyne co pozostawił po sobie obraz Santosa to zmęczenie. Reżyser nie sięga ani po humor ani po rozpacz, zasadniczo nie komentuje fenomenu życia. Pokazuje je w sposób neutralny, by nie powiedzieć bezpłciowy i tak to zostawia. A na takie traktowanie, to ja się proszę Państwa nie godzę!

I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę część przeżyć. Dzisiaj mam nadzieję zobaczyć jeszcze co najmniej jeden film, skończyć całość jakoś na dniach i odpocząć przy czymś lżejszym, ożywczym, może już mi znanym. Peace out!


środa, 23 grudnia 2015

Scope 100 #1 - "Chevalier" i "Drifters"

Jako, że jestem jednym z wybrańców biorącym udział w programie Scope100 mam za zadanie do 17. stycznia 2016 roku obejrzeć 10 filmów, z których potem, na drodze głosowania wybrany zostanie jeden, który będzie dystrybuowany w Polsce (rok temu taką produkcją było "Magical Girl"). Ze względu na to, że muszę sobie gdzieś zapisać swoje przemyślenia, żeby wiedzieć na co głosować, ale też dlatego, że zapowiadają się ciekawe seanse będę się z wami dzielił moimi przemyśleniami. Na pierwszy ogień idą dwa filmy, które już udało mi się obejrzeć, czyli "Chevalier" Athiny Rachel Tsangari i "Drifters" Petera Gronlunda.

"Chevalier" to grecka produkcja wpisująca się w ramy "greckiej nowej fali", o której wspomina się najczęściej w kontekście kolejnych filmów Giorgosa Lanthimosa ("Kieł", "Alpy", "Lobster"), związek tym ściślejszy, że za scenariusz do "Chevaliera" obok reżyserki odpowiadał Efthymis Filippou, który współtworzył teksty do wyżej wymienionych filmów Lanthimosa. Jeśli więc znane są wam te produkcje, to będziecie mieć rozeznanie w jakim klimacie utrzymany jest film Tsangari, jeśli nie... bazując na ogólnikach, to taki dramat, w tym sensie, że trudno zakwalifikować go do jakiegoś gatunku, a z pewnością nie jest to komedia, który operuje absurdem i groteską, by pokazać pewne realne problemy współczesnych ludzi, w tym przypadku konkretnie mężczyzn.

Pokrótce o fabule: pięciu mężczyzn robi sobie wakacje na luksusowym jachcie jednego z nich. Nurkują i łowią ryby, relaksują się, wieczorem grają w różne gry. Podczas jednego z takich wieczorów jeden z mężczyzn, Cristos, rzuca pomysł gry mającej polegać na wymyślaniu zadań przez każdego z uczestników, a następnie wzajemnym ocenianiu rezultatów. Pomysł zostaje zmodyfikowany przez Jorgosa, który proponuje by oceniać się za wszystko, tworząc w ten sposób grę "Najlepszy w ogóle [The best in general]". Zwycięzca ma utrzymać pierścień Chevaliera, który panowie kupią po dobiciu do Aten. Konkurs zaczyna rzutować na psychikę panów, powodując konflikty i doprowadzając do co raz bardziej absurdalnych konkurencji.

Znamiennym jest, że w film o grupie mężczyzn, w którym kobiety pojawiają się jedynie jako przelotne tematy w rozmowach czy głos w telefonie (lub obraz na skype'ie) zrobiła kobieta. Można by wysnuć wniosek, że mamy tu zatem do czynienia z "męskim kinem" i tak po części jest. Nie znaczy, to jednak, że ten film mężczyznom się spodoba. Krytyka Athiny jest bardzo celna, reżyserka demaskuje męski system wartości i zapatrzenie w siebie oraz samczą walkę o dominację w stadzie. Panowie ścierają się w różnych konkurencjach, od początkowo niegroźnych jak porównywanie preferencji pitej kawy, przez ocenianie swoich penisów, na poziomie cholesterolu kończąc. Im bardziej ekstremalne czy niezależne od nich wskaźniki, tym większy problem, by pozbyć się psychicznego piętna, które sami na siebie narzucają.

"Chevalier" to w dużym stopniu film, o uleganiu presji otoczenia i nie akceptowaniu samego siebie. Panowie pozują, ukrywają przed sobą swoje słabości, chwalą się chwilami triumfu, wszystko po to, by być jak najlepiej widzianym w oczach innych samców. Z mężczyzn wychodzą prymitywne pobudki i ich zwierzęce instynkty, zawoalowane w kulturowe konteksty i schematy, w gruncie rzeczy proste i niezbyt chwalebne.

Film Athiny Tsangari sprawia wrażenie zupełnie nierealnego, a jednocześnie ja, jako facet, musiałem zgodzić się z niektórymi jej spostrzeżeniami, często dosyć przykrymi. "Chevalierowi" brakuje trochę zakończenia, puenty, która podkreśliła by wydźwięk filmu. Reżyserka przerzuca swoją narrację na nowych bohaterów i zostawia historię z pewnym niedopowiedzeniem. To miejsce dla widzów, na własne interpretacje i wnioski. Wnioski, które mogą pomóc w spojrzeniu na pewne kwestie z dystansu i odkryciu nowych prawd o mechanizmach, którym wszyscy podlegamy.


"Drifters" Petera Gronlunda stoi w pewnym kontraście do filmu Tsangari. To Szwedzki dramat (tu z większa pewnością używam tego słowa) o ludziach z tak zwanego marginesu. Główna bohaterka, Minna, handluje narkotykami, a w jej życiu zasadniczo nie dzieje się dobrze. W obliczu zbliżającej się eksmisji ze względu na niepłacenie czynszu, postanawia okraść swojego znajomego Tonniego. Niestety, eksmisja jest już w toku i Minna zostaje zmuszona szukać sobie nowego miejsca, z ośmioma tysiącami w kieszeni, poszukiwana przez ich pierwotnego właściciela, groźnego gangstera Cristera.

Film Gronlunda pokazuje przygnębiającą rzeczywistość ludzi, którzy dnie spędzają na ćpaniu albo piciu,a których życia to równia pochyła. Nic ich w życiu nie czeka, trudno im odzyskać to, co utracili. Mało komu w tym środowisku kibicujemy. Minna nie wzbudza sympatii, jest dwulicowa, notorycznie łamie prawo, oszukuje nawet ludzi, z którymi zmuszona jest współpracować. Jej koleżanka Katja, to z kolei pijąca matka, która straciła prawo do opieki nad dzieckiem, a która, chociaż pomaga Minnie, ma poważny problem z zaufaniem jej. Są też postaci drugoplanowe, ćpajacy Benneth, jego paląca w ciąży partnerka i inni, równie mało przyjemni bohaterowie. Gronlund pokazuje pewien dramat i beznadzieję, ale izoluje je, nie pokazując miejsc, gdzie światy zwykłych ludzi i tych wyrzutków się łączą.

Reżyser nie ma problemów z narracją, "Drifters" ogląda się dobrze. Wydarzenia się zazębiają, historia do pewnego stopnia jest interesująca. Problemem jest raczej temat, w którym trudno powiedzieć coś nowego. Oglądając ten film miałem ciągłe skojarzenia z "Bóg wie co" Bena i Joshui Safdiech opowiadający o Nowojorskich heroinistach. Zarówno oni jak i Minna kombinowali, żeby zapłacić komuś u kogo mają dług, czy żeby dostać kolejną działkę. Tam dochodził do tego idiotyczny wątek miłosny (relacji jednostronnej i wyniszczającej), tu więcej jest zawiłości w relacjach ze "współpracownikami". Ostatecznie jednak obraz środowiska ludzi biorących narkotyki jest podobny, różny był tylko wiek i brany środek.


To tyle jeśli chodzi o pierwsza dwa filmy, przede mną jeszcze osiem, więc spodziewajcie się kolejnych wpisów. Kolejny prawdopodobnie... jutro? Wesołych świąt :)

sobota, 19 grudnia 2015

Niech moc będzie z nami - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" recenzja

Gwiezdne Wojny to fenomen kulturowy o niebagatelnym znaczeniu. Niektórzy chełpią się tym, że nigdy nie obejrzeli żadnej części, inni nie wyobrażają sobie bez nich dzieciństwa, dla jeszcze innych, to fundament dzisiejszej popkultury. Niezależnie od tego, do której racji ma się najbliżej, obok premiery siódmej części gwiezdnej sagi nie można przejść obojętnie, bowiem jest to wydarzenie, które już jest szeroko komentowane, a w planach są już kolejne części i spin-offy.



"Przebudzenie Mocy" zaczyna się tak jak powinno: "Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...", charakterystyczna muzyka, logo i przesuwające się w dal napisy wprowadzające. Tyle jeśli chodzi o formę, treść jest tu jednak równie ważna. Jeśli ktoś liczył na jakieś novum w uniwersum, to srogo się zawiedzie, już bowiem na etapie napisów z prologu resetowana jest Stara Trylogia, a wszystkie pionki wracają na swoje miejsca. Imperium zastąpione zostało więc przez Najwyższy Porządek, z którym walczy Ruch Oporu. Luke Skywalker, ostatni przedstawiciel rycerzy jedi zniknął, co z kolei zaburzyło równowagę mocy, dając szansę Ciemnej Stronie na wzrost w siłę. Jeśli chodzi o stosunki militarno-polityczne, mamy zatem do czynienia z powtórzeniem sytuacji z "Nowej nadziei" i ta analogia będzie nam towarzyszyć przez cały film, od przekazania ważnych informacji, małemu droidowi na początku, po napakowany efektami specjalnymi finał.

Motorem napędowym filmu J.J. Abramsa jest sentyment. Poza warstwą fabularną, w której "Przebudzenie Mocy" jest z grubsza Epizodem IV, tyle że nakręconym w 2015 roku, w filmie nie brakuje żartów i mrugnięć okiem do fanów. Humor jest tu wartością, za pomocą której maskuje się wiele wygodnych z narracyjnego punktu widzenia zbiegów okoliczności i uproszczeń scenariuszowych, które, po raz kolejny, przypominają te, z jakimi mieliśmy do czynienia prawie czterdzieści lat temu. Najwyższy Porządek, podobnie jak Imperium, ma bowiem poważne niedociągnięcia jeśli chodzi o protokoły zabezpieczeń (uciec z wojskowego statku wroga nie jest wcale trudno), a ich niezwykle nikczemny plan może zostać pokrzyżowany z jednym wciśnięciem metaforycznego czerwonego przycisku.

Film Abramsa jest dzieckiem swoich czasów, to Gwiezdne Wojny na miarę drugiej dekady XXI wieku. Świat, w którym rozgrywa się akcja jest nam doskonale znany, jednak sposób w jaki prowadzona jest narracja, to już zupełnie inna bajka. Dzieje się tu dużo: pościgi, wybuchy, bitwy statków kosmicznych – wszystko to zostaje przedstawione bardzo dynamicznie. Reżyser dobrze też manipuluje tempem, jeśli na chwilę zwalnia, żeby wprowadzić nowych bohaterów czy zarysować relacje między nimi, to już po chwili rzuca ich w sam środek akcji, nie pozwalając widzowi się znudzić. Sami bohaterowie to kombinacja starej i nowej gwardii. Obok postaci kultowych jak Han Solo (Harrison Ford), Leia (Carrie Fisher) czy Chewbacca (dzielnie noszący futrzany kostium Peter Mayhew) znajdujących się raczej na drugim planie, wprowadzeni zostają nowi, głowni bohaterowie. Reya (Daisy Ridley), Finn (John Boyega) i Poe (Oscar Isaac) reprezentują przekrój charakterów i biografii. Chociaż główna bohaterka wpisuje się w schemat postaci jaką był Luke Skywalker (pustynna planeta, przywiązanie do domu, techniczne umiejętności), to wprowadza powiem świeżości, do zdominowanej przez mężczyzn galaktyki. Finn z kolei intryguje swoją przeszłością i decyzjami jakie podejmuje, jego historia nie zostaje jednak w pełni rozwinięta, czego prawdopodobnie doczekamy się w późniejszych odsłonach.




"Przebudzenie Mocy" to rozrywka na poziomie. Akcja wciąga, bohaterowie wzbudzają sympatię i potrafią przejąć swoim losem. Chociaż wszystko jest tu raczej oczywiste i liniowe, to wchodząc w świat ogromnych statków i dziwnych planet można się poczuć jak w dzieciństwie, gdy po raz pierwszy odkrywało się uroki sagi Lucasa. Euforia jaką wywołuje Epizod VII opiera się na sentymencie i trudno tu mówić o nowej jakości czy odświeżeniu serii. Jedno jest pewne – póki co nie ma wstydu. "Przebudzenie Mocy" raczej nie będzie stawiane obok niechlubnych części z Nowej Trylogii. Nie ma też jednak szału. O ile "Nowa nadzieja" i jej kontynuacje faktycznie zmieniły nie tylko oblicze kinematografii, ale i wpłynęły na szeroko pojętą popkulturę, o tyle film J.J. Abramsa przypomina raczej merchandisingowe wyczyny George'a Lucasa – to po prostu rzetelnie zrobiony produkt, który ponownie rozkręci machinę biznesu, wprowadzając na rynek nowe postaci, figurki, książki, komiksy czy gry. Póki filmy będą trzymać poziom "Przebudzenia..." nie będzie źle, ale w obliczu planów licznych spin-offów, nie tylko fani zaczną się teraz uważniej przyglądać poczynaniom producentów i twórców. Moc bowiem się przebudziła i wszyscy to poczuliśmy.

wtorek, 22 września 2015

Hellboy filmowy i komiksowy

Miałem dzisiaj napisać o różnych obliczach grozy w popkulturze podpierając się przykładami komiksów o Hellboyu Mike'a Mignoli i opowiadaniami Lovecrafta, ale robiąc swego rodzaju research obejrzałem dzisiaj "Hellboya II: Złotą Armię" i wiem, że jeśli teraz się do tego nie odniosę, to nie zrobię tego już nigdy, bo to film, który dosyć szybko wyleci mi z pamięci.

Warto zacząć od tego, że samą postać Hellboya bardzo lubię. Poznałem go gdzieś w liceum, kiedy okazało się, że ze Szczecińskiej biblioteki można wypożyczać komiksy. Przeczytałem dwa tomiki, pierwszy oraz jakiś losowy. Chociaż nie pamiętam wiele z historii, która była dosyć prosta, ani nawet jaki był tytuł tego drugiego tomiku, to został mi w pamięci pewien klimat i specyficzna kreska. Zaowocowało to tym, że od tygodnia pochłaniam kolejne części przygód czerwonego demona pracującego dla B.P.R.D (Bureau for Paranormal Research and Defense). Chcąc nie chcąc, świadomość, że Guillermo Del Toro zrealizował o tym bohaterze już dwa filmy (a ostatnio przebąkiwał coś o tym, że Hellboy zasługuje na trylogię) skłoniła mnie w końcu do tego, żeby obejrzeć "Złotą Armię". Niestety, jak mówił Arnold Schwarzenegger w "Bohaterze Ostatniej Akcji": "Big mistake...".

Zacznę może od specyfiki komiksu. Hellboy to najczęściej krótkie, kilkudziesięcio, czasem mniej, stronnicowe opowiadania, w których główny bohater podróżuje po świecie spotykając i najczęściej walcząc z różnymi zjawiskami paranormalnymi w większości zaczerpniętymi z lokalnego folkloru. Z czymkolwiek Hellboy by się nie mierzył schemat opowieści przebiega mniej więcej tak samo:

coś się dzieje-przybywa Hellboy-ktoś jest w niebezpieczeństwie-Hellboy tłucze się z jakimś wielkoludem

Bardzo ciekawy jest zwłaszcza ten ostatni aspekt, bowiem Hellboy jest "detektywem okultystycznym". Fakt, że większość jego spraw da się rozwiązać mocnym uderzeniem prawej ręki, trochę nie pasuje do tego wizerunku, z drugiej jednak strony sprawia, że komiksy te stają się niezobowiązującą rozrywką, w której nie brak jest klimatu, budowanego najczęściej przez odniesienia do legend czy mitologii oraz świetne kadry, na których Hellboy wygląda na nieziemskiego (dosłownie) kozaka.



Wracając do przyczyny powstania tego wpisu. W filmie Guillermo Del Toro podejmuje co prawda próbę budowania paranormalnego klimatu, kończy się ona jednak na scenografiach i kostiumach. Del Toro do minimum ogranicza efekty komputerowe, używając ich tylko do pokazywania wielkich stworzeń czy przestrzeni, których zbudowanie na planie mogłoby być zbyt kosztowne. Świat zaludniają więc statyści poprzebierani w dziwaczne kostiumy, kojarzące się niekiedy bardzo z "Labiryntem Fauna". Niestety, ten inscenizacyjny rozmach nie wychodzi filmowi na dobre. Siła opowiadań tkwi bowiem najczęściej w skromnej inscenizacji. Bohaterowie przemierzają ruiny zamków, nawiedzone lasy czy opustoszałe wioski, na swojej drodze spotykając niewielu bohaterów pobocznych. Pomaga to skupić się na tym co naprawdę istotne, Hellboyu, jego przeciwniku i drodze do jego zlikwidowania. W filmie natomiast wątków jest sporo, historia rozwija się powoli i opowiadana jest z dwóch perspektyw. Mamy złego, zbuntowanego księcia Elfów, który chce zdobyć władzę nad Złotą Armią i zrobić porządek z ludźmi (ależ sztampa) i mamy drużynę z B.P.R.D, która stara się mu w tym przeszkodzić. Zanim jednak dojdzie do jakiegokolwiek starcia między tymi dwiema stronami, oglądamy wątek miłosny Hellboya i Liz mającej zdolności pirotechniczne. W tle pojawia się wtedy ckliwa muzyczka, a bohater wygłasza refleksje, jakie wygłaszało przed nim wielu, prawdopodobnie wypadając przy tym szczerzej. Pojawia się też aspekt irracjonalnej niechęci społeczeństwa do drużyny, opierającej się na strachu przed ich innością. Ten wątek także wypada sztucznie, bo choć ma przybliżać stosunek Hellboya do świata i vice versa, to sprawia raczej wrażenie zapychacza dla dwugodzinnego metrażu.

Opierający się na kultowym komiksie film niemal całkowicie rezygnuje z tego fundamentu, budując na ogranych, filmowych schematach. Od początku wiadomo jak historia się rozwinie, bohaterowie przypominają marionetki, które robią co im kazał scenarzysta, udając, że mają psychologiczne motywacje tych działań, sprawia to, że film jest nużący i nawet sceny akcji (ograniczające się najczęściej do pojedynków 1 na 1) nie są w stanie wciągnąć w opowieść. Cierpi na tym materiał źródłowy, bo Hellboy jawi się tu jako trochę głupkowaty, zdziecinniały koks, który biega z wielką giwerą i w zasadzie daje się sprowokować każdemu, kto ma z nim jakiś problem. Komiks co prawda też ogranicza jego ekspresję do radosnego łupania przeciwników po mniej lub bardziej brzydkich mordach, jednak w oryginale detektyw dysponuje jakąś wiedzą, przeżywa dylematy związane ze swoim pochodzeniem i przeznaczeniem, więc coś tam się dzieje. Do tego jego wizerunek budowany jest na przestrzeni kolejnych tomów, które nawiązują do siebie, rozwijając poszczególne kwestie.

Ostatnio staję się przeciwnikiem samego siebie, bo zawsze byłem zwolennikiem poglądu, że książki należy oddzielać od ich filmowych adaptacji. Tylko z literaturą jest jakoś inaczej, bo opierający się na niej twórcy częściej potrafią stworzyć coś własnego i dobrego autonomicznie. Przykładami takich filmów niech będą "Łowca Androidów" bazujący na książce Dicka czy "Wróg" inspirowany "Podwojeniem" Saramago. Dwa filmy, w których widać powiązania z oryginałami, ale które są od nich niezależne i wzajemnie się nie spoilują. Tymczasem taka "Liga niezwykłych dżentelmenów", która wyciąga z komiksu w zasadzie tylko ideę dziwnej grupy czy drugi Hellboy, który także czerpie tylko postaci to filmy co najwyżej średnie, próbujące budować coś własnego, ale uciekające w znane terytoria ogranych schematów filmowych. Mam szczerą nadzieję, że Del Toro nie zrobi kolejnego Hellboya, a nawet, że nie powstanie kolejna Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Adaptacje komiksów nie zachęcają bowiem do czytania ich nawet jeśli są udane. Mam natomiast szczerą nadzieję, że ktoś w końcu zacznie zauważać w komiksach coś ponad postaci czy pomysły na fabuły. Zdecydowanie na to zasługują.


poniedziałek, 21 września 2015

"Młodość" Paolo Sorrentino - recenzja



Paolo Sorrentino tworzy od lat, jednak w masowej świadomości zaistniał dopiero rok temu, kiedy to "Wielkim Pięknem" zgarnął Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Kiedy więc na ekrany zawitała "Młodość" wszyscy "fani Sorrentino" rzucili się do kin. Słusznie, bo ten włoski artysta ma wszelkie predyspozycje do tego, by stać jednym z najważniejszych europejskich twórców.

Fabuła w "Młodości" właściwie nie istnieje. Nie ma tu jednej spójnej historii, która dąży do jakiegoś określonego z góry finału. Jest za to miejsce akcji - luksusowy ośrodek wypoczynkowy, do którego przybywają sławy z całego świata i są bohaterowie, których losy składają się na tę dwugodzinną opowieść. Na pierwszym planie oglądamy Michaela Caine'a oraz Harveya Keitela. Pierwszy wciela się w rolę apatycznego kompozytora, Freda Ballingera, który, choć stworzył w życiu wiele wspaniałych utworów pamiętany jest tylko z jednego, najbardziej przystępnego szerokiej publiczności. Jego przyjaciel - Mick, jest reżyserem, który wraz z grupką młodych scenarzystów opracowuje tekst swojego kolejnego dzieła, mającego być jego filmowym testamentem. Rachel Weisz wciela się w córkę Ballingera, wprowadzając do historii ważny wątek rodzinny, z kolei grający znanego aktora Paul Dano, to cichy obserwator, który zbiera doświadczenia innych bohaterów, co jakiś czas je komentując.

Film Sorrentino już samym zamysłem celuje w wielkość. Pod pewnymi względami jest bardzo podobny do "Wielkiego Piękna": bardzo spokojna narracja, refleksyjne, filozoficzne niemal dialogi, piękna muzyka dodająca obrazowi klimatu, no i oczywiście zachwycające zdjęcia. Wszystkie te przymiotniki wydawać się mogą puste, czy bardzo subiektywne, "Młodość" stworzona została bowiem po to, by zachwycać i trudno z początku odbierać ją na poziomie innym niż emocjonalny. Warstwa merytoryczna filmu jest jednak bardzo bogata. Przez ilość bohaterów, również tych epizodycznych, poruszanych jest tu wiele, różnorodnych wątków. Głównym jest oczywiście kwestia spuścizny, jaką człowiek, a zwłaszcza twórca, pozostawia po sobie na świecie, czy z jaką jest utożsamiany. Większość bohaterów zmaga się tu z problemem niezrozumienia. Ballinger nagrał "Simple Songs" i teraz Królowa Wielkiej Brytanii chce, żeby zagrano to na urodzinach księcia Filipa. Mick popełnił w swojej filmografii wiele gniotów, dlatego tak bardzo zabiega o stworzenie wieńczącego jego karierę arcydzieła. Jimmy Tree (Dano) pracował z największymi reżyserami, ale i tak publiczność kojarzy go głównie z roli Mistera Q, robota, którego kostium zakrywał nawet twarz aktora. Sorrentino dodaje do tego postać masażystki, które reprezentuje skrajnie inną postawę życiową i w pewnym sensie najbliższa będzie tym widzom, którzy oglądając losy bohaterów-artystów odczują strach przed byciem zwyczajnym.

W warstwie technicznej wszystko w "Młodości" jest z najwyższej półki. Na uwagę zasługują przede wszystkim aktorzy, z których każdy miał szansę pokazać na co tak naprawdę go stać. Najlepiej widać to u Michaela Caine'a, przez ostatnie lata grającego mądrych starszych panów (głównie w filmach Nolana). U Sorrentino wciela się w bohatera, który zmęczony jest takim wizerunkiem, w związku z czym zaczyna włóczyć się bez celu, a w jego wypowiedziach książkowe mądrości ustępują pola życiowym obserwacjom, często o wydźwięku humorystycznym. Kroku dotrzymuje mu Keitel, który najlepsze role ma już prawdopodobnie za sobą, jednak w kinie mniej mainstreamowym ("Kongres" Folmana, "Grand Budapest Hotel" Andersona [zanim okazał się być hitem, ale to pierwszy szał na taką skalę w przypadku Andersona]) od kilku lat udowadnia, że chociaż jego nazwisko nie sprzedaje już filmów, to wciąż niesie ze sobą jakość. Także Rachel Weisz zdecydowanie więcej pokazuje w filmach bardziej artystycznych (ostatnio chociażby "Lobster"), Paul Dano z kolei konsekwentnie buduje swoją markę i trzeba przyznać, że idzie mu to co raz lepiej.

"Młodość" to film, na którym albo zaśniecie, albo go pokochacie. Jeśli zaśniecie to prawdopodobnie nie zgodzicie się z ani jednym słowem, napisanym przeze mnie w tej recenzji, a filmy, które się przez nią przewinęły omijaliście do tej pory z daleka. Jeśli natomiast jesteście fanami "Wielkiego Piękna", a kino zdarza się wam traktować jak poezję, przy której można odpocząć, to "Młodości" nie możecie przegapić. Nie tylko dlatego, że teraz wiele osób będzie się nią zachwycać i prawdopodobnie zgarnie worek nagród. Głównie dlatego, że to film, który przypomina w jaki sposób kino może być sztuką, a to coś czego doświadczać możemy co raz rzadziej.

niedziela, 20 września 2015

Problem z konwentami, czyli co mogłoby być lepsze.

Dzisiaj w nocy wróciłem z Torunia, w którym odbywa się jeszcze Copernicon, czyli konwent fantastyki. Nie mam dużego konwentowego doświadczenia, byłem raptem na dwóch Pyrkonach, dwóch PDFach (Poznańskie Dni Fantastyki) i tym jednym wczorajszym wydarzeniu. Nigdy nie uważałem się za nerda, grałem w gry komputerowe, od czasu do czasu gram w nie nadal. Przerzuciłem się na planszówki, ostatnio zacząłem czytać komiksy i jestem co prawda na bieżąco z chyba wszystkimi filmami Marvela i DC, natomiast nie jestem fanem. Moje filmowa pasja zawsze jednak korespondowała jakoś z tym, co można znaleźć na konwentach, toteż na mój pierwszy Pyrkon trzy lata temu wybrałem się z wielkim entuzjazmem, na drugi z mniejszym, tegoroczny odpuściłem... Dlaczego?

Moje doświadczenie z konwentami ma swój początek w tym samym czasie, co rozpoczęcie przeze mnie studiów. Piszę to dlatego, że prawdopodobnie niezależnie od uczelni, jeśli tylko mieliście styczność z akademickim sposobem przekazywania wiedzy, to w jakiś sposób zmieniła ona wasze przyzwyczajenia. Siedzenie przez półtorej godziny i słuchanie jak ktoś się produkuje, w dodatku podpierając się źródłami, zmienia pojęcie o przekazywaniu informacji. Do końca liceum niewielu nauczycieli darzyłem autorytetem. Na studiach, nawet jeśli nudziły mnie wykłady, czy uważałem kogoś za średniego wykładowcę, to u większości podziwiałem wiedzę. Po co to piszę? Bo problem nie wywieraniem wrażenia osoby, która zna się na tym o czym mówi, to chyba najpoważniejszy zarzut wobec konwentowych prelegentów.

Rozumiem, ludzie różnie znoszą stres, nie wszyscy przyzwyczajeni są do występowania przed innymi ludźmi, czasem też coś się schrzani i prelekcja nie zaczyna się tak jak powinna. To wszystko są okoliczności łagodzące, natomiast w momencie, w którym wchodzę na prelekcję z tematu, którego nie jestem znawcą (czyli całego mnóstwa zagadnień), a jednak na podstawie własnej wiedzy, mam wątpliwości czy osoba prezentująca wie o czym mówi, to coś jest chyba nie tak.

Wczoraj wyszedłem z dwóch prelekcji, jedna dotyczyła starych filmów o superbohaterach, druga roli antybohaterów w filmie. Ta pierwsza zaczęła się zerwaniem ekranu i problemami z odpaleniem prezentacji. Abstrahując od tego, że w środowisku fantastycznym często brakuje poczucia profesjonalizmu i nikt nie powiedział nam "Jak państwo widzą, mamy problemy techniczne, przepraszamy, za chwilę zaczniemy", a zamiast tego cała akcja rozgrywała się na naszych oczach,  bo przez organizatorów była traktowana jak żart, to kiedy prelegentka zaczęła mówić o filmie "Batman" z 1966 roku witki mi opadły. Pech chciał, że widziałem ten film i znam kontekst, w którym powstał. Stary "Batman" to przykład filmu campowego, to znaczy takiego, który nobilituje zły gust, kicz i nieudolność i na tym buduje swoją narrację. Zrealizowanie filmu o tym bohaterze w takiej konwencji, było konsekwencją nie myślenia o komiksach w sposób poważny. Nie dotyczy to zresztą tylko Batmana, podobny los spotkał chociażby "Barbarellę". Z prelekcji dowiedziałem się natomiast, że "film jest świetny", "tak wtedy robiono filmy" i "jest to produkcja klasy Z" (szczerze wątpię, żeby przenoszenie na wielki ekran popularnego serialu o jednym z najpopularniejszych superbohaterów można uznać za kino klasy Z, którym to określeniem można by zbyć na przykład taki film jak "Zabójcze ryjówki").

Ja rozumiem, że można się jarać jakimś tematem, rozumiem, że środowisko dąży do zacieśniania więzi (na przykład na Pyrkonach preferuje się zwracanie na "ty" zamiast form grzecznościowych), co nie znaczy, że opowiadanie o czymś nie wymaga robienia researchu czy operowania szerszym zakresem pojęciowym niż "super" i "beznadziejny" (które to określenia reprezentują zresztą subiektywną opinię, niewiele wnoszącą w życie osób, nie znających osobiście autora słów). Jako osoba, która z każdy kolejnym zetknięciem ze środowiskiem fantastycznym, czuje się od niego co raz bardziej oddalać, życzyłbym sobie, żeby ktoś pomyślał o ludziach takich jak ja. Ludziach, którzy niekoniecznie są podjarani tematami, którzy są nimi zainteresowani i szukają nowych tropów, ale których trzeba zachęcić w sposób inny niż mówienie "super, musisz zobaczyć". Myślę, że jest to coś, co organizatorzy konwentów powinni rozważyć (wprowadzając choćby jakieś wymogi odnośnie przygotowania prelekcji), bo chociaż taki Pyrkon z roku na rok przyciąga co raz więcej ludzi, to jednocześnie staje się środowiskiem bardzo hermetycznym.

Fantaści wychodzą z cienia, jednak nie staną się grupą respektowaną, której zdanie może być brane pod uwagę, jeśli te same osoby, na wszystkich możliwych konwentach będą robić te same prelekcje przez kilka lat z rzędu. Nie zmieni się to również, jeśli poziom merytoryczny prelekcji nie stanie wreszcie na jakimś przyzwoitym poziomie. Bo co z tego, że ludzi przyciągnie temat, jeśli wyjdą stwierdzając, że pieniądze wydane na wejście, nie zwróciły się w wartości doświadczenia.

niedziela, 13 września 2015

Kwestia konwencji, czyli potencjalne kije w d*pie

Ostatnio przy okazji radosnego skakania po kanałach trafiliśmy z matulą na "Klątwę Laleczki Chucky" z roku 2013. Żadne z nas nie ogląda raczej horrorów, mama się boi, ja zwykle ograniczam się do klasyki, bo za dużo fuszerki powstaje w tym gatunku. Nie mniej jednak, skoro zaczęliśmy już oglądać (bo prawdopodobnie spóźniliśmy się na planszę z tytułem, więc chcąc się dowiedzieć co to za film, czytaliśmy nazwiska kolejnych twórców), postanowiliśmy to przetrwać.

Nie jestem fanem serii, niedawno widziałem część pierwszą (przy okazji czego napisałem wpis o Głupich dorosłych i ich biednych dzieciach) i o ile mimo pewnych skrótów i szeleszczących papierem postaci nawet mi się podobało, o tyle przy "Klątwie...", która jest szóstą odsłoną serii załamywałem już ręce i co chwila wybuchałem śmiechem.

Horror jest gatunkiem filmowym, który wymaga od widza kilku rzeczy. Przede wszystkim, jeśli w historii występują wątki paranormalne, to widz, chcąc się dobrze bawić, musi zawiesić swoją niewiarę. To możliwe, że w szafie czai się potwór, że zmarli ożyli i chcą nas zjeść, że jakieś dziecko, zostało opętane, albo że dostało lalkę, w której tkwi dusza mordercy. Jest to część KONWENCJI (słowo klucz w niniejszym wpisie), która zakłada również występowanie innych motywów, by realizować założenia gatunku, a ostatecznie sprawniej straszyć. Niestety, z tworzeniem kina gatunkowego wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Najczęstsze jest takie, że realizując pewne schematy, twórca posłuży się kliszą, która przestała już spełniać swojej podstawowej roli i stała się raczej pustym, za to dobrze rozpoznawalnym znakiem, który burzy realność przedstawionego świata i wybija z toku narracji.

Zmarły niedawno Wes Craven w swoim kultowym już "Krzyku" postawił na autotematyczność. Jego bohaterowie oglądają dużo horrorów i nie wahają się ich dekonstruować. Głupia bohaterka zamiast wybiegać z domu, w którym jest morderca, wbiega na piętro skąd nie ma ucieczki. Jeśli, ktoś mówi, że zaraz wróci, to najprawdopodobniej zginie jako kolejny...


W "Klątwie Laleczki Chucky" takich motywów była cała masa i mam nadzieje, że nikt nie będzie miał mi za złe, że zacznę teraz rzucać spoilerami. Powrócił oczywiście motyw głupich dorosłych, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że z lalką, która pojawia się i znika w tajemniczych okolicznościach może być coś nie tak. Dziewczynka, która dostała lalkę jest natomiast pozbawiona jakiejkolwiek refleksji i kiedy Chucky rzuca w nią wulgaryzmami ta cieszy się i myśli, że nadal są najlepszymi przyjaciółmi. U wszystkich bohaterów szwankuje też świadomość przestrzeni (space awareness), ich oczy są w stanie skoncentrować się tylko na jednym punkcie, a szyja pozostaje nieruchoma. Ja rozumiem, że trzeba jakoś pchać akcję do przodu i że bohaterowie są do jakiegoś stopnia odczłowieczani na rzecz tworzenia z nich typów wnoszących coś w narrację, ale nie uwierzę, że kiedy siedzisz sobie na łóżku z laptopem, a twoja kochanka, która przez video czat pokazuje ci palcem na coś co jest za tobą, to nawet nie zerkniesz o co jej może chodzić. Albo że chodząc po opuszczonym strychu (na który weszłaś, bo zobaczyłaś uchylone drzwi, więc zamiast sprawdzić czy twojej córki faktycznie nie ma w łóżku, postanowiłaś eksplorować nowe terytoria zakładając, że tam właśnie ją znajdziesz) nie rozglądasz się dookoła. Ba, znajdując ogromny nóż schowany w ogrodniczkach lalki, kładziesz go obok niej i nigdy już nie patrzysz w jej stronę, bo coś odwróciło twoją uwagę. Szczytem idiotyzmu jest natomiast zdrapywanie makijażu z tejże lalki, która w cudowny sposób pojawiła się w nowym miejscu (kto ją tam przyniósł? a może sama się przyniosła? W takim razie albo zacznij krzyczeć na głupiego żartownisia, albo trzaśnij ją latarką w plastikowy łeb).



Gdy załamywałem ręce i śmiałem się z żałości moja mama stwierdziła, że to część konwencji. Otóż nie. Wielokrotnie pod moimi recenzjami filmwebowicze zarzucali mi nie rozpoznanie konwencji. Ostatnio nawet kazano mi (nie bezpośrednio, ale jednak) wyjąć sobie kij z dupy i dobrze się bawić, na filmie, który po to własnie powstał (Kryptonim U.N.C.L.E). Widzę konwencję, potrafię dostrzec, że coś stara się parodiować pewne motywy, co nie znaczy, że skoro jakiś aspekt został ujęty w nawias, to nie można go skrytykować za złą realizację. "Kryptonim..." odwoływał się do kina szpiegowskiego, ale na jego polu był średnią realizacją. "Klątwa..." musiała zmierzyć się z dorobkiem kinematograficznym sięgającym w zasadzie początków kina i nie popaść w schematyzm i przegrała na tym polu. To nie jest tak, że bohaterami filmu muszą być idioci, żeby dało się ich zabić i pchać akcję w przód. W "Coś za mną chodzi" podejście nastolatków do problemu jest całkiem realistyczne. Nie wiedzą co za nimi chodzi, wiedzą, że nie mogą dać się dotknąć. Kiedy więc w szkole pojawia się babcia ubrana w piżamę pacjenta i nie reaguje na mówienie do niej, to nie ma co ryzykować i trzeba spier*alać.

Na sam koniec krótka refleksja o dwóch filmach, przy których wiele osób ma prawdziwy problem z rozpoznaniem konwencji. "Dom w głębi lasu" i "Mordercza opona". Oba brzmią i wyglądają jak horrory, żaden z nich horrorem nie jest. Ten pierwszy to w zasadzie komedia, pastisz horrorów, wykorzystujący, ale też demaskujący gatunkowe schematu w czym tkwi jego wartość. Drugi tytuł, to film o filmie, śledzenie losów opony, jest pretekstem do swobodnych refleksji na temat tego jaka rolę pełni widz dla filmu oraz dlaczego pewnych rzeczy się w kinie unika.


I to jest brak zrozumienia, to czego niektórzy chcą, żebyśmy się nie czepiali, "bo taka była konwencja", to po prostu kiepskie filmy.

wtorek, 8 września 2015

Filmy i komiksy, czyli co się dzieje przy zetknięciu dwóch mediów?

Jakiś czas temu stałem się zapalonym czytaczem komiksów. Zaczęło się, prawdopodobnie, od filmu. Jeszcze w liceum sięgnąłem po kilka części komiksu Mike'a Mignoli o Hellboyu, które wówczas wydały mi się uboższe w stosunku do filmu, jednak posiadały specyficzny klimacik, który gdzieś we mnie osiadł, nie pozwalając o serii zapomnieć.

Jakieś dwa lata temu, gdy byłem na swoim pierwszym Pyrkonie trafiłem na prelekcję pana, który w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu zajmuje się zbiorem komiksów. Opowiadał o kolekcji, o tym skąd się wzięła, w jaki sposób się powiększa, trochę o tym jak z niej korzystać... Pan miał na imię Rafał, a ja potrzebowałem kolejnego roku, żeby wreszcie się tam wybrać.

Zrobiłem to przy okazji przygotowań do mojej prelekcji przy okazji seansu "Scott Pilgrim kontra świat" i przeczytałem wtedy dwa tomy przygód Scotta Pilgrima, który jest nerdowym, kanadyjskim dwudziestokilkulatkiem. Tak jak George Orwell umieszczając słowo "orgazm" na bodajże szóstej stronie "Roku 1984" zmienił moje postrzeganie książek (okazało się, że nie to nie tylko nudne lektury szkolne), tak Brian Lee O'Malley zachęcił mnie do zagłębiania się w świat komiksów. Słuszność tego kierunku potwierdził Adrian Tomine, ale największe wrażenie dotychczas, zrobiły chyba na mnie powieści graficzne Alana Moore'a, z którego nazwiskiem prawdopodobnie wielu z was już gdzieś się spotkało.

Alan Moore jest autorem scenariuszy do takich komiksów jak "Strażnicy", "V jak Vendetta" czy "Liga Niezwykłych Dżentelmenów". Trzy tytuły najlepiej chyba znane, ze względu na filmowe adaptacje, których się doczekały. Sam Moore za kinem nie przepada, gdyż uważa, że istnieją lepsze media oraz formy spędzania czasu. Poza tym miał nieprzyjemności związane z adaptowaniem jego prac. Widziałem te trzy filmy i muszę przyznać... miał podstawy.

Na "V jak Vendetta" byłem w kinie, ocenę na Filmwebie mam z 2008 roku. "7" czyli nawet jako nastolatek film mnie nie oszołomił. Powieść Moore'a i Davida Lloyda skończyłem czytać dzisiaj i o ile początek ma odrobinę niezgrabny (komiks pojawiał się od 1982 roku do 1988, miał więc czas ewoluować), to jako całość robi potężne wrażenie.

Jest to wizja przyszłości dziejąca się pod koniec lat 90', kiedy to Anglia jest w zasadzie jedynym krajem ocalałym po wojnie nuklearnej. Panuje w niej ustrój totalitarny, na którego czele stoi dyktator, kontrolujący wszystko za pomocą superkomputera Fatum oraz poszczególnych departamentów inwigilujących obywateli. V jest tajemniczym terrorystą, który postanawia obalić reżim.

Powieść Moore'a i Lloyda jest mroczna, przesiąknięta cytatami (Szekspiry i inne) i skłaniająca do refleksji. To jeden z tych utworów, który pokazuje co się dzieje, gdy ludzie godzą się z sytuacją, na którą godzić się nie powinni, gdy unikają wzięcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie. To także tekst, udowadniający, że komiksy mogą dotykać trudnych tematów i wychodzić zwycięsko ze starcia z nimi. Z tego co pamiętam film Jamesa McTeigue'a, choć nie był zupełnie pozbawiony polityczno-społecznej refleksji, skupiał się raczej na akcji i pokazywaniu spektakularnych starć V z oddziałami policji. 

Podobnie rzecz się ma ze "Strażnikami" Zacka Snydera, którzy po obejrzeniu stali się dla mnie jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) filmem o superbohaterach. Fakt, duża była w tym zasługa głównego złego, którego tożsamości nie wyjawię, gdyż jest to pewne zaskoczenie, jednak nie tak duże jak sposób w jaki "zagina" on głównych bohaterów. "Strażnicy" portretują świat, w którym superbohaterowie to w większości byli funkcjonariusze prawa, wkładający kostium by poza prawem móc walczyć z przestępczością. Ich czas jednak w pewnym momencie dobiega końca i zostają zdelegalizowani (trochę jak w "Iniemamocnych" - wyczuwam inspirację ze strony scenarzystów Pixara), ktoś jednak odnajduje byłych herosów i zaczyna ich zabijać...

Film Snydera podobał mi się ze względu na poważniejsze podejście do tematu i sprawne wymykanie się schematom. Świat, w którym funkcjonowali bohaterowie nie był czarno-biały, często ludzie mający bronić porządku podejmowali niejednoznaczne moralnie decyzje. Sami bohaterowie byli interesujący od posiadającego niemal boskie moce doktora Manhattana, którego wątek wprowadzał niemalże teologiczną refleksję po posiadającego żelazny kodeks moralny Rorschacha, którego metodom, chociaż brutalnym, nie można było odmówić skuteczności.

Kilka miesięcy temu przeczytałem jednak "Strażników" Moore'a i Gibbonsa i sorry Snyder, ale twój film ma się nijak. Powieść to cegła, spędziłem nad nią kilka kolejnych dni, po około dwie godziny w czytelni zagłębiając się w ten świat. Wątków jest tu mnóstwo, część z nich została zmieniona na potrzeby filmu, część byłaby trudna do przeniesienia, więc została zupełnie wycięta. To właśnie w tych wątkach dostawaliśmy jednak tło społeczne dla całej historii, czyli to, o co tak naprawdę w opowieści o "Strażnikach" chodziło. Dowiadywaliśmy się jak ludzie reagują na kolejne rewelacje o występkach bohaterów, jak media manipulują przekazami, jak za pomocą mediów zmienia się percepcja. Moore i Gibbons stworzyli cały świat, który wypełnili, mającymi własne życia postaciami uwiarygodniając całą historię. Znowu okazało się, że filmowcy postawili na akcję, na efekciarstwo pozbawiając swoją opowieść refleksji, która stanowiła tak naprawdę trzon wszystkiego.

Nie chodzi tu o pradawne pytanie "czy film jest lepszy od książki?". Rzadko jest, czasem jedynie bazując na tekście idzie w inne rejony, tak się stało z "Łowcą Androidów", który jest adaptacją książki Philipa K. Dicka "Czy Androidy śnią o elektrycznych łowcach?" tak było w przypadku filmu "Wróg" z Jake'iem Gyllenhaalem, który stanowił adaptację "Podwojenia" Jose Saramago. "Liga niezwykłych dżentelmenów" biorąc z komiksu jedynie postaci (a i tak dodając własne) poszła w zupełnie innym kierunku niż komiks i wyszła z tego kupa. Może filmowcy traktują komiksy jako zbiór pomysłów na fabuły czy bohaterów, albo po prostu znane marki, na których można dodatkowo zarobić. Dlatego o ile twórców filmowych adaptacji powieści Moore'a trudno mi nazwać artystami, ich utwory świadczą raczej o statusie "rzemieślnika", o tyle samego Moore'a artystą określę bez wahania. 
I to artystą wielkiego formatu.

środa, 26 sierpnia 2015

Klapki na oczach i zamknięte umysły, czyli staram się być feministą

Redaktorzy Filmwebu od jakiegoś czasu lubią sobie pogrywać z użytkownikami swojego portalu. Co raz częściej publikowane są newsy na tematy, nazwijmy je "genderowe". A to statystyki odnośnie udziałów różnych grup etnicznych w 100 największych blockbusterach, a to informacja o tym, że jakiś znany bohater może zmienić kolor skóry... a to dzisiejsze dwa newsy.

Pierwszy z nich to wypowiedź Pierce Brosnana, który przy okazji promowania swojego najnowszego filmu, odpowiedział na pytanie "Czy Bond mógłby być gejem?". Aktor nie widzi przeciwwskazań, jego zdaniem nie dojdzie jednak do tego póki żyje Barbara Broccoli (trzymająca władzę producentka Bondów - funkcja odziedziczona po ojcu Albercie). Brosnan stwierdził natomiast, że mógłby być czarny i że nadawałby się do tego Idris Elba (który kiedyś już pojawił się jako możliwy kandydat do tej roli po Danielu Craigu). Żebyście widzieli te komentarze. Co tam się działo i dzieje wciąż. Dawno nie widziałem tylu przejawów nienawiści w czystej postaci. Niektórzy posyłali "pedałów do gazu", wielu z sarkazmem sugerowało, że kolejnym 007 powinna zostać czarna lesbijka. Nikt wprost nie poparł opinii Brosnana.

Drugi dzisiejszy news dotyczył możliwego wznowienia serii "Blade". Jeśli nie pamiętacie, to jest to historia czarnoskórego łowcy wampirów, który sam jest pół wampirem. W trzech dotychczasowych filmach grał go Weasley Snipes, który jednak wdał się w konflikt z producentami, potem poszedł siedzieć (za co innego niż ten konflikt... chyba) i zasadniczo mocnym kandydatem do ponownego odegrania Blade'a nie jest. Pojawić się ma natomiast komiks (bo Blade to wytwór Marvela), który traktował będzie o córce Blade'a, mającej przejąc schedę po ojcu. I tu znowu oburzenie, że jak to, że przecież musi być Snipes, że jak to kobieta, że to tak jakby z Thora zrobić geja... O ile jeszcze mogę troszeczkę zrozumieć oburzenie ideą czarnoskórego Bonda (mniej) geja (bardziej, bo jednak "Bond girl"), to absolutnie nie rozumiem dlaczego Blade nie mógłby być kobietą. Kobiety nie raz udowodniły, że z wampirami mają sporo wspólnego: była Buffy łowczyni wampirów, była Kate Beckinsale - wampirzyca walcząca ze swoją rasą w "Underworld" i przeciwniczka Draculi w "Van Helsingu". To pierwsze z brzegu filmowe przykłady. Najbardziej bawi mnie kontekst wypowiedzi o "Thorze geju", pozwólcie, że przytoczę:

ok Batmana zastapili...Bonda tez...wszystko na plus. ale Bladea?no nie da sie.o pomysle zmiany na kobiete nawet nie patrze bo to jakby z Thora zrobic geja. jedyna osoba ktora spojrzeniem rysami twarzy czy postura by pasowala jest michael jay white.
~użytkownik somethingevil


To ciekawe, bo Batman był zastępowany wielokrotnie, i o ile nie wiemy jeszcze jak w nowej roli poradzi sobie Ben Affleck, o tyle wiemy jak poradził sobie Daniel Craig, który też był krytykowanym wyborem ze względu na to, że jest... blondynem, a przecież Bond ma ciemne włosy (sic!). Tymczasem Craig stworzył jedną z lepszych kreacji Bonda (zdaniem co najmniej moim) i wziął udział w najlepszej, a przynajmniej najbardziej kasowej części ("Skyfall" zgarnęło grube hajsy, największe ze wszystkich Bondów), póki co więc decyzje te wydają się korzystnie wpływać na efekt końcowy (przytoczmy też Heatha Ledgera w roli Jokera, który miał się mieć nijak do Jacka Nicholsona, a tu proszę jaka zaskoczka).

Wracając do wątku głównego - irytuje mnie niesamowicie takie zaślepienie niektórych ludzi, ich zamknięcie w swoim świecie i wetowanie wszelkich innowacji. Weźmy jeszcze jedną "gównoburzę", która miała miejsce pod postem o "Lidze niezwykłych dżentelmenów" z damskiego punktu widzenia. Że łoboże, o ile można przymknąć oko przy "Pogromczyniach duchów", bo one oparte są na filmie, o tyle przecież "Liga..." to adaptacja komiksu, a tekstu bazowego ruszać nie wolno! Wszystko fajnie (tzn. nie, ale przyjmijmy, że owszem), tylko że przeczytałem ostatnio trzy części tegoż komiksu i kto tam gra pierwsze skrzypce? Kobieta. "Liga" nazywana jest "Grupą Murray" od Wilhelminy Murray, która jej przewodzi. Co się stało z tym pomysłem w filmie? A no kiszka, bo Wilhelmina nie dość, że zmieniła nazwisko na Harker (pojawiające się w powieści, ale odrzucone przez bohaterkę ze względu na... niefortunne relacje z mężem), to nie tylko nie jest liderką grupy, ale pełni w niej rolę raczej damy do towarzystwa (dla Doriana Greya, później Tomka Sawyera) niż istotnego jej członka. Kto natomiast dowodzi? Allan Quatermain (Sean Connery), który w powieści Alana Moore'a i Kevina O'Neila faktycznie był jedną z ważniejszych postaci (co przy pięcioosobowej ekipie nie jest wielkim wyczynem), ale 1. Nie najwyraźniej zaznaczoną. 2. Zdecydowanie nie decyzyjną, bo na tym polu był chyba najbardziej ze wszystkich posłuszny Wilhelminie.




Jaki stąd wniosek? Jeśli kobieta grałaby główną rolę zastąpmy ją mężczyzną i będzie okej, bo przecież nikt się o to burzył nie będzie. Zmian względem powieści jest więcej, skład grupy jest bowiem zupełnie inny, ale uznajmy, że w obliczu ostatnio modnego tematu "żeńskich wersji" ta jest najistotniejsza. Jeśli natomiast to mężczyzna był postacią ikoniczną, to nawet jeśli dopiszemy nowe powieści (graficzne) mające stanowić fundament pod filmowe odpowiedniki, to i tak ściągamy na siebie falę hejtu.

Najbardziej w tym wszystkim boli fakt, że powracającym argumentem jest wciąż podporządkowanie się wizji mniejszości. O jakim podporządkowaniu mowa, jeśli tylko 1,9% filmów w 2014 roku było wyreżyserowanych przez kobiety, około 10% miało kobiety za scenarzystki, 12,5 % wszystkich postaci było czarnych, a z 4,610 bohaterów, którzy mieli jakieś kwestia tylko 19 miało inną orientację niż heteroseksualna (sic!).

Wielu uważa, że takie statystyki są "normalne", wielu sądzi, że procenty są takie a nie inne, bo to widownia decyduje na co chce iść albo jeszcze lepiej, dlatego, że biali mężczyźni robią po prostu lepsze filmy. Tych wszystkich, którzy tak sądzą, którzy lubią oglądać filmy i chodzić do kina pytam: jeśli wasz wybór sprowadza się do tego, że wybierzecie się na film tworzony przez białych mężczyzn, w których główne role grają biali mężczyźni, albo nie nie obejrzycie nic, to co wybierzecie? Żeby nie być gołosłownym - sprawdźcie sobie chociażby premiery sierpnia: 23 filmy z czego dwa wyreżyserowały kobiety, a kobieta w centrum zainteresowania jest jeszcze tylko w "Amy" (te dwa filmy to "Barbie rockowa księżniczka", którego nie widziałem, ale zgaduję, że główną bohaterką jest tam Barbie i "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" - tytuł wyjaśnia wiele).

Trochę nie wiem jak zakończyć tę litanię, spraw, które mnie irytują. Tutaj wrzucę więc link do STATYSTYK, a wpis zamknę może prośbą, żebyście następnym razem, kiedy spotkacie się ze słowem "feminizm" czy "feministka", nie pomyśleli o kobiecie, która chce uznania ją za lepszej od mężczyzn, ale o takiej, która chciałaby chociażby, żebyśmy idąc do kina mogli wybrać czy chcemy iść na film o kobiecie czy o mężczyźnie.

Kiedyś czytałem odpowiedzi na sondę uliczną, w której przechodniów pytano o ich stosunek do feminizmu. Jedna wypowiedź szczególnie zapadła mi w pamięć, była to wypowiedź mężczyzny prawdopodobnie koło trzydziestki. Leciało to mniej więcej tak:

- Jesteś feministą?
- Tak
- Od kiedy?
- Od kiedy dojrzałem.

wtorek, 3 marca 2015

Produkcja nastawiona na treść, czyli sztuczne zdania i dobre komiksy.

Żal ściska tyłek, kiedy patrzę na datę ostatniego posta. Miałem pisać w lutym o każdym obejrzanym filmie, tymczasem był to miesiąc, w którym padł chyba jakiś rekord dotyczący najmniejszej ilości napisanych recenzji. Wyzwanie 52 książek w rok, też idzie jak po grudzie, bo jestem co najmniej trzy książki w plecy (chyba, że nie liczymy komiksów, wtedy jakieś 4 książki). A propos tych ostatnich, przeczytałem ostatnio "Persepolis".

Z komiksami jest trochę jak z grami planszowymi. Tzn. o ile gry planszowe w potocznym myśleniu kojarzą się w pierwszej kolejności z chińczykiem i eurobiznesem, o tyle komiks to chyba przede wszystkim Kaczory Donaldy (dawniej), a dzisiaj fabułki o superbohaterach Marvela i DC. Udałem się kiedyś do pewnego sklepu z komiksami, fantastyką i tym podobnymi, gdyż chciałem się zapoznać z historią Punishera. Facet doczekał się co najmniej trzech filmów, z czego żaden nie odniósł sukcesu. Z jednej strony to pewnie dlatego, że Frank Castle, to nie Tony Stark i to zarówno w warstwie bohaterskiej (Punisher vs Iron Man) jak i incognito (czyli po cywilu). Punisher nie ma ani mocy, ani jakiejś bajeranckiej genezy, ani specjalnie imponujących przeciwników. To taki vigilante, który mści się na mafiozach, używając do tego celu własnych pięści i szerokiego arsenału giwer. Z drugiej strony, ten brak sukcesu, może brać się z pewnej... specyficznej adaptacji tematu. Przeczytałem jeden komiks, ale przeszedłem też jedną grę (która wyszła gdzieś w okolicach filmu z 2004 roku). O ile twórcy gry postawili na brutalność i radosną rozwałkę (przesłuchiwania, drastyczne sceny, tym podobne "rozrywki") o tyle w filmie z Thomasem Janem brutalności nie było wcale. Jedyna scena tortur, została sprowadzona do prostej gierki psychologicznej, przeprowadzonej na tchórzliwym parkingowym, a sceny walk, ograniczały się głównie do jakichś westernowych pojedynków na pistolety. Nie wiem, może się nie znam, ale Punisher nie był chyba kozakiem dlatego, że wyciągał broń szybciej niż wrogowie, tylko dlatego, że szedł po trupach do celu i potrafił sobie utorować drogę.

Wracając jednak do meritum. Komiksik był króciutki, zapłaciłem za niego co prawda 7 złotych, ale po lekturze nie zostało we mnie nic. Ani nie zdążyłem się zżyć z historią na tyle, żeby pobiec po ciąg dalszy, ani żeby przeczytać jeszcze raz w poszukiwaniu smaczków. Dzisiaj nawet nie wiem, gdzie ten komiks się podział i szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje (tylko tych 7 złotych szkoda). Od tamtego czasu przeczytałem kilka komiksów, z czego większość była... hm... bardziej ambitna. Chodzi tu o takie tytuły jak "Maus", "Niedoskonałości", ostatnio "Persepolis" czy nawet Scott Pilgrim, który chociaż jest utrzymany w dosyć zabawowym tonie i zawiera liczne odniesienia do popkultury, to skupia się na życiu młodych ludzi, ich relacjach i problemach, tylko że przedstawia za pomocą wyolbrzymień czy metafor. To były takie powieści graficzne (bo z powieścią miało to faktycznie więcej wspólnego, niż z takim Punisherem), które po przeczytaniu gdzieś tam ze mną zostawały. Przypominając sobie jakie tytuły czytałem, pamiętam o tych, wyżej wymienionych, a zapominam na przykład o "Lidze niezwykłych dżentelmenów: Stuleciu 1969", którą czytałem zaraz po "Niedoskonałościach".

W miarę "odhaczania" kolejnych tytułów co raz lepiej rozumiem Dema (tego od komiksu Duże Ilości Naraz Psów), który w swoim vlogu poświęconym festiwalowi komiksów stwierdził, że wielu jest twórców nie potrafiących wykorzystać formy jaką oferuje to medium. Ich komiksy mogłyby równie dobrze być filmami chociażby. Faktycznie, jest coś takiego, co oferuje zbiór kadrów zestawianych obok siebie, czego nie można osiągnąć w innych formach sztuki. Film wymaga pewnej linearności, a przynajmniej dłuższego czasu trwania, powieść - jeszcze bardziej, bez jakichś opisów trudno przecież "wejść" w świat przedstawiony. Tymczasem w komiksach mamy kadry, na których sytuacja jest klarowna, bohaterowie zostają uchwyceni w pozie najlepiej oddającej aktualną czynność czy stan emocjonalny, a dodatkowo nie ma potrzeby rozciągania poszczególnych scen. Można pokazać tyle ile się chce i przejść do kolejnej kwestii, podczas gdy w kinie mogłoby to się zakończyć atakiem epilepsji.

Komiks fajna sprawa, a jako miłośnik kina bardzo się cieszę, że na ekran przenoszone są nie tylko historie o superbohaterach (aktualnie dominujące w masowej produkcji), ale również te bardziej niszowe. Zarówno przecież Scott Pilgrim, jak i Persepolis doczekały się adaptacji, a o wzięciu na warsztat "Mausa" też od czasu do czasu się przebąkuje. Smuci tylko to, że taka Akademia Filmowa nie potrafi się ogarnąć i nagrodzić czegoś, co faktycznie miałoby znaczenie i w walce o statuetkę "Persepolis" przegrało z "Ratatuj". Żadnego z tych filmów nie widziałem, oba zamierzam, ale już na poziomie fabuły czuć tu pewien dysonans. Ale czym się tu przejmować, sam fakt bycia nominowanym zwiększa rozpoznawalność, a i tak wiadomo, że wygra Disney, Pixar albo DreamWorks. Czekam na zmianę myślenia. I na kolejne komiksy :3

piątek, 6 lutego 2015

Numer drugi, czyli "Ziarno prawdy" o Polsce

Nie jest łatwo mi przypomnieć sobie ostatni raz kiedy tak ekscytowałem się polskim filmem. Przeglądając moją historię ocen, okazuje, że się "dziewiątki", a nawet jedna "dziesiątka" (mówiąc o filmwebowej skali) owszem, pojawiają się w kontekście rodzimych produkcji, ale zwykle dotyczą filmów sprzed 89 roku i przeważnie ich autorem jest Andrzej Wajda.

W niedawnej przeszłości mógłbym wskazać "Jeziorakaka". Mówiłem o nim przez dłuższy czas komu tylko mogłem, aczkolwiek było to mówienie mocno podszyte ideologią oraz radością z tego, że w Polsce w końcu pojawiają się twórcy sięgający po kino gatunkowe. Film był rzemieślniczo sprawnie zrealizowany, chociaż brakowało mu szlifów wykończeniowych. Dialogi nie domagały, brzmiały momentami sztucznie, chociaż można było się do tego przyzwyczaić, schematy nie były kamuflowane, tak, że gdyby była to produkcja amerykańska nie wyszłaby poza rynek dvd, a i tam znaleźć by ją pewnie można w koszu z tanimi filmami. Liczył się jednak symboliczny gest odwagi, próba zrobienia filmu bez ambicji w kraju, w którym kino ma być nośnikiem idei i wiedzy, a także sprawność wywiązania się z tego zadania. I ja to doceniłem.

Ostatnio jednak wybrałem się na "Ziarno prawdy" i okazało się, że twórca "Jezioraka" nie tylko nie był odosobnionym przypadkiem takiego podejścia, ale także, że w naszym kraju jesteśmy w stanie nakręcić film na światowym poziomie, świadomie wykorzystać gatunek i łącząc rozrywkę z refleksją społeczną.



"Ziarno prawdy" to film solidny zarówno od strony scenariusza jak i realizacji warsztatu filmowego. Od samego wprowadzenia akcji, przez świetne intro, do bohaterów - wkręcamy się momentalnie. Prokurator Szacki to typ pracowitego dupka, który wie więcej niż inni i ma w zanadrzu pokłady sarkastycznych tekstów, żeby to okazać. Długo czekałem na film, w którym bohaterowie nie będą do siebie mówić pustych zdań, ale przerzucać punchline'ami, pełniącymi nie tylko funkcję informacyjną, ale też będącymi po prostu kwit esencją kozactwa (przepraszam za potoczność wyrażenia). W filmie roi się od scen zwieńczonych "tekstem", który wybrzmiewa mocniej, jeśli stanowi zakończenie sceny. Takie momenty często następując zostawiając widza z grymasem "łał" na twarzy.

Jest tu także rewelacyjnie rozpisana historia. To ten typ kryminału, w którym rozwiązanie jest ciągle w zasięgu widza, ale twórcy zwodzą go, żeby nie mógł go odkryć. Nie jest więc zbyt prosto, nie od razu jest jasne, kto morduje w cichym Sandomierzu, ale gdy ostatecznie dochodzi do rozwiązania nie mamy też poczucia bycia oszukanym. Sprawca nie zostaje złapany przez zbieg okoliczności czy cudownie odkrytą poszlakę, o której wcześniej nie było mowy. Wszystko składa się w spójną całość.



Film dobrze prezentuje się też od strony technicznej. Wspomniałem wcześniej o "intrze", które nie tylko jest estetyczną formą zaprezentowania twórców, ale wprowadza też w opowieść, zarysowując historyczne tło. Estetycznie dopracowane, reprezentuje poziom, którego brakuje niektórym pozycjom zagranicznym. Klimatyczne są także zdjęcia. O ile praca kamery w "Bogach" z Tomaszem Kotem (filmie, który był ogromnym sukcesem w ubiegłym roku) trąciła produkcją telewizyjną przez długie, ruchome ujęcia, o tyle w "Ziarnie..." reżyser nie boi się cięć. Nie jest to zresztą zaskoczenie, już poprzedni film Borysa Lankosza "Rewers" określiłem swego czasu jako "Taki mało polski c'nie?", co miało wówczas oznaczać, że wyrywał się kliszom i sposobom realizacji, kojarzącym się w potocznym myśleniu z "polskim kinem".



"Ziarno prawdy" jest też inteligentne pod tym względem, że nie stara się być "kinem ambitnym", a mimo to mówi coś mądrego o naszej mentalności i sposobie życia. Dużo w tym filmie prawdy o myśleniu współczesnych Polaków, naszych przywarach i tym co nam tak bliskie, chociaż niezbyt miłe. A to wszystko przy okazji kryminalnej historii, bez bawienia się w objawione prawdy. I ten brak nachalności i szczerość to coś czym film Lankosza i Miłoszewskiego kupuje widza. Więcej potrzeba nam takich współpracy reżysersko-pisarskich, bo bohaterowie, którzy mówią żywym, chociaż trochę nierealistycznym językiem, to coś czego w polskich filmach wciąż zbyt mało, a o refleksjach społecznych wciąż myśli się w kategoriach osobnych filmów-tematów, a nie wtrącanych w tle wątkach. A szkoda, bo taka metoda działa. I to jak!

wtorek, 3 lutego 2015

Nowe filmy, nowe wyzwania, czyli jak zmotywować się do pisania

Wypadam z pisarskiego rytmu (który i tak jest dość rozregulowany), toteż wpadłem na pomysł coby w lutym pisać kilka słów o każdym z obejrzanych w tym miesiącu filmów. Czasem może będzie to recenzja, może tekst, który recenzję zainspiruje, ale na pierwszy ogień idzie chińska produkcja "Czarny węgiel, kruchy lód", której recenzji nie napiszę, gdyż czuję się za mało kompetentny w kwestii kinematografii azjatyckiej w ogóle.

Czym zatem jest "Czarny węgiel..." i dlaczego go obejrzałem? To jeden z tych filmów, które pojawiają się niespodziewanie i łapią nas na haczyk, który pozostaje w człowieku, jeśli szybko czegoś z tym nie zrobi. Takim filmem było "Czworo do pary", takim filmem jest "Coś się musi stać", z którego ludzie wychodzili po pół godziny projekcji (a jeśli widzowie opuszczają seans, a potem dzwonią, że film był "beee", to jestem zaintrygowany), takim filmem stał się "Czarny węgiel...", o którego premierze wiedziałem z wyprzedzeniem z filmowego kalendarza, ale którego zwiastun dopiero sprawił, że zapragnąłem go zobaczyć.



"Czarny węgiel..." to nietypowy kryminał. Dlaczego nietypowy? Bo schematy gatunkowe, jakie znamy chociażby z filmów amerykańskich są w nim poprzestawiane. O ile w typowym kryminale mamy zbrodniarza, bohatera i wyjaśnienie sprawy, a wszystkie te elementy rozwijają się równolegle, wzajemnie się uzupełniając, o tyle w filmie Yi'nana Diao każdy z tych elementów dostaje osobną historię. I tak najpierw mamy trochę o bohaterze, później rozwiązany zostaje wątek zbrodniarza, a wyjaśnienie jest w zasadzie obiektem osobnego śledztwa, kiedy sprawa wydaje się już być zamknięta. A jednak wszystko to składa się w jakąś całość, może odrobinę chaotyczną czy niespodziewaną, ale kolejne aspekty filmu wzajemnie współgrają.

Nietypowy jest tu także sposób narracji. Od długich napisów początkowych, w których na czarnym tle i zupełnej ciszy wymienieni zostają twórcy, po urwane zakończenie (a może była to wina kopii? do końca nie wiem). Jest to dosyć oryginalne, szczególnie jeśli przyzwyczajeni jesteśmy do światowych standardów, gdzie takie nużenie widza na samym wstępie jest niewskazane. Z drugiej strony, wprowadza nas to błyskawicznie w klimat filmu, zmuszając do otwarcia się na coś innego.

Ostatnią moją refleksją na temat filmu była jego kameralność. To film, który spokojnie mógłby powstać w Polsce, nie jest bowiem spektakularny, ale starannie pomyślany i rozegrany. Nie raziły tez jakieś poważne kulturowe różnice, poza daniami, które spożywali bohaterowie (gorące zupy i charakterystyczne pierożki) historia ta mogłaby się zdarzyć wszędzie, był to bowiem film skupiony raczej na ludziach, w których wątki humanistyczne były zasadniczym spoiwem dla całości.



"Czarny węgiel, kruchy lód" godny jest uwagi, szczególnie, jeśli ktoś chce spróbować czegoś innego, choć zanurzonego w świecie mu znanym. Chiński kryminał ciekawi swoją egzotyką, ale pokazuje ją w formie świetnie nam znanej, wprowadzając jedynie niewielkie różnice. To właśnie te szczegóły sprawiają jednak, że osobiście czuję się jeszcze bardziej zaintrygowany i nie tylko chętnie przypomnę sobie koreańskiego "Oldboya", ale także Hongkońskie filmy akcji i klasykę kina Kung Fu. Od czegoś trzeba zacząć :)

sobota, 24 stycznia 2015

Oscary, czyli po co te nagrody?

Jest mi źle z powodu opuszczenia zeszłotygodniowego wpisu. Mea culpa. Postanawiam poprawę, a że zbliża się sesja, więc warunki do robienia innych niż uczenie się rzeczy, nie mogą być lepsze.

Dziś chciałbym poświęcić chwilę na zbliżające się wielkimi krokami 87. rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Żeby lepiej wczuć się w klimat gali, warto uzmysłowić sobie kto jest odpowiedzialny za werdykty. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego filmy, o których w momencie premiery wiadomo, że odcisną piętno na społeczeństwie zostają pominięte w nominacjach? Albo dlaczego wygrywa dobry, ale tylko dobry film, podczas gdy nominowane są także obrazy wybitne? Możemy to wszystko zrzucić na subiektywizm opinii, chociaż w sumie nie powinniśmy, bo członków akademii są tysiące i wszyscy mogą głosować, powinien więc wygrać obiektywnie najlepszy film... i w zasadzie tak bywa.

Wikipedia donosi, że według badań z 2012 roku przeprowadzonych na grupie 5 tysięcy członków, Akademia to:

"w 94% biali, 77% mężczyźni, 14% ma poniżej 50 lat, a średnia wieku to 62 lata. 33% jej członków to byli zwycięzcy lub nominowani do Oscara"

Czy ktoś nadal uważa, że brak czarnych aktorów w nominacjach, to kwestia grania w "słabych" filmach? Jakoś bliżej mi tym razem do opinii Spike'a Lee, który stwierdził, że jeśli ktoś uważa, że przyznaniem nagrody czarnoskórym aktorom i aktorkom raz na 10 lat załatwi sprawę to jest w błędzie. Istotny głos, zważywszy na to, że na forach internetowych właśnie przypadek zeszłoroczny, gdy wygrał "Zniewolony" oraz Lupita Nyong'o (aktorka drugoplanowa), a nominowany był jeszcze Chiwetel Ejiofor (za aktora pierwszoplanowego), stanowi argument na to, że wszystko jest w porządku, a czarnoskórzy nie są dyskryminowani. Za to najbardziej bawi mnie właśnie argument jakościowy, tzn. aktorzy czarnoskórzy nie są nominowani, bo grali w słabych filmach. Hm... od kiedy Oscar stanowi wyznacznik jakości? Bo według mnie, a nie jestem też osamotniony w tej opinii, od dawna jest nagrodą mocno osadzoną w kontekstach ideologiczno-polityczno-marketingowych. Hej, Harvey Weinstein zdobył Oskara dla swojego filmu, bo wysłał jego kopię każdemu członkowi Akademii. Nie są to jakieś drobniaki, ale dzięki rozgłosowi i właśnie utożsamianiu Oscara z jakimś wyznacznikiem jakości zwróciło mu się pewnie tysiąckrotnie. 

Macie gdzieś w pamięci powracającą co jakiś czas dyskusję o tym, że kobiety w Hollywood nie mają lekko? Hej, może te 77% mężczyzn jakoś to tłumaczy? Bo czego to jest znak. Przecież nie tylko tego, że werdykt podejmują głównie faceci. Świadczy to też o tym, że w biznesie filmowym faceci mają znaczącą przewagę, która daje im władze. Nie oszukujmy się, tak jest. Wiecie, że tylko cztery kobiety były nominowane za najlepszą reżyserię? A tylko jedna wygrała. Trochę zgrzyt nie sądzicie?

Więc jak według mnie będą wyglądały wyniki tegorocznego rozdania. Cóż... 

Spośród nominowanych, najlepszych filmów widziałem raptem połowę i jest to też ta połowa, wśród której nie spodziewałbym się wygranej. Dlaczego? Patrząc na poprzednie lata wygrywają raczej produkcje o tematyce wojennej bądź silnie ideologicznej. Spodziewałbym się więc zwycięstwa "Snajpera", albo "Gry tajemnic", bo nie sądzę, żeby film o ludności afroamerykańskiej mógł wygrać drugi rok z rzędu... nie... to by była przesada.

Z kolei jeśli chodzi o najlepszy film nieanglojęzyczny to:
Dzikie historie - zbyt niepoważne (chociaż dotykają problemów, których doświadczają wszyscy ludzie na caaaałej Ziemi)
Ida - kameralny, humanistyczny, ale właśnie... za mało ideologii (chociaż ostatnio środowiska burzą się, że to "antypolski" film... ok)
Mandarynki - absolutnie magiczny, ale opowiada o konflikcie w miejscu, które niewiele osób potrafiłoby wskazać na mapie, nie sądzę
Timbuktu - ???
Lewiatan - no to jest monumentalne dzieło, na jakie czekaliśmy! I do tego z Rosji! I to jeszcze z tą silną, antyputinowską wymową! To jest dzieło warte Oscara, pokażmy twórcom, że ich popieramy. (poważnie, jeśli Akademicy przyznają nagrodę Lewiatanowi, to będzie to chyba najgłupsza decyzja jaką mogliby podjąć, sam fakt tego, że film o takiej wymowie powstał jest już podejrzany, a gdyby jeszcze wygrał amerykańską nagrodę... Rosjanie na pewno by się uśmiali)

Przykre jest nie to, że Oscary nic nie znaczą i o niczym nie świadczą, ale to, że dużo osób wciąż uważa, że filmy oscarowe muszą być dobre. Oglądałem ostatnio "Foxcatchera" i chociaż jakoś do mnie trafił, to była to produkcja "skrojona pod Oscary". Sam fakt istnienia takiego określenia, które na pewno słyszeliście, świadczy o tym, że wystarczy spełnić kilka warunków, żeby dostać nominację czy nawet wygrać. Innowacyjności czy odwagi w formie i treści nie ma na liście.

I po raz kolejny czekać będziemy na wyniki, by po raz kolejny na część pokręcić nosem, kilkoma się zdziwić, a jeszcze innymi załamać. A potem minie rok i wszyscy będziemy potrzebować chwili, żeby przypomnieć sobie "co też w zeszłym roku wygrało?", chociaż świetnie pamiętać będziemy filmy, które zostały pominięte.

Smuteczek.



sobota, 10 stycznia 2015

Postanowień moc, czyli noworoczne ściemy

Jak co roku w styczniu stajemy w obliczu noworocznych postanowień. Moim zadaniem na ten rok jest przeczytanie 52 książek, czyli czytanie jednej książki tygodniowo. Póki co idzie dobrze, a książkę z tego tygodnia mam już przeczytaną, ale zastanawiam się co to będzie, kiedy zacznę czytać rzeczy grubsze niż 200 stron.



Koleżanka zaprosiła mnie z kolei do wyzwania filmowego organizowanego bodajże przez fanpage Obejrzę dzisiaj dobry film, które to polega na tym, żeby obejrzeć 50 filmów, każde z innej beczki, np. "film Bergmana", "debiut polskiego reżysera", "Idę". Odrzuciłem zaproszenie, gdyż stwierdziłem, że wyzwanie to dla mnie żadne. I nie chcę brzmieć jak buc, po prostu, sprawdzając jego adekwatność, sprawdziłem co by było, gdybym robił je w zeszłym roku. Zdecydowaną większość "warunków" stawianych przez poszczególne punkty spełniłem, części nie mam raczej ochoty spełniać (np. nie ciągnie mnie do powtórnego obejrzenia "Idy", choć to dobry film), a niektóre mają u mnie inny charakter. Na przykład na liście tej znajduje się punkt "Obejrzeć film Woody'ego Allena". Uważam go za co najmniej nietrafiony, bowiem od kilku lat Allen wypuszcza swoje filmy taśmowo co roku, bywa że po kilka ("Blue Jasmine" w lutym "Magia w blasku księżyca" w sierpniu bodajże), zatem obejrzenie produkcji tegoż reżysera nie jest żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że od kilku lat cieszą się ona rosnącą popularnością. Pytanie brzmi do kogo to wyzwanie jest skierowane? Trochę dziwię się, gdy co raz większa ilość moich znajomych dołączą do tego wydarzenia, bowiem bywa że są to ludzie, o których filmowym obeznaniu mam niekiedy większe mniemanie niż o swoim.

Stawianie sobie sztucznych wymagań, zabija trochę przyjemność z obcowania z filmem. Pamiętam, jak kilka lat temu, mniej więcej w tym samym czasie, gdy obejrzałem w końcu "Milczenie owiec" stwierdziłem, że nie ma już filmów, które muszę obejrzeć. Nie ma już takich klasyków, których bym nie widział. Oczywiście myślałem w kategoriach współczesnego kina popularnego i prawdopodobnie nie bardzo się myliłem, aczkolwiek do dziś uważam, że liczba "klasyków", których nie widziałem jest co najmniej zatrważająca i powinienem codziennie próbować ją odrobić. To co chcę napisać, to to, że mimo stwierdzenia przeze mnie faktu wyczerpania źródła, ciągle jakoś skakałem między filmami, dołączając kolejne pozycje. Często robiłem to w skutek ukrytych, bądź jawnych odniesień wewnątrz tych dzieł, często w wywiadzie z jakimś twórcą padało nazwisko lub tytuł, które nie było mi znane i tak do nich docierałem. Na przykład podczas mojej fascynacji twórczością Woody'ego Allena poznałem kilka filmów Bergmana, po które pewnie bym nie sięgnął, gdybym nie czuł takiej wewnętrznej potrzeby. Z kolei gdyby nie negatywna recenzja "Stalkera" Tarkowskiego, którą wygłosiła moja nauczycielka chemii z gimnazjum, dużo później bym to obejrzał, podobnie w przypadku "Solaris" i prezentacji maturalnej. W takich listach czai się zagrożenie. Polega ono na tym, że chcąc "poszerzać horyzonty" zniechęcimy się do filmów, które w innym kontekście mogłyby nam się wydać wybitne. Dlatego, jeśli ktoś chce traktować je poważnie, warto zastanowić się czy nam ono pasuje. Mój plan jest taki, żeby w okolicach lipca zajrzeć na tę listę i sprawdzić ile punktów udało mi się zrealizować. Pech jest taki, że już ją przeczytałem i teraz przy każdym seansie mam wrażenie, że podświadomie się nią kieruje, bo w Biedronce kupiłem już Bergmana i Felliniego, a z Zuzą obejrzałem "Człowieka z kamerą" i "Szaradę" z Audrey Hepburn.



Nie odbiegając za bardzo od tematu, ale też zbytnio w nim nie grzęznąc, pierwszą książką, którą przeczytałem w tym roku była "Godzina Zemsty" ang. "Point blank!" a.k.a "The Hunter" autorstwa Richarda Starka a.k.a Donalda Westlake'a (heh). Wspominam o tym, gdyż jest to czarny kryminał, na którego podstawie powstały dwa filmy, z którego co najmniej jeden jest klasyczny, a drugi bardzo lubię. Pierwszy to "Zbieg z Alcatraz"  (1967) z Lee Marvinem, drugi to "Godzina zemsty" (1999) z Melem Gibsonem. Co mnie zaszokowało, otóż sięgnąłem po książkę po tym jak obejrzałem "Zbiega..." i fabuła okazała się bardzo podobna do "Godzin zemsty", które znam od lat i bardzo lubię z uwagi na specyficzny retro-klimat. Historia podobna, ale nie taka sama, szybki research dostarczył informacji, że oba te filmy bazują na tej samej książce, która szczęśliwie znajdowała się na półce w pobliskiej bibliotece. Zaintrygowany skąd się wzięły różnice między filmami (od imion bohaterów po rozwiązania fabularne), chciałem poznać oryginał i dowiedzieć się kto ma rację, kto to zrobił "wierniej". Co się okazało? Odpowiedź brzmi: nikt.



Adaptacje "Huntera" są o tyle ciekawym przypadkiem, że gdyby dzisiaj ktoś postanowił zrobić kolejny film na podstawie tej książki i był niezwykle wierny zawartej w niej historii, to powstałby trzeci film zupełnie różny od poprzednich i nie powiedziane, że lepszy. "Zbieg z Alcatraz" jest bowiem dzieckiem swoich czasów, niby brutalny, ale jednak z tą mocno teatralną przemocą, dziwnymi rozwiązaniami w rodzaju tortur w "żabkującym" samochodzie (ci którzy mają prawo jazdy wiedzą o co chodzi) i fabułą, która rozwija się troszeczkę niewiarygodnie. "Godzina zemsty" z kolei odwołując się właśnie do stylistyki retro wychodzi poza swoje czasy i jest filmem, który nie zestarzeje się tak szybko. Doświadczenie obcowania z tymi trzema tekstami kultury po raz kolejny napełniło mnie przekonaniem, że filmowcy mają pełne prawo majstrować przy literaturze. Ani bowiem książka nie straciła nic ze swojego uroku, ani filmy na tym, że mają odstępstwa od książki. Prawda, która jest dobrze znana, ale, którą miło co jakiś czas odkrywać na nowo.



Informacje parafialne:
Razem z Patrykiem powróciliśmy do "W obiektywie", które tym razem mamy zamiar prowadzić regularnie i z pomysłem. Będzie to blog oraz fanpage, na których będą się pojawiały nowiny o filmach, dyskusje o nich (między nami) a także zwiastuny opatrzone autorskimi komentarzami. Zachęcam do śledzenia:
https://www.facebook.com/obiektyview


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Co nowego w 2015, czyli filmy, na które czekam (przynajmniej na początku roku)

Jako, że rok 2014 został już podsumowany, można z czystym sumieniem i świeżym spojrzeniem zerknąć na premiery nadchodzące w 2015. Tak się jakoś złożyło, że kiedy próbowałem sobie uświadomić na jakie filmy czekam, wyszło mi raptem kilka tytułów z czego większość wejdzie na ekrany kin w styczniu, a część już w ten piątek. Co to za filmy?

UPROWADZONA 3 - premiera 09.01


Lubię Liama Neesona, który ostatnimi laty grywa podstarzałego, ale wciąż ruchliwego i nie kłaniającego się kulom zabijakę. Zaczęło się w "Uprowadzonej", kontynuację mieliśmy w różnych "Tożsamościach" i "Drużynach A", a przenieść ten typ postaci próbowano (z sukcesem) w "Non-stop". To trochę taka sytuacja, jak w klasycznym kinie hollywoodzkim, kiedy to można było iść na film z Humphreyem Bogartem, wiedząc czego się spodziewać. "Uprowadzona 3" prawdopodobnie będzie filmem średnim i do zapomnienia (odpowiadają za nią bowiem ludzie od części drugiej, która była w porządku, ale nic poza tym), ale zwiastun, realizujący wszystkie schematy kino akcji, z one-linerem puentującym całość zachęcił mnie do tego stopnia, że nie dość, że co jakiś czas włączam go ponownie, to zdecydowałem się przez niego na obejrzenie części drugiej.

Mimo że ostatnio otworzyłem się na kino europejskie, to wciąż lubię sobie obejrzeć schematyczny film akcji. Wczoraj oglądałem na przykład "Pamięć Absolutną" i do dziś dostarcza mi ona rozrywki. See you at the party Richter!

ZWIASTUN UPROWADZONA 3


FOTOGRAF - premiera 09.01


Po polskich premierach roku 2014 jestem pełen nadziei co do premier roku 2014. Zapowiada się interesująco. Przede wszystkim wygląda na to, że nastąpiła jakaś zmiana, jeśli chodzi o podejście do tematów i więcej mamy kina gatunkowego (głównie kryminałów). Warty uwagi może okazać się fotograf, o którym nie wiem zbyt wiele, ale zwiastun nawet zachęca, co w przypadku polskich zwiastunów bywa niestety rzadkie. No i gra tam Tomasz Kot, którego zawsze dobrze się ogląda.

FOTOGRAF - ZWIASTUN


BIRDMAN - premiera 23.01


Michael Keaton zagrał w "Soku z Żuka", dwóch "Batmanach" i przepadł. Zupełnie jak bohater "Birdmana", który kiedyś "był" znanym superherosem, a teraz próbuje sobie poradzić z zapomnieniem pisząc, reżyserując i grając w sztuce.
Film Alejandro Gonzáleza Iñárritu zapowiada się jako intrygująca satyra na hollywood, a w zalewie filmów o superbohaterach wydaje się być jeszcze bardziej warty obejrzenia.

ZWIASTUN - BIRDMAN


ZIARNO PRAWDY - premiera 30.01


Borys Lankosz w pełnym metrażu zadebiutował "Rewersem" filmem, który 5zkawałekiem lat temu zaskoczył mnie jako "mało polski". Bo faktycznie nie był to film polski, do jakiego byłem wówczas przyzwyczajony, czyli dramat społeczny, który trudno się ogląda. Film Lankosza wciągał fabułą, która miała kryminalne podłoże i kreacjami aktorskimi Jandy, Buzek i Dorocińskiego.
Teraz Lankosz powraca z kryminałem pełną gębą, po którym możemy spodziewać się równie dobrych ról (gra tam chociażby Więckiewicz czy Jakubik), ale i wreszcie porządnego kina gatunkowego. Czyżby odmiana losu jakaś?

ZIARNO PRAWDY - ZWIASTUN


KINGSMAN: TAJNE SŁUŻBY - premiera 13.02


W nosie mam Twarze Greya, na które czeka dużo filmwebowiczów. Kingsman i biegający z pistoletem Colin Firth, to jest to co warto zobaczyć. Za scenariusz i reżyserię odpowiada Matthew Vaugh, facet, który dał nam "Kick-assa" oraz "X-Men: Pierwszą Klasę". Grają tam Colin Firth, Michael Caine, Mark Strong i Samuel L. Jackson, a całość opowiada o tajnej organizacji, która zrzesza gentlemenów-agentów posiadających takie zabawki jak karabin w pistolecie. Jak można przejść obok tego obojętnie!?

KINGSMAN - RED BAND TRAILER


A w kwietniu polecam rosyjski "Dystans", który obejrzałem wczoraj z okazji Tournee Nowych Horyzontów w Kinie Muza w Poznaniu, a które jest tak porąbane, a przy tym tak zabawne, że naprawdę warto się tym zainteresować. Choć trzeba wiedzieć, czego można się spodziewać, ale jeśli zdanie: "Przetrzymywany w opuszczonej syberyjskiej elektrowni artysta zleca karłom-telepatom kradzież tytułowego przedmiotu" zachęca was bardziej niż zniechęca, to polecam serdecznie ;)