Wczoraj zacząłem pisać o filmowych snujach mając w głowie dwa filmy ze Scope'a, mianowicie "Evolution" Lucile Hadzihalilovic i "Las altas presiones" Angela Santosa. Ten pierwszy film był w mojej ocenie najgorszym filmem z tych siedmiu, które dane mi było zobaczyć. Ciekawy pomysł, jest to bowiem historia pewnego dziesięcioletniego chłopca, który żyje na wyspie ze swoją mamą oraz innymi chłopcami i ich mamami. Od początku zapowiada się to jak odcinek "Z Archiwum X" i tylko czekałem na moment, kiedy okaże się, że mamy wcale nie są mamami, a chłopcy są na wyspie w jakimś konkretnym, prawdopodobnie niecnym, celu. Oczywiście tak się okazało. Reżyserka połączyła jednak intrygujący, mroczny pomysł z niesamowicie powolną, a momentami wręcz nużącą narracją. Po napisaniu pierwszego zdania postanowiłem wejść na forum filmu by zobaczyć jakie są opinie innych widzów... wtedy przeżyłem szok.
Nie wiem czy malkontenci woleli się nie wychylać, czy jestem w zdecydowanej mniejszości (a może podszedłem do filmu ze złymi założeniami), ale wypowiedzi były tylko pozytywne. Ba, mało tego, forumowicze rozpływali się w komplementach dotyczących reżyserki jak i samego filmu. Był to dla mnie moment zwątpienia.
Od zawsze bliżej mi było do kina mainstreamowego: tata wychował mnie na Schwarzeneggerze i Van Damme'ie, kilka razy w miesiącu chodziliśmy do kina, głównie na hollywoodzkie produkcje, to studyjnego Pioniera zacząłem chodzić dopiero w liceum, a i to sporadycznie. Nawróciłem się podczas festiwalu w Ińsku, na którym zobaczyłem "Mandarynki", który to film uświadomił mi, że kino nazwijmy je "artystyczne" podlega tym samym prawom, co filmy wysokobudżetowe. Nadal musi mieć napięcie, musi angażować widza, ale być też atrakcyjne audiowizualnie. Film dostał zresztą nagrodę publiczności na tymże festiwalu, więc moja opinia o jego wspaniałości nie była odosobniona. Niedługo potem obejrzałem "Gościa", znowu, film raczej niszowy, co absolutnie nie przeszkodziło mu zbudować niesamowicie gęstej atmosfery oraz mieć przystojnego bohatera i ładną bohaterkę, strzelaniny i wybuchy. Nie brzmi jak film do kina studyjnego? A no właśnie!
Wracając do "Evolution". Oglądając ten film miałem poczucie obcowania z dziełem, którego twórcy za bardzo się snobowali. To jeden z tych filmów, który chce być tak artystyczny, że przestaje być atrakcyjny, zyskuje sobie niewielką grupkę zakochanych w nim fanów, natomiast traci jakikolwiek pozytywny wydźwięk dla zwykłego śmiertelnika.
Jestem zwykłym śmiertelnikiem. Lubię filmy ciekawe, a jeśli przy okazji mówią o czymś ważnym - tym lepiej. "Evolution" intryguje, ale w momencie, w którym wszystkie niedopowiedzenia zostały przeze mnie uzupełnione, a mimo tego reżyserka dalej mi je tłumaczyła - przestałem odczuwać przyjemność. To było najdłuższe półtorej godziny w moim życiu.
Na trochę inny, ale jednak pokrewny problem cierpi "Las Altas Presiones". Film skupia się na kilku dniach z życia Miguela, który jest typowym filmowym snujem - taki bohater, który nie chodzi tylko się snuje, spotykając na swojej drodze różne, ciekawe postaci. Miguel snuje się w celu znalezienia lokacji, do filmu, nie jego autorstwa, co podkreśla wielokrotnie. W tym celu odwiedza okolice, w których spędził jakąś część swojego życia, spotyka się ze starymi znajomymi, by wspólnie z nimi chodzić i szukać miejsc oraz sensu.
"Las altas presiones" cierpi na ten sam problem co jego bohater, mianowicie - snuje się. Nie jest to snucie z wyboru, to snucie z przymusu. Bohater nie wie czego chce od życia, więc po prostu robi cokolwiek, gdy ma szansę robić cokolwiek więcej - odrzuca ją. W relacjach damsko-męskich też ma problemy, albo za późno podejmuje próbę podrywu, albo robi to w żenujący sposób, albo w ogóle obraża się i wychodzi. Lubię oglądać filmy o ludziach, którym w życiu nie wychodzi, bo nie czuję się wtedy osamotniony, ale oglądanie takiej formy nie radzenia sobie z rzeczywistością jest po prostu irytujące.
Jedyne co pozostawił po sobie obraz Santosa to zmęczenie. Reżyser nie sięga ani po humor ani po rozpacz, zasadniczo nie komentuje fenomenu życia. Pokazuje je w sposób neutralny, by nie powiedzieć bezpłciowy i tak to zostawia. A na takie traktowanie, to ja się proszę Państwa nie godzę!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę część przeżyć. Dzisiaj mam nadzieję zobaczyć jeszcze co najmniej jeden film, skończyć całość jakoś na dniach i odpocząć przy czymś lżejszym, ożywczym, może już mi znanym. Peace out!
poniedziałek, 28 grudnia 2015
środa, 23 grudnia 2015
Scope 100 #1 - "Chevalier" i "Drifters"
Jako, że jestem jednym z wybrańców biorącym udział w programie Scope100 mam za zadanie do 17. stycznia 2016 roku obejrzeć 10 filmów, z których potem, na drodze głosowania wybrany zostanie jeden, który będzie dystrybuowany w Polsce (rok temu taką produkcją było "Magical Girl"). Ze względu na to, że muszę sobie gdzieś zapisać swoje przemyślenia, żeby wiedzieć na co głosować, ale też dlatego, że zapowiadają się ciekawe seanse będę się z wami dzielił moimi przemyśleniami. Na pierwszy ogień idą dwa filmy, które już udało mi się obejrzeć, czyli "Chevalier" Athiny Rachel Tsangari i "Drifters" Petera Gronlunda.
"Chevalier" to grecka produkcja wpisująca się w ramy "greckiej nowej fali", o której wspomina się najczęściej w kontekście kolejnych filmów Giorgosa Lanthimosa ("Kieł", "Alpy", "Lobster"), związek tym ściślejszy, że za scenariusz do "Chevaliera" obok reżyserki odpowiadał Efthymis Filippou, który współtworzył teksty do wyżej wymienionych filmów Lanthimosa. Jeśli więc znane są wam te produkcje, to będziecie mieć rozeznanie w jakim klimacie utrzymany jest film Tsangari, jeśli nie... bazując na ogólnikach, to taki dramat, w tym sensie, że trudno zakwalifikować go do jakiegoś gatunku, a z pewnością nie jest to komedia, który operuje absurdem i groteską, by pokazać pewne realne problemy współczesnych ludzi, w tym przypadku konkretnie mężczyzn.
Pokrótce o fabule: pięciu mężczyzn robi sobie wakacje na luksusowym jachcie jednego z nich. Nurkują i łowią ryby, relaksują się, wieczorem grają w różne gry. Podczas jednego z takich wieczorów jeden z mężczyzn, Cristos, rzuca pomysł gry mającej polegać na wymyślaniu zadań przez każdego z uczestników, a następnie wzajemnym ocenianiu rezultatów. Pomysł zostaje zmodyfikowany przez Jorgosa, który proponuje by oceniać się za wszystko, tworząc w ten sposób grę "Najlepszy w ogóle [The best in general]". Zwycięzca ma utrzymać pierścień Chevaliera, który panowie kupią po dobiciu do Aten. Konkurs zaczyna rzutować na psychikę panów, powodując konflikty i doprowadzając do co raz bardziej absurdalnych konkurencji.
Znamiennym jest, że w film o grupie mężczyzn, w którym kobiety pojawiają się jedynie jako przelotne tematy w rozmowach czy głos w telefonie (lub obraz na skype'ie) zrobiła kobieta. Można by wysnuć wniosek, że mamy tu zatem do czynienia z "męskim kinem" i tak po części jest. Nie znaczy, to jednak, że ten film mężczyznom się spodoba. Krytyka Athiny jest bardzo celna, reżyserka demaskuje męski system wartości i zapatrzenie w siebie oraz samczą walkę o dominację w stadzie. Panowie ścierają się w różnych konkurencjach, od początkowo niegroźnych jak porównywanie preferencji pitej kawy, przez ocenianie swoich penisów, na poziomie cholesterolu kończąc. Im bardziej ekstremalne czy niezależne od nich wskaźniki, tym większy problem, by pozbyć się psychicznego piętna, które sami na siebie narzucają.
"Chevalier" to w dużym stopniu film, o uleganiu presji otoczenia i nie akceptowaniu samego siebie. Panowie pozują, ukrywają przed sobą swoje słabości, chwalą się chwilami triumfu, wszystko po to, by być jak najlepiej widzianym w oczach innych samców. Z mężczyzn wychodzą prymitywne pobudki i ich zwierzęce instynkty, zawoalowane w kulturowe konteksty i schematy, w gruncie rzeczy proste i niezbyt chwalebne.
Film Athiny Tsangari sprawia wrażenie zupełnie nierealnego, a jednocześnie ja, jako facet, musiałem zgodzić się z niektórymi jej spostrzeżeniami, często dosyć przykrymi. "Chevalierowi" brakuje trochę zakończenia, puenty, która podkreśliła by wydźwięk filmu. Reżyserka przerzuca swoją narrację na nowych bohaterów i zostawia historię z pewnym niedopowiedzeniem. To miejsce dla widzów, na własne interpretacje i wnioski. Wnioski, które mogą pomóc w spojrzeniu na pewne kwestie z dystansu i odkryciu nowych prawd o mechanizmach, którym wszyscy podlegamy.
"Drifters" Petera Gronlunda stoi w pewnym kontraście do filmu Tsangari. To Szwedzki dramat (tu z większa pewnością używam tego słowa) o ludziach z tak zwanego marginesu. Główna bohaterka, Minna, handluje narkotykami, a w jej życiu zasadniczo nie dzieje się dobrze. W obliczu zbliżającej się eksmisji ze względu na niepłacenie czynszu, postanawia okraść swojego znajomego Tonniego. Niestety, eksmisja jest już w toku i Minna zostaje zmuszona szukać sobie nowego miejsca, z ośmioma tysiącami w kieszeni, poszukiwana przez ich pierwotnego właściciela, groźnego gangstera Cristera.
Film Gronlunda pokazuje przygnębiającą rzeczywistość ludzi, którzy dnie spędzają na ćpaniu albo piciu,a których życia to równia pochyła. Nic ich w życiu nie czeka, trudno im odzyskać to, co utracili. Mało komu w tym środowisku kibicujemy. Minna nie wzbudza sympatii, jest dwulicowa, notorycznie łamie prawo, oszukuje nawet ludzi, z którymi zmuszona jest współpracować. Jej koleżanka Katja, to z kolei pijąca matka, która straciła prawo do opieki nad dzieckiem, a która, chociaż pomaga Minnie, ma poważny problem z zaufaniem jej. Są też postaci drugoplanowe, ćpajacy Benneth, jego paląca w ciąży partnerka i inni, równie mało przyjemni bohaterowie. Gronlund pokazuje pewien dramat i beznadzieję, ale izoluje je, nie pokazując miejsc, gdzie światy zwykłych ludzi i tych wyrzutków się łączą.
Reżyser nie ma problemów z narracją, "Drifters" ogląda się dobrze. Wydarzenia się zazębiają, historia do pewnego stopnia jest interesująca. Problemem jest raczej temat, w którym trudno powiedzieć coś nowego. Oglądając ten film miałem ciągłe skojarzenia z "Bóg wie co" Bena i Joshui Safdiech opowiadający o Nowojorskich heroinistach. Zarówno oni jak i Minna kombinowali, żeby zapłacić komuś u kogo mają dług, czy żeby dostać kolejną działkę. Tam dochodził do tego idiotyczny wątek miłosny (relacji jednostronnej i wyniszczającej), tu więcej jest zawiłości w relacjach ze "współpracownikami". Ostatecznie jednak obraz środowiska ludzi biorących narkotyki jest podobny, różny był tylko wiek i brany środek.
To tyle jeśli chodzi o pierwsza dwa filmy, przede mną jeszcze osiem, więc spodziewajcie się kolejnych wpisów. Kolejny prawdopodobnie... jutro? Wesołych świąt :)
sobota, 19 grudnia 2015
Niech moc będzie z nami - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" recenzja
Gwiezdne Wojny to fenomen
kulturowy o niebagatelnym znaczeniu. Niektórzy chełpią się tym,
że nigdy nie obejrzeli żadnej części, inni nie wyobrażają sobie
bez nich dzieciństwa, dla jeszcze innych, to fundament dzisiejszej
popkultury. Niezależnie od tego, do której racji ma się najbliżej,
obok premiery siódmej części gwiezdnej sagi nie można przejść
obojętnie, bowiem jest to wydarzenie, które już jest szeroko
komentowane, a w planach są już kolejne części i spin-offy.
"Przebudzenie Mocy"
zaczyna się tak jak powinno: "Dawno, dawno temu, w odległej
galaktyce...", charakterystyczna muzyka, logo i przesuwające
się w dal napisy wprowadzające. Tyle jeśli chodzi o formę, treść
jest tu jednak równie ważna. Jeśli ktoś liczył na jakieś novum
w uniwersum, to srogo się zawiedzie, już bowiem na etapie napisów
z prologu resetowana jest Stara Trylogia, a wszystkie pionki wracają
na swoje miejsca. Imperium zastąpione zostało więc przez Najwyższy
Porządek, z którym walczy Ruch Oporu. Luke Skywalker, ostatni
przedstawiciel rycerzy jedi zniknął, co z kolei zaburzyło
równowagę mocy, dając szansę Ciemnej Stronie na wzrost w siłę.
Jeśli chodzi o stosunki militarno-polityczne, mamy zatem do
czynienia z powtórzeniem sytuacji z "Nowej nadziei" i ta
analogia będzie nam towarzyszyć przez cały film, od przekazania
ważnych informacji, małemu droidowi na początku, po napakowany
efektami specjalnymi finał.
Motorem napędowym filmu
J.J. Abramsa jest sentyment. Poza warstwą fabularną, w której
"Przebudzenie Mocy" jest z grubsza Epizodem IV, tyle że
nakręconym w 2015 roku, w filmie nie brakuje żartów i mrugnięć
okiem do fanów. Humor jest tu wartością, za pomocą której
maskuje się wiele wygodnych z narracyjnego punktu widzenia zbiegów
okoliczności i uproszczeń scenariuszowych, które, po raz kolejny,
przypominają te, z jakimi mieliśmy do czynienia prawie czterdzieści
lat temu. Najwyższy Porządek, podobnie jak Imperium, ma bowiem
poważne niedociągnięcia jeśli chodzi o protokoły zabezpieczeń
(uciec z wojskowego statku wroga nie jest wcale trudno), a ich
niezwykle nikczemny plan może zostać pokrzyżowany z jednym
wciśnięciem metaforycznego czerwonego przycisku.
Film Abramsa jest
dzieckiem swoich czasów, to Gwiezdne Wojny na miarę drugiej dekady
XXI wieku. Świat, w którym rozgrywa się akcja jest nam doskonale
znany, jednak sposób w jaki prowadzona jest narracja, to już
zupełnie inna bajka. Dzieje się tu dużo: pościgi, wybuchy, bitwy
statków kosmicznych – wszystko to zostaje przedstawione bardzo
dynamicznie. Reżyser dobrze też manipuluje tempem, jeśli na chwilę
zwalnia, żeby wprowadzić nowych bohaterów czy zarysować relacje
między nimi, to już po chwili rzuca ich w sam środek akcji, nie
pozwalając widzowi się znudzić. Sami bohaterowie to kombinacja
starej i nowej gwardii. Obok postaci kultowych jak Han Solo (Harrison
Ford), Leia (Carrie Fisher) czy Chewbacca (dzielnie noszący futrzany
kostium Peter Mayhew) znajdujących się raczej na drugim planie,
wprowadzeni zostają nowi, głowni bohaterowie. Reya (Daisy Ridley),
Finn (John Boyega) i Poe (Oscar Isaac) reprezentują przekrój
charakterów i biografii. Chociaż główna bohaterka wpisuje się w
schemat postaci jaką był Luke Skywalker (pustynna planeta,
przywiązanie do domu, techniczne umiejętności), to wprowadza
powiem świeżości, do zdominowanej przez mężczyzn galaktyki. Finn
z kolei intryguje swoją przeszłością i decyzjami jakie podejmuje,
jego historia nie zostaje jednak w pełni rozwinięta, czego
prawdopodobnie doczekamy się w późniejszych odsłonach.
"Przebudzenie Mocy"
to rozrywka na poziomie. Akcja wciąga, bohaterowie wzbudzają sympatię i
potrafią przejąć swoim losem. Chociaż wszystko jest tu raczej
oczywiste i liniowe, to wchodząc w świat ogromnych statków i
dziwnych planet można się poczuć jak w dzieciństwie, gdy po raz
pierwszy odkrywało się uroki sagi Lucasa. Euforia jaką wywołuje
Epizod VII opiera się na sentymencie i trudno tu mówić o nowej
jakości czy odświeżeniu serii. Jedno jest pewne – póki co nie
ma wstydu. "Przebudzenie Mocy" raczej nie będzie stawiane
obok niechlubnych części z Nowej Trylogii. Nie ma też jednak
szału. O ile "Nowa nadzieja" i jej kontynuacje faktycznie
zmieniły nie tylko oblicze kinematografii, ale i wpłynęły na
szeroko pojętą popkulturę, o tyle film J.J. Abramsa przypomina
raczej merchandisingowe wyczyny George'a Lucasa – to po prostu
rzetelnie zrobiony produkt, który ponownie rozkręci machinę
biznesu, wprowadzając na rynek nowe postaci, figurki, książki,
komiksy czy gry. Póki filmy będą trzymać poziom "Przebudzenia..."
nie będzie źle, ale w obliczu planów licznych spin-offów, nie
tylko fani zaczną się teraz uważniej przyglądać poczynaniom
producentów i twórców. Moc bowiem się przebudziła i wszyscy to
poczuliśmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

