niedziela, 17 sierpnia 2014

Powrót do rzeczywistości, czyli co ja zrobię nie oglądając trzech filmów dziennie.

Jak być może niektórzy z was wiedzą przez ostatni tydzień byłem na Ińskim Lecie Filmowym (taki festiwal w miejscowości Ińsko ;)), gdzie jako członek redakcji gazetki festiwalowej "Ińskie Point" oglądałem dużo filmów i pisałem ich recenzje. Był to chyba pierwszy festiwal, na który zawitałem. Dwóch seansów na zeszłorocznej edycji Transatlantyku nie liczę, bo zobaczyłem wtedy "Gangstera" i "Lincolna"... wow. W każdym razie, miejscowość położona jest przy jeziorze, więc zasadniczo codziennie przez tydzień sobie na nie patrzyłem. Przykładowy zachód słońca wygląda tam tak:


Teoretycznie powinniśmy byli wstawać wcześnie i chodzić spać późno. W pewnym momencie jednak złapaliśmy obsuwę i nasza gazeta zaczęła ukazywać się wieczorami. Pora druku miała bezpośrednie przełożenie na ilość egzemplarzy, które zabierali ludzie. Mimo późnej godziny wydawania mieliśmy grono wiernych czytelników.


Idea gazety polegała na pisaniu recenzji filmów, które wyświetlane były dnia poprzedniego, a także zamieszczaniu relacji ze spotkań i koncertów oraz wywiadów z zaproszonymi na festiwal gośćmi. Osobiście przeprowadziłem jeden wywiad (wespół z kolegą Patrykiem), transkrybowałem jednak dwa inne, więc nie można powiedzieć, że byłem bezużyteczny :) Bywało tak, że w jednym wydaniu pojawiały się nawet cztery recenzje jednego filmu. Tak było w przypadku "Kochanie, chyba cię zabiłem" i
"Kamieni na szaniec". "Kochanie..." było pierwszym filmem jaki, razem z naszymi współlokatorami, obejrzeliśmy w Ińsku. Chodź do napisania recenzji wydelegowana była jedna osoba, to film wywołał w nas tak negatywne emocje, że cała nasza czwórka musiała się nimi podzielić ze światem. "Kamienie..." z kolei jako film głośny podzieliły członków redakcji, w związku z czym każda z czterech recenzji rzucała trochę inne światło na film. Wszystkie numery gazetki są dostępne na stronie Ińska, "Kochanie..." to numer pierwszy, łączony (1-2), "Kamienie..." zaś są bohaterami numeru siódmego, w którym jest także relacja ze spotkania z Marcelem Sabatem (Zośką).


Praca w Ińskie Point była pierwszą działalnością publicystyczną, za którą dostałem jakąś zapłatę. W tym przypadku były to dostarczane codziennie rano bułki. Być może zaśmiejecie się z tej formy płatności (były to raczej dary z dobrego serca, ale wolę o tym myśleć jako o formie wynagrodzenia), widocznie nie macie pojęcia jaka to przyjemność zjeść z rana świeżą bułę.

Pitolę tu trochę naokoło tematu, ale skoro był to festiwal filmowy, to przecież filmy powinny być meritum mojej wypowiedzi. Program festiwalu był bardzo zróżnicowany. Od dostępnych dla wszystkich (generalnie bowiem seanse były biletowane) projekcji bajek dla dzieci i kina plenerowego (w którym pokazywano głównie polskie filmy), przez filmy z sezonu 2013/14, które pojawiły się w normalnej dystrybucji, po nowe kino europejskie (z Estonii, Czech, Rosji i Skandynawii). Oglądanie tych ostatnich stanowiło dla mnie pewne novum (pozdrowienia dla Patryka), jak pisałem kiedyś, jestem bowiem zanurzony w kinie głównego nurtu, w dodatku amerykańskim. Nigdy nie obejrzałem pod rząd tylu filmów w nieznanych mi językach. Poziom był bardzo różny. Najlepszym filmem festiwalu (przynajmniej z tych, które widziałem), były estońsko-gruzińskie "Mandarynki", opowiadające historię dwóch Estończyków z sadem pełnym tytułowych owoców, których zaskakuje wybuch wojny Abchazkiej (recenzje w nr 4). Na drugim końcu skali znajdował się przez długi czas tylko jeden film. Polskie "Kochanie, chyba cię zabiłem" było zbiorem sucharów i zlepkiem filmowych schematów, z których reżyser próbował sklecić marną fabułkę. Wyszło jak wyszło, choć ja co chwilę uderzałem się w czoło (facepalmowałem?), a wszyscy wydawaliśmy cierpiętnicze jęki, to jednak udało nam się wysiedzieć do końca. Tego samego nie można powiedzieć o czesko-polskiej produkcji o zwodniczym tytule "Polski film" (nr 5). Na seansie pojawiło się kilka osób z redakcji, część z nich jednak opuściła salę wybierając znacznie bardziej pożyteczne zjedzenie obiadu czy po prostu mając na względzie szacunek do własnego czasu. Był to dzień, w którym miałem do napisania tylko jedną recenzję (również czeskiego "Piękna"), odetchnąłem jednak z ulgą, słysząc, że pisanie o "Polskim filmie" mogę sobie odpuścić. Wstęp do tej recenzji mam wciąż zapisany, możliwe więc, że wrócę do tematu, żeby przestrzec ludzi przed tym koszmarem.

Dużym zawodem było kino polskie, z którego najbardziej podobało mi się "Chce się żyć". Zarówno "W imię" jak i "Kamienie na szaniec", z którymi wiązałem pewne nadzieje, wiedziony zasłyszanymi wcześniej opiniami okazały się być słabe. Film Szumowskiej przypominał bardzo długi prolog (wszyscy, którzy rozmawiali ze mną o tym filmie słyszeli już ten argument... cóż mogę poradzić, że jest to mój główny zarzut), z którego nic nie wynika. Patryk stwierdził, że ostatnie 15 minut zabija cały film. Tak i nie. Ostatnie 15 minut zawiera kondensację wydarzeń, które były do przewidzenia. Ostatnia scena jednak, to żałosna prowokacja, mająca zapewne na celu wzbudzić jakąś dyskusję na temat duchowieństwa w Polsce, niestety, wzbudza jedynie śmiech zażenowania.


Osobnym tematem pobytu w Ińsku była sama miejscowość. Zakwaterowani zostaliśmy w szkole, która zdaje się łączyła kilka poziomów nauczania (podstawówka i gimnazjum). Chodząc szkolnymi korytarzami byliśmy non-stop atakowani przez wiszące na ścianach plakaty, jak ten powyżej. "Nie przebywaj niepotrzebnie obok pokoju nauczycielskiego !" stało się naszym faworytem, istniała także wersja tego sloganu dotycząca przebywania obok księgowości. Inne ciekawe teksty to "Nie siadaj na parapetach okiennych !", "Jeśli masz problem zgłoś się do nauczyciela dyżurującego !" czy "Usiądź na ławce, nie popychaj, nie podstawiaj nogi !". Z innego cyklu ozdobników ściennych pochodziło hasło "Uczę się, nie chcę - lubię", co dodane do całości stworzyło mi w głowie wizję dzieci, przypominających te z "Wioski przeklętych". Podobne ubrania, maszerowanie parami itp. Biedne dzieciaki...


Będąc w Ińsku w ciągu tygodnia obejrzałem 21 filmów, czym zrealizowałem swój śmiesznie mały, wakacyjny cel filmowy. Trochę trudno będzie teraz wrócić do rzeczywistości i oglądać maksymalnie jeden film na dzień, chodzić na praktyki czy grać w gry planszowe ( :P ). Ińsko było przyjemnym i ciekawym doświadczeniem. Choć praktycznie całe dnie spędzałem w kinie i przez 8 dni nie miałem życia, to uważam, że był to bardzo konstruktywnie spędzony czas. Udowodniłem sobie, że można napisać recenzje filmu w dzień jego obejrzenia bez utraty wartości merytorycznej. Cenne doświadczenie... kariera przede mną :P

Na do widzenia zamieszczam zdjęcie z Ińskiego Festiwalu Rzeźby Piaskowej (czy jakoś tak). Niesamowite prace, robią wrażenie. Był Shrek z Fioną, Scooby-doo z kudłatym, a także Simpsonowie siedzący przed telewizorem, w którym leciał akurat "Bolek i Lolek" (ach ta intertekstualność). Przed wami jednak... Królewna Śnieżka i dwóch krasnoludków:

wtorek, 5 sierpnia 2014

Zanurzony w mainstreamie, czyli może czas na coś ambitnego?

Po kilku ostatnich seansach, na których byłem ze znajomymi, albo które później z nimi omawiałem, uderzyła mnie bolesna (not really) prawda, że taplam się w głównonurtowych filmach. Nie chodzi o to, że wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. To raczej kwestia tego, że niby chcę uchodzić za osobę inteligentną i w jakiś tam sposób erudycyjną, ale moja oglądanie filmów ogranicza się najczęściej do produkcji, które zobaczyć można w multipleksach. Ostatnią ambitną produkcją jaką widziałem był bodajże "Frank", ale on ponoć też leciał w multikinie, więc rozumiecie mam nadzieję o co mi chodzi. Poza tym, oglądam praktycznie same filmy anglojęzyczne (no i po polsku, ale zdecydowanie rzadziej). Najgorsze jest to, że chociaż "kino europejskie" brzmi tak ambitnie, to zmiana języka wcale nie oznacza poprawy jakości. Amerykanie mają potężny rynek zbytu (duuużo widzów), mieli więc i czas na artystyczne eksperymenty i na dopracowanie rzemiosła filmowego. Istnieje chyba jednak jakieś przekonanie, że "kino amerykańskie" jest z gruntu mało ambitne... Ach ten hipsterski Poznań.

Boli mnie także świadomość tego, że ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że jakieś produkcje mogą być mniej... hm, wartościowe artystycznie od innych, ale i tak je wolę, bo podoba mi się język filmu czy technika jego wykonania. Najlepszy przykład z ostatnich tygodni to "Zacznijmy od nowa" i "Once", obejrzane w takiej kolejności. "Zacznijmy..." podobało mi się bardzo, "Once" oglądało mi się świetnie dopiero od połowy. Mimo to, wiem że to "Once" jest filmem bardziej wartościowym, a "Zacznijmy..." to taka bajka ku pokrzepieniu serc, ale i tak to ona podobała mi się bardziej. Dziwne to trochę, doceniać jeden film, a woleć drugi, ale człek się chyba składa z paradoksów.

Zwieńczeniem mojego autooświecenia był wczorajszy seans "Sekstaśmy". Poszedłem na film z przekonaniem, że będę miał z czego napisać kolejną recenzję (bo z komercyjnych produkcji bez ambicji pisze się je najłatwiej). Nie spodziewałem się niczego, może liczyłem na trochę śmiechu. Było żałośnie, ale jakieś chichoty mi się wyrwały. W ostatecznym rozrachunku natomiast stwierdziłem, że był to film-reset, którego mi brakowało. Przez ostatnie dni i tygodnie oglądałem najczęściej to, co już kiedyś widziałem. Najczęściej wracałem po kilkuletniej przerwie by "odkryć film na nowo". Znowu, poza dwoma filmami Szulkina nie było to nic ambitnego. "Sekstaśma" uświadomiła mi, że czas na naprawdę wartościowe kino. To było ściągnięcie poziomu na samo dno, co umożliwia odbicie się i docenienie jakiejś porządnej produkcji. Co to będzie? Jeszcze nie wiem. Może arcydzieło, któregoś z europejskich mistrzów? Trochę męczy mnie fakt, że fanpage "Filmy, w których Tom Cruise nie biega" czeka na aktualizację, a "Oczy szeroko zamknięte" czekają na obejrzenie. Ale... to w końcu Kubrick, a Kubrick to klasyka, więc mogę to sobie wybaczyć...