piątek, 6 lutego 2015

Numer drugi, czyli "Ziarno prawdy" o Polsce

Nie jest łatwo mi przypomnieć sobie ostatni raz kiedy tak ekscytowałem się polskim filmem. Przeglądając moją historię ocen, okazuje, że się "dziewiątki", a nawet jedna "dziesiątka" (mówiąc o filmwebowej skali) owszem, pojawiają się w kontekście rodzimych produkcji, ale zwykle dotyczą filmów sprzed 89 roku i przeważnie ich autorem jest Andrzej Wajda.

W niedawnej przeszłości mógłbym wskazać "Jeziorakaka". Mówiłem o nim przez dłuższy czas komu tylko mogłem, aczkolwiek było to mówienie mocno podszyte ideologią oraz radością z tego, że w Polsce w końcu pojawiają się twórcy sięgający po kino gatunkowe. Film był rzemieślniczo sprawnie zrealizowany, chociaż brakowało mu szlifów wykończeniowych. Dialogi nie domagały, brzmiały momentami sztucznie, chociaż można było się do tego przyzwyczaić, schematy nie były kamuflowane, tak, że gdyby była to produkcja amerykańska nie wyszłaby poza rynek dvd, a i tam znaleźć by ją pewnie można w koszu z tanimi filmami. Liczył się jednak symboliczny gest odwagi, próba zrobienia filmu bez ambicji w kraju, w którym kino ma być nośnikiem idei i wiedzy, a także sprawność wywiązania się z tego zadania. I ja to doceniłem.

Ostatnio jednak wybrałem się na "Ziarno prawdy" i okazało się, że twórca "Jezioraka" nie tylko nie był odosobnionym przypadkiem takiego podejścia, ale także, że w naszym kraju jesteśmy w stanie nakręcić film na światowym poziomie, świadomie wykorzystać gatunek i łącząc rozrywkę z refleksją społeczną.



"Ziarno prawdy" to film solidny zarówno od strony scenariusza jak i realizacji warsztatu filmowego. Od samego wprowadzenia akcji, przez świetne intro, do bohaterów - wkręcamy się momentalnie. Prokurator Szacki to typ pracowitego dupka, który wie więcej niż inni i ma w zanadrzu pokłady sarkastycznych tekstów, żeby to okazać. Długo czekałem na film, w którym bohaterowie nie będą do siebie mówić pustych zdań, ale przerzucać punchline'ami, pełniącymi nie tylko funkcję informacyjną, ale też będącymi po prostu kwit esencją kozactwa (przepraszam za potoczność wyrażenia). W filmie roi się od scen zwieńczonych "tekstem", który wybrzmiewa mocniej, jeśli stanowi zakończenie sceny. Takie momenty często następując zostawiając widza z grymasem "łał" na twarzy.

Jest tu także rewelacyjnie rozpisana historia. To ten typ kryminału, w którym rozwiązanie jest ciągle w zasięgu widza, ale twórcy zwodzą go, żeby nie mógł go odkryć. Nie jest więc zbyt prosto, nie od razu jest jasne, kto morduje w cichym Sandomierzu, ale gdy ostatecznie dochodzi do rozwiązania nie mamy też poczucia bycia oszukanym. Sprawca nie zostaje złapany przez zbieg okoliczności czy cudownie odkrytą poszlakę, o której wcześniej nie było mowy. Wszystko składa się w spójną całość.



Film dobrze prezentuje się też od strony technicznej. Wspomniałem wcześniej o "intrze", które nie tylko jest estetyczną formą zaprezentowania twórców, ale wprowadza też w opowieść, zarysowując historyczne tło. Estetycznie dopracowane, reprezentuje poziom, którego brakuje niektórym pozycjom zagranicznym. Klimatyczne są także zdjęcia. O ile praca kamery w "Bogach" z Tomaszem Kotem (filmie, który był ogromnym sukcesem w ubiegłym roku) trąciła produkcją telewizyjną przez długie, ruchome ujęcia, o tyle w "Ziarnie..." reżyser nie boi się cięć. Nie jest to zresztą zaskoczenie, już poprzedni film Borysa Lankosza "Rewers" określiłem swego czasu jako "Taki mało polski c'nie?", co miało wówczas oznaczać, że wyrywał się kliszom i sposobom realizacji, kojarzącym się w potocznym myśleniu z "polskim kinem".



"Ziarno prawdy" jest też inteligentne pod tym względem, że nie stara się być "kinem ambitnym", a mimo to mówi coś mądrego o naszej mentalności i sposobie życia. Dużo w tym filmie prawdy o myśleniu współczesnych Polaków, naszych przywarach i tym co nam tak bliskie, chociaż niezbyt miłe. A to wszystko przy okazji kryminalnej historii, bez bawienia się w objawione prawdy. I ten brak nachalności i szczerość to coś czym film Lankosza i Miłoszewskiego kupuje widza. Więcej potrzeba nam takich współpracy reżysersko-pisarskich, bo bohaterowie, którzy mówią żywym, chociaż trochę nierealistycznym językiem, to coś czego w polskich filmach wciąż zbyt mało, a o refleksjach społecznych wciąż myśli się w kategoriach osobnych filmów-tematów, a nie wtrącanych w tle wątkach. A szkoda, bo taka metoda działa. I to jak!

wtorek, 3 lutego 2015

Nowe filmy, nowe wyzwania, czyli jak zmotywować się do pisania

Wypadam z pisarskiego rytmu (który i tak jest dość rozregulowany), toteż wpadłem na pomysł coby w lutym pisać kilka słów o każdym z obejrzanych w tym miesiącu filmów. Czasem może będzie to recenzja, może tekst, który recenzję zainspiruje, ale na pierwszy ogień idzie chińska produkcja "Czarny węgiel, kruchy lód", której recenzji nie napiszę, gdyż czuję się za mało kompetentny w kwestii kinematografii azjatyckiej w ogóle.

Czym zatem jest "Czarny węgiel..." i dlaczego go obejrzałem? To jeden z tych filmów, które pojawiają się niespodziewanie i łapią nas na haczyk, który pozostaje w człowieku, jeśli szybko czegoś z tym nie zrobi. Takim filmem było "Czworo do pary", takim filmem jest "Coś się musi stać", z którego ludzie wychodzili po pół godziny projekcji (a jeśli widzowie opuszczają seans, a potem dzwonią, że film był "beee", to jestem zaintrygowany), takim filmem stał się "Czarny węgiel...", o którego premierze wiedziałem z wyprzedzeniem z filmowego kalendarza, ale którego zwiastun dopiero sprawił, że zapragnąłem go zobaczyć.



"Czarny węgiel..." to nietypowy kryminał. Dlaczego nietypowy? Bo schematy gatunkowe, jakie znamy chociażby z filmów amerykańskich są w nim poprzestawiane. O ile w typowym kryminale mamy zbrodniarza, bohatera i wyjaśnienie sprawy, a wszystkie te elementy rozwijają się równolegle, wzajemnie się uzupełniając, o tyle w filmie Yi'nana Diao każdy z tych elementów dostaje osobną historię. I tak najpierw mamy trochę o bohaterze, później rozwiązany zostaje wątek zbrodniarza, a wyjaśnienie jest w zasadzie obiektem osobnego śledztwa, kiedy sprawa wydaje się już być zamknięta. A jednak wszystko to składa się w jakąś całość, może odrobinę chaotyczną czy niespodziewaną, ale kolejne aspekty filmu wzajemnie współgrają.

Nietypowy jest tu także sposób narracji. Od długich napisów początkowych, w których na czarnym tle i zupełnej ciszy wymienieni zostają twórcy, po urwane zakończenie (a może była to wina kopii? do końca nie wiem). Jest to dosyć oryginalne, szczególnie jeśli przyzwyczajeni jesteśmy do światowych standardów, gdzie takie nużenie widza na samym wstępie jest niewskazane. Z drugiej strony, wprowadza nas to błyskawicznie w klimat filmu, zmuszając do otwarcia się na coś innego.

Ostatnią moją refleksją na temat filmu była jego kameralność. To film, który spokojnie mógłby powstać w Polsce, nie jest bowiem spektakularny, ale starannie pomyślany i rozegrany. Nie raziły tez jakieś poważne kulturowe różnice, poza daniami, które spożywali bohaterowie (gorące zupy i charakterystyczne pierożki) historia ta mogłaby się zdarzyć wszędzie, był to bowiem film skupiony raczej na ludziach, w których wątki humanistyczne były zasadniczym spoiwem dla całości.



"Czarny węgiel, kruchy lód" godny jest uwagi, szczególnie, jeśli ktoś chce spróbować czegoś innego, choć zanurzonego w świecie mu znanym. Chiński kryminał ciekawi swoją egzotyką, ale pokazuje ją w formie świetnie nam znanej, wprowadzając jedynie niewielkie różnice. To właśnie te szczegóły sprawiają jednak, że osobiście czuję się jeszcze bardziej zaintrygowany i nie tylko chętnie przypomnę sobie koreańskiego "Oldboya", ale także Hongkońskie filmy akcji i klasykę kina Kung Fu. Od czegoś trzeba zacząć :)