sobota, 22 listopada 2014

Typologia kinowych klientów, czyli słów kilka ku przestrodze (i rozrywce)

Pracując w kinie trochę ponad rok (a w zasadzie rok bez miesięcznych przerw, jeśli wypełnić luki na zmianę kina ostatnimi miesiącami) miałem niezliczoną ilość okazji, żeby obserwować klientów. Jako, że robię to trochę mimowolnie i tak samo mimowolnie analizuję ich zachowania, z tyłu głowy pojawiać mi się zaczęła pewna baza danych i podział na poszczególne typy. Nadszedł chyba czas, bym podzielił się tą wiedzą ratując tym być może kogoś przed wpadnięciem, w którąś z tych klisz.

TYPOLOGIA KLIENTÓW KIN (niezależnie od rodzaju kina)

1. SITERSI (ang. sit - siedzieć)

To nazwa, którą wymyśliłem po tym jak któryś raz z kolei musiałem wypuścić salę, na której wciąż siedzieli widzowie. Idea wypuszczania sali jest zasadniczo taka, że sale raczej nie stoją nieużywane. Jakiś film się kończy, za chwilę inni się zaczyna, te przerwy bywają niemożliwie krótkie, a czasem sala wymaga posprzątania w międzyczasie (zwłaszcza, jeśli rozmawiamy o kinach, w których kupić można żywność... na przykład popcorn). Tymczasem istnieje grupka widzów, która z jakiegoś powodu musi siedzieć na napisach do końca lub przynajmniej do bardzo, bardzo późnej ich części, tak że gdy oni wychodzą, to widzowie kolejnego filmu stoją już przy drzwiach.
Rozumiem przeczekiwanie napisów na produkcjach Studia Marvel, gdzie jest prawdą powszechnie znaną, że będzie można potem zobaczyć jakąś krótką scenkę (kiedyś zapowiadającą kolejny film, teraz mającą raczej mieć wydźwięk humorystyczny). Rozumiem też, że są filmy, które po prostu tak masakrują odbiorców, że zwyczajnie nie chce się od razu wstawać i wychodzić, też tak miewam. Czego natomiast nie rozumiem i co trudno jest mi zaakceptować, to siedzenie na napisach filmów średnich, albo takich, które spokojnie można przetrawić poza salą. Czy ma to być jakiś rodzaj hołdu dla twórców? Myślę, że wszelkich "technicznych", którzy przyłożyli rękę do powstania jakiegoś filmu średnio obchodzi czy widz przeczyta ich nazwisko by po pięciu sekundach już o nim zapomnieć czy nie. Jeśli zostajesz dla muzyki, to ok, fajnie że ci się podoba, ale równie dobrze możesz wrócić do domu, usiąść przed komputerem i wpisać w Google "[nazwa filmu] ending song" i będziesz mieć możliwość rozkoszowania się nią do końca świata. Więc jeśli potrzeba przesiedzenia napisów, jest jakąś drobną zachcianką, to może warto zauważyć pracowników kina i uszanować ich pracę, wychodząc z sali szybko i sprawnie, tak by mogli dopełnić swoje obowiązki.

2. CI OSTATNI (ludzie, na których trzeba czekać)

To kategoria, którą utworzyłem dopiero niedawno. Dotychczas wszystkich ślamazarnych wrzucałem do worka z sitersami, ale ostatnio zauważyłem, że są ludzie, którzy w nosie mają napisy końcowe. Oni po prostu... w zasadzie nie wiem co robią, ale sprawiają, że trzeba na nich czekać.
Nie rozumiem np. ubierania się na sali. Po co, skoro skończyły się już chyba czasy kin, z których z sali wychodziło się wprost na zewnątrz, gdzie uderzał nas mróz i śnieg czy deszcz i wiatr, generalnie złe warunki pogodowe. Przed salą zwykle jest hol, w których prawdopodobnie stoją jakieś krzesła, na których można usiąść, albo rzucić na nie swoje ubrania i tam spokojnie się ubrać. Ale nie, ludzie nie zauważają pracowników kina, którzy stoją i smutno patrzą na wychodzącą jeszcze salę (nawet jeśli napisy dawno przeminęły), wiedząc, że za chwilę będą musieli przepraszać próbujących już wejść nowych widzów.
Osobiście staram się opuszczać salę jako jeden z pierwszych, wychodząc z założenia, że bycie ostatnim widzem na sali tworzy jakąś presję, do szybszego wyjścia. Ubieram się też metodycznie, bo generalnie lubię "chodzić z sensem", czyli np. ubieram się idąc, albo niosę ubranie w ręku, wiedząc, że zaraz stanę w kolejce do wyjścia i to będzie moja chwila, którą przeznaczyć będę mógł na ubranie się (zamiast stać bezczynnie w pełnym rynsztunku). Myślenie perspektywiczne to pożądana dzisiaj cecha, a wybieganie myślą w przód nie jest znowu tak powszechne, więc hej, czemu nie zacząć zmian od siebie?

3. ANALFABECI (albo po prostu niezbyt bystrzy)

Abstrahuję już od częstego pytania, które kiedyś padało regularnie: "A przepraszam, czy ten film jest z lektorem?". Dopóki nie pracowałem w kinie, myślałem, że oglądanie filmów z napisami, to dla wszystkich taka frajda jak dla mnie. Słyszę oryginalny głos aktora, a do tego wiem co mówi. Jeżeli dodatkowo znam język, którym mówi aktor, to mogę zupełnie zignorować napisy, skupiając całą swoją uwagę na tym co dzieje się na ekranie (bo napisy sprawiają jednak, że chociaż wiemy co się dzieje, nie widzimy wszystkiego). Nagle okazało się jakim jestem naiwniakiem. Istnieje całe mnóstwo widzów kinowych, które nie lubi czytać. Ogarnijmy się, to nie są książki, gdyby zsumować średnią ilość list dialogowych z półtoragodzinnego filmu to ile nam wyjdzie stron zapisanych linijka pod linijką? Książkowym drukiem pewnie coś koło 20-30. Maksymalnie.
Bodajże przy okazji filmu "Zimowa opowieść" doszło do takiej mniej więcej sytuacji:

Do kasy podchodzi facet z babką, wiek - gdzieś przed trzydziestką.
- Dzień dobry czy "Zimowa opowieść" jest z dubbingiem
- Nie, z napisami.
Facet odwraca się do swojej partnerki i pyta:
- Poradzisz sobie?

Kiedyś też, gdy cofałem klientów spod przejścia, którym wchodzić nie mieli (bo nikt tam nie sprawdzał biletów) i powiedziałem im, że informacja o tym była napisana na kartce na słupku, spotkałem się z odpowiedzią "Strasznie dużo trzeba u was czytać".
Oh well...

Innym aspektem wstecznego analfabetyzmu przejawiającym się w niechęci do czytania jest motyw klientów, którzy nie wiedzą co podać bileterowi. W kasie kina dostaje się zwykle kilka papierków z czego tylko jeden jest biletem. Może to być na przykład zestaw: informacja o tańszej kawie, katalog z premierami na dany miesiąc, bilet i paragon, z czego bilet wyróżnia się tym, że UWAGA! ma napisany tytuł filmu, godzinę projekcji, rząd i miejsce. Podchodzą tacy klienci i mówią "nie wiem, które pan chce" albo "nie wiem, które to bilet". Aż chce się odpowiedzieć, że na przykład ten papierek, na którym jest rząd i miejsce. Nie róbmy z siebie idiotów, chcemy być traktowani jako poważni, kulturalni, mądrzy ludzie? To bądźmy świadomi tego co się dzieje, szczególnie jeśli wymaga to od nas pobieżnego przejrzenia kilku świstków.

4. NIEŚMIESZNI

To akurat grupa, którą spotkać można wszędzie, każdy z nas może też do niej czasem dołączać. Chodzi o ludzi, którzy myślą, że są śmieszni, chociaż tak naprawdę nie są oraz takich, którzy myśląc, że rozsiewają dookoła swój czar tak naprawdę pogłębiają irytację słuchaczy. To rzecz dosyć intuicyjna, jest jednak jeden flagowy przykład, który tu przytoczę, a którego za wszelką cenę należy się wystrzegać.
Rodzajów kinowych biletów jest co najmniej kilka. Od zwykłego podziału na normalne i ulgowe (uczniowie, studenci, emeryci) są też jakieś kupony, które można wygrać/dostać/kupić, listy, na którym można figurować co upoważnia do tańszych, albo darmowych wejść i wiele, wiele innych. Dlatego kiedy pada pytanie o rodzaj biletu, zadane w formie "Bilet normalny?", to najgłupszą rzeczą jest odpowiedzieć "Może być nienormalny, hehe". Jest to żart, który każdy kasjer sprzedający bilety słyszał w swoim życiu wielokrotnie, bywa, że po kilka razy dziennie, dlatego jest to żart, który NIE JEST ŚMIESZNY. To taki tekst stereotypowego wujka, który mówi coś "młodzieżowego" albo "cool", myśląc, że w ten sposób nawiązuje z nami więź i urasta w naszych oczach, do rangi króla dowcipu. Był nawet chyba żart o takich wujku...

5. NORMALNI
I na tych wszyscy czekamy, a kiedy przybywają, czasem niepozorni, czasem jedynie przemykając niezauważeni, nasze życia stają się prostsze. To tacy ludzie, którzy wiedzą do czego służy kino, ale zauważają w nim też ludzi, którzy sprawiają, że kino funkcjonuje. Ludzie, którzy mają poczucie humoru, ale nie chcą być na siłę śmieszni. Ludzie, którzy rozumieją, że kawiarnia jest już zamknięta, ekspres wyłączony i że nie mogą w związku z tym kupić kawy. Ludzie, którzy nie myślą tylko o sobie, ale generalnie myślą.

I takimi myślącymi widzami powinniśmy być wszyscy.
Udanych seansów.

sobota, 8 listopada 2014

Alternatywa, czyli słowo o innym kinie

Znowu jestem w pracy i znowu dodaję wpis. Czy to ta praca działa tak inspirująco? Pewnie tak, bo dzisiaj napiszę co nieco o filmach spoza głównego nurtu. Postaram się uniknąć kryptoreklamy, ale być może mi się nie uda.

Odkąd przestałem pracować w multipleksie, a zrobiłem to po części dlatego, że wyświetlane tam filmy już nie dawały mi przyjemności, mam wrażenie, że poszerzam swoje horyzonty filmowe. W ramach researchu przed tym wpisem, coby uniknąć przekłamań, sprawdziłem historię swojego konta na Filmwebie i faktycznie widać tam, że do momentu rezygnacji oceny są mniej więcej podobne, bardzo średnie, nic szalonego się nie dzieje. Potem zacząłem oglądać filmy starsze, zacząłem prowadzić fanpage "Filmy, w których Tom Cruise nie biega", w związku z którym zacząłem oglądać dużo filmów z tym aktorem i tak to się jakoś kręciło aż do "Sekstaśmy"... i to był ten punkt. Prawdopodobnie zapamiętam ten film dlatego, że był taki zły i dlatego, że stanowił dla mnie impuls do wyjścia poza kino mainstreamowe. Pojechałem do Ińska, zacząłem oglądać filmy europejskie i przeżyłem szok. Dotąd moje wyobrażenia o kinie... na potrzeby tej wypowiedzi nazwijmy go artystycznym, były takie, że jest to kino poważne, ciężkie, wymagające dużego skupienia, na które nie zawsze mam ochotę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmy europejskie pretendujące do bycia czymś więcej niż tylko rozrywką kierują się tymi samymi zasadami co kino, które dotąd oglądałem w kinie. Nadal chodzi o zainteresowanie widza i wciągnięcie go jak najgłębiej w przedstawianą opowieść. Tylko, że zamiast ograniczyć się tylko do tego, zamiast poprzestać na tym czysto emocjonalnym zaangażowaniu chodzi o powiedzenie o czymś ważnym czymś co ma znaczenie... albo zupełnie nie i wtedy robi się film o szukaniu halucynogennych grzybków w sercu dżungli ("Chore ptaki umierają łatwo").


Ciekawie obserwuje się też analogie występujące między multipleksami, a kinami studyjnymi, art house'owymi. I tu i tam pojawia się coś w rodzaju blockbusterów (chyba już o tym pisałem, ale jest to taki kasowy hit, nazwa od bomby, która rozwalała cały blok mieszkalny). W multipleksach są to blockbustery właściwe, czyli dzisiaj byłoby to kolejna odsłona przygód Avengersów albo trzeci Hobbit (ech). W kinach studyjnych będzie to pewnie nowy Woody Allen (powód, dla którego sieciówki też puszczają jego filmy - od kilku lat generuje zyski), ale też np. jakiś "Klub Jimmy'ego" a być może "Lewiatan". W obu przypadkach są to filmy, które mają zarobić więcej (bo nie oszukujmy się, kasa jest ważna nawet jeśli mówimy o sztuce), ale zmienia się ich wydźwięk. W kinie masowym będzie to mieszanina gatunkowa, pewnie z dobrymi efektami specjalnymi, mająca zadowolić możliwie dużo ludzi. W drugim przypadku? Kino ambitne mniejszego kalibru, bliższe człowiekowi i lepsze warsztatowo, (no właśnie taki "Lewiatan").


Jest coś odświeżającego w tego rodzaju kinie. Całe życie oglądałem w zasadzie kino amerykańskie, a przynajmniej silnie bazujące na amerykańskich wzorcach. W pewnym momencie przestało to na mnie robić wrażenie, wszędzie widziałem schematy, marne próby bycia czymś więcej, ale kino masowe nie może być czymś więcej właśnie dlatego, że jest masowe. Dlatego trudno mi uwierzyć w "genialność" Interstellar Nolana. Jasne, facet jest świetnym rzemieślnikiem, ma mnóstwo dobrych pomysłów i potrafi wciągnąć widza, ale nie oszukujmy się, ktokolwiek twierdzi, że "Incepcja" jest filmem, który trzeba zrozumieć wywołuje u mnie uśmiech. To film, który można przeanalizować, żeby "odkryć" sens ostatniej sceny... ale mnie np. nie chciało się tego robić. Nie czułem takiej potrzeby. Dobrze się bawiłem, w kinie byłem dwa razy, efekt dźwiękowy ("BUAAAAAAAAAH") dźwięczał mi w głowie przez długi czas, ale nie było się nad czym zastanawiać. Nawet jego "Memento" bazujące bardziej na scenariuszu i pomysłach realizacyjnych jest bardziej rozrywkowe niż... niż nic, jest po prostu bardzo dobrą rozrywką. Czasy "Blade Runnera" odeszły i nie powrócą. Sam "Łowca Androidów", któremu udaje się jakoś łączyć refleksyjną historię z wciągającą opowieścią w czasie swojej premiery poniósł klęskę. Duncan Jones nakręcił mądre "Moon". Nie jest to raczej film, o którym wiele osób wie. Zrobił też akcyjny "Kod Nieśmiertelności". Coś świta? No właśnie.


Nie widziałem "Interstellar" i nie chcę go skreślać, ale Nolan to nie Kubrick. A im więcej osób twierdzi, że film jest "genialny" czy że to "arcydzieło" tym bardziej sądzę, że sytuacja jest zgoła przeciwna. Nie dlatego, że automatycznie ustawiam się w kontrze. Dlatego, że ludzie są tacy jak to określił Dem "przyzwyczajeni do akcyjniaków, będą myśleli, że zobaczyli coś mądrego".

This is who we are. This is where we live

~ Nick Cave - "20 000 dni na ziemi"

sobota, 1 listopada 2014

Czego pragnę, czyli stany, które osiągam w pracy

Jakiś czas temu stwierdziłem, że dosyć mam już swej bezczynności i udawania, że buduję swoją przyszłość przez pisanie na laptopie, podczas gdy w rzeczywistości przeglądałem profile znajomych na Facebooku. Rzeczą, której mi brakowało była praca. Może to zabrzmi dziwnie, ale uważam, że praca daje poczucie jakiegoś sensu, nawet jeśli jest to praca bez perspektyw. Idziesz gdzieś na kilka godzin, coś tam robisz, albo nie, zarabiasz pieniądze. Czy jestem idealnym przykładem współczesnego kapitalistycznego społeczeństwa, które w pieniądzu widzi cel, a nie środek? Ostatnio zacząłem sobie przeliczać wartości różnych rzeczy na czas, jaki trzeba poświęcić, żeby zapracować na ich równowartość. Zjadam ciastko... jakieś 20 minut pracy. Kupuję sobie droższe piwo... godzina, może więcej. Z jednej strony to piwo będę sączył przez kolejną godzinę z kawałkiem, z drugiej... czy warto?

Siedząc w kinie w roli biletera miałem okazję wejść na dwa, dość specyficzne seanse. Pierwszym była wczorajsza "Huba" drugim dzisiejsze "20 000 dni na Ziemi". Na pierwszy rzut oka to dwa różne filmy. Jeden polski, drugi brytyjski. Jeden w prawie dokumentalny (choć fabularyzowany) sposób śledzi życie dwójki bardzo przeciętnych ludzi, drugi skupia się na specyficznym, bo jubileuszowym dniu z życia gwiazdy światowego formatu. To co łączy oba obrazy to specyficzna atmosfera, pewnego rodzaju przykład przeżycia transcendentnego, gdzie granice mojej refleksji nie kończą się na ekranie kinowym, ale wręcz mają swój początek dopiero poza całą filmowo-kinową materialnością. "Huba" jest filmem niemalże niemym. Moje myśli jakby w naturalnym odruchu wykorzystywały ten stan, by "mówić" wewnątrz mojej głowy. Momentami łapałem się na tym, przekonując się, że to tylko forma, którą twórcy wybrali sobie, żeby o czymś opowiedzieć i raczej nie kręcili tego filmu po to, żeby był jedynie tłem dla moich dryfów. Choć próbowałem się kontrolować, "Huba" była filmem-tłem, który leciał sobie, gdy ja snułem refleksje na tematy mnogie. Nie były to refleksje ważne i w tym momencie nie jestem w stanie przypomnieć sobie czego dotyczyły. Uczucie swobody snucia było jednak przyjemne.

Dzisiaj podobnie miałem oglądając poczynania Nicka Cave'a. Tu sytuacja była z goła inna, bo specyfika artysty i jego sposób narracji skłaniały wręcz do tego by odpłynąć i zastanowić się nad własnym życiem. Nie wiem jak wy, ale ja doświadczam niekiedy uczucia pędu myśli, których nie jestem w stanie nazwać, jednak wiem, że dotyczą spraw głębokich i ważnych. Osiągam wtedy pewien spokój. To tak jakby to kim jestem, "stawało się" wcale nie w momentach, w których świadomie o czymś myślę, ale w tym, w których myśli płyną i formują się gdzieś poza zasięgiem mojej świadomości. To trochę jak z pisaniem na blogu właśnie. Powodem, dla którego kiedyś przestałem prowadzić bloga było wyczerpanie tematów. Pisanie było porządkowaniem myśli, które wyrażane zostawały w postaci tekstów, do których nie musiałem wracać, gdyż myśli zostały nazwane i zarchiwizowane - sprawa zamknięta. Potem długi czas układałem sobie wszystko w głowie sam i nie czułem potrzeby dzielenia się tymi myślami. W momencie nazwania myśli, sprawa była zamknięta i przelewanie ich na słowa nie miało już sensu.

W tym momencie mam potrzebę uchwycenia tych nienazwanych refleksji. Wykroczyłem poza stan, w którym wszystko jest uporządkowane i muszę się teraz wypisać, żeby do niego wrócić. Choć mam wrażenie niedopowiedzenia, ten stał został chyba osiągnięty. To tyle na dzisiaj. Dziękuje za uwagę i dobranoc.