środa, 5 października 2016

Recenzja "Domu" Agnieszki Borowej

Stwierdziłem, że niewiele na blogu publikuję, więc może czas to zmienić (po raz kolejny). Wrzucam więc recenzję animacji "Dom" Agnieszki Borowej, który na festiwalu Animator dwa lata temu otrzymał nagrodę specjalną Stowarzyszenia Filmowców Polskich za najlepszy, polski film krótkometrażowy.

Nie ma jak w domu

Agnieszka Borowa jest debiutantką niezwykłą. W swoim filmie "Dom" odpowiada bowiem nie tylko za reżyserię i scenariusz, ale także za montaż czy część animacji. Efektem tej pracy jest bardzo sprawnie zrealizowana i na wskroś autorska animacja podejmująca temat relacji rodzinnych. Punktem wyjścia jest tu powrót do tytułowego domu.
Do ponurego mieszkania w przygnębiającej dzielnicy powraca młoda dziewczyna. Ojciec nie zauważa jej przybycia, matka kwituje je kąśliwym: "Schudłaś". Dalej nie jest lepiej: ojciec narzeka i robi córce wyrzuty, matka nie okazuje żadnych uczuć, dziadkowie z kolei bardziej zainteresowani są swoim psem niż kimkolwiek z rodziny. Główna bohaterka próbuje w tym skomplikowanym układzie znaleźć nie tylko własne miejsce, ale także poczucie tożsamości.
Agnieszka Borowa roztacza przed widzami przykrą wizję powrotu do domu. Nie chodzi jednak tyle o powrót faktyczny, co o mentalną wycieczkę do wspomnień i wyobrażeń o miejscu, skąd się pochodzi. Świat, w którym znalazła się główna bohaterka jest umowny, wiele jego aspektów zostaje wyolbrzymionych. Z widocznej na suficie pleśni kapie woda, tworząca na podłodze jeziorko z okazałymi rybami.
Reżyserka w pełni wykorzystuje możliwości, jakie daje jej animacja. Z początku nic nie wskazuje na to, że ten rodzaj filmu stanowi dla niej lepszy od fabuły wybór. Już po chwili jednak staje się jasne, że autorka wykorzystuje medium, by połączyć świat rzeczywisty z wizjami bohaterki, czy to w scenie, w której ojciec wyławia z podłogi rybę, czy później, gdy para z herbaty trzymanej przez córkę, łączy się na chwilę z dymem z papierosa matki, co jest bardzo poetyckim, a jednocześnie niezwykle prostym sposobem na próbę nawiązania więzi.
Borowa pokazuje widzowi świat znajomy. Rodzice, którzy nie potrafią wyrazić radości z obecności dziecka, dziadkowie wspominający nieustannie jak było kiedyś i nigdy nie trafiający z prezentami. Wszystko to rozgrywa się przy minimum słów, ważniejsze są bowiem gesty. Nawet jeśli nie są to obrazy znane widzom z własnych biografii, to zaistniały one jakoś w naszych życiach, chociażby za sprawą literatury czy filmu.

Z bohaterką "Domu" łatwo się utożsamić, do samego filmu trudno się jednak wraca. Nie tylko dlatego, że przeżywanie po raz kolejny przykrej relacji z rodziną zaraża swoją depresyjnością. Oglądanie go jest bolesne, ponieważ autorka celnie portretuje ludzkie charaktery. Trudno nie zakończyć seansu z poczuciem, że bohaterowie filmu Borowej to nie animowane postaci, ale ludzie z krwi i kości, mieszkający na tym samym osiedlu, w tym samym bloku, a może w tym samym domu.

piątek, 2 września 2016

Porozmawiajmy o grach

Zwykle nie piszę o grach. Zwykle nie piszę wiele, ale jeżeli już, to nie piszę o grach. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się zbyt kompetentny, nawet w czasach, gdy zagrywałem się najbardziej byłem raczej lamuskiem. Po drugie nic nie wiem o teoretycznej stronie robienia gier. Przeżycia, którymi chcę się z wami podzielić dotyczą jednak gier narracyjnych, które w dużym stopniu podejmują temat tworzenia gier, są autotematyczne, a to już z kolei coś co lubię, co cenię w filmach i z czym nie boję się do was przyjść.

Zaczęło się od "The Beginner's Guide"


Zwiastun wydał mi się intrygujący, a sama gra... cóż, trudno cokolwiek powiedzieć o samej grze na podstawie zwiastuna, ale uwierzcie mnie, że o ile niewiele w tym filmiku samej mechaniki, to intencja została przekazana w 100%. No... może w 99.

W grze przez którą prowadzi nas narrator o głosie Daveya Wardena, czyli samego autora, jesteśmy wrzucani w różne poziomy i koncepcje gier, które nie zawsze są ukończone. Gry tworzy tajemniczy deweloper o pseudonimie Coda, którego prace autor chce pokazać światu. Przechodzimy więc kolejne poziomy, gry, w których często chodzi tylko o to, żeby przejść z punktu A do punktu B, a w których często nie da się tego zrobić. Warden prowadzi nas przez te światy, modyfikuje gry tak, żeby dało się je ukończyć, ładuje kolejne, kiedy stwierdza, że pokazał nam już to co chciał. W samej grze nie chodzi o granie w takim sensie, z jakim kojarzycie gry komputerowe. To raczej wejrzenie w czyjś strumień świadomości, wyrażony akurat w postaci wirtualnych światów. Pod koniec gry nie wiadomo czy Coda istnieje naprawdę, czy to tylko alter ego Daveya stworzone po to, żeby mógł porozmawiać sam ze sobą, będące jakąś formą terapii. To jednak gra, o której myślę do teraz, i która skłoniła mnie do napisania tej notki, więc hej... coś w niej jest.

Po przejściu "The Beginner's Guide" (co zajęło mi jakieś półtorej godziny) zacząłem szperać. W moich poszukiwaniach zaczął pojawiać się tytuł "The Stanley Parable", poprzednia gra Wardena, którą współtworzył z Williamem Pughiem. Okazało się, że Pugh wypuścił darmową grę o zajebiście długim tytule:

Dr. Langeskov, The Tiger, and The Terribly Cursed Emerald: A Whirlwind Heist


Jeśli podczas czytania tego wpisu coś was skłoni, żeby zagrać, w którąkolwiek z gier to proszę was, dla swojego dobra, nie googlujcie ich. Jeśli macie Steama, wejdźcie na niego i ściągnijcie "Dr Langeskova", przejście gry zajmuje jakieś 20 minut, zrobienie achievementów trochę dłużej, ale po pierwszym rozegraniu będziecie mieć już jakieś pojęcie z czym mamy do czynienia. Nie chcąc zdradzać za dużo, to kolejna gra narracyjna, która podejmuje pewne autotematyczne wątki, a która jest raczej gagiem niż pełnoprawnym tytułem. Widać tu natomiast pomysł i potencjał. Polecam też zapisać się do newslettera studia, które tytuł ten wydało - Crows, crows, crows, warto chociażby dla ich maila potwierdzającego zapisanie do newslettera. Uśmiałem się.

Miałem za sobą dwie gry twórców "The Stanley Parable", nadszedł więc czas, żeby zmierzyć się z samą grą. Kosztowała 12 euro, a ja nadal nie byłem pewny co to takiego, ale na szczęście dostępne jest darmowe demo, ściągnąłem je zatem i... się zdziwiłem. 

Kiedyś lubiłem dema, grałem w dużo dem. Nie kupowałem pełnych wersji gier, bo nie miałem pieniędzy albo było mi ich szkoda, więc kiedyś stwierdziłem nawet, że zostanę "pogromcą dem". Nigdy jednak nie grałem w takie demo jak do "The Stanley Parable". Znowu, samo demo nie przygotuje was na pełną wersję, ale daje pewne pojęcie z czym mamy do czynienia. Znowu jest narrator, znowu wątki autotematyczne, pojawiają się pierwsze wybory...

Zmierzając do podsumowania ujmę to tak: już jakiś czas temu stwierdziłem, że gry komputerowe mogą mieć głębszy sens, a takie "The Walking Dead" Telltale'a więcej nam mówi o ludzkiej naturze niż niejeden film. Tu jednak mamy do czynienia z zupełnie innym podejściem, z grami, które są wyrazem jakichś emocji czy refleksji ich autorów. Jedni malują obrazy, inni piszą wiersza, ci ludzie, tworzą gry i są to gry, po przejściu których naprawdę dochodzi do jakiegoś "przeżycia". Zarówno "The Beginner's Guide" jak i "The Stanley Parable" są grami, które mogą ubiegać się o miano sztuki. Jest to sztuka interaktywna, bardzo współczesna, ale stawiająca pewne ważne pytania dotyczące ludzkiej natury i wywołująca refleksje. Jeśli będziecie mieli okazję zagrać, w któryś z tych tytułów to nie wahajcie się, szczególnie, że nie są to gry długie. Póki co, polecam darmowego "Doktora" i demo "Stanleya", bo jeśli podchodzicie do gier z pewnym dystansem, to rzucą nowe światło na to zjawisko, zaś jeśli jesteście graczami, ale z czymś takim jeszcze nie mieliście styczności... Jest w tym potencjał do zmiany myślenia.

A tu na zachętę zwiastun "The Stanley Parable" w wersje pewnego gracza, który miał swoje sugestie. Polecam szczególnie kobietom, bo to wersja zmodyfikowana zwłaszcza pod nie.






The Cake is a lie.

wtorek, 10 maja 2016

Zmęczenie materiału - "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów"

"Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" to jeden z tych przypadków, w których zwiastun filmu jest znacznie lepszy niż sama produkcja, nawet pomimo realizacji w charakterystycznej dla kina superbohaterskiego manierze (trochę akcji -> spokojna muzyczka + głos z offu, który zarysowuje problem). Finałowy dialog między Kapitanem a Starkiem prawie rozdarł me serce. Gdy usłyszałem po raz pierwszy jego smutne "So was I" wiedziałem, że chcę na to iść.



Sam film zaczyna się podobnie. W Lagos Kapitan wraz z grupką herosów ściga Crossbone'a, który planuje wykraść broń biologiczną. Akcję można by nazwać sukcesem, gdyby nie fakt, że w jej wyniku ginie kilkunastu cywilów. Oczy świata zwracają się na Avengersów, a sekretarz stanu Thaddeus Ross przynosi im do podpisania porozumienie, włączające ich pod bezpośrednie zwierzchnictwo ONZ. Grupa dzieli się na dwa obozy, tych, którzy akt podpisują, z Tonym Starkiem na czele i tych, którzy uważają, że możliwość samodzielnego decydowania, gdzie interweniować stanowi wciąż najlepszą opcję, za czym optuje Kapitan Ameryka.

 "Wojna bohaterów" miała wprowadzać poważny konflikt i głębię psychologiczną w postaci, które znamy już od lat. Nie udało się to w "Czasie Ultrona", bo życiowe refleksje Visiona brzmiały jak cytaty z Paulo Coelho, zaś trudno uwierzyć w moralne rozterki herosów, kiedy dotyczą one fikcyjnego państwa, gdzieś na krańcu świata. W nowym "Kapitanie..." i metraż sprzyjał budowaniu psychologii postaci (film trwa 140 minut) i jeszcze większe uwikłanie bohaterów w świat polityki. Mimo to trudno jednoznacznie stwierdzić, że zabieg ten się udał. Wątpliwości jakie targają bohaterami i ich motywacje są wciąż bardzo płytkie. W pewnym momencie, po jednym ze swoich wystąpień, Stark spotyka pewną kobietę. Pokazuje mu ona zdjęcie syna, który zginął podczas pobytu Avengersów w Sokovii. Wymyślenie nowej postaci, która staje się przypadkową ofiarą działań Avengersów i użycie jej do wzbudzenia w Iron Manie poczucia winy, wydawało się zbyt naiwne, tym bardziej, że Stark wątpliwości ma przecież nie od dziś. A jednak, chwilę później nie tylko poznajemy imię, nazwisko i twarz chłopaka, dowiadujemy się także, że był wzorowym uczniem, dostał się na świetną uczelnię, a swoje wakacje postanowił spędzać na... budowaniu domów dla najuboższych w Sokovii... złoty chłopak, idealny wyrzut sumienia. Oczywiście przypadek ten dogłębnie porusza Starka, zmuszając go do podpisania dokumentu oraz próby narzucenia swojego zdania innym.

W zasadzie cały konflikt między Kapitanem a Iron Manem opiera się na psychologicznym uproszczeniu tego drugiego. To jego wątpliwości skłaniają go do podpisania aktu. To on nie wierzy w wersję wydarzeń, którą przedstawia mu Kapitan Ameryka, broniący co prawda przyjaciela sprzed lat, ale wciąż pozostający przecież moralnym filarem grupy, co uniemożliwiałoby mu raczej stawanie po stronie słusznie osądzonego przestępcy. Gdyby Stark pozostał tym racjonalnym do bólu geniuszem, którego znamy z poprzednich odsłon, zamiast nagle wszystkie swoje decyzje opierać na emocjach, to może historia zamknęłaby się w trzydziestu minutach. Niestety, im naiwniej tym dłużej.



Złego słowa nie można natomiast powiedzieć o scenach akcji. Emocjonują i bawią, czasem łamiąc prawa fizyki, ale nawet z tego twórcy zdają sobie sprawę i potrafią obrócić to na swoją korzyść. Kwintesencją dobrego stylu jest scena na lotnisku, w której na przeciw siebie stają dwie drużyny herosów. Także tutaj humor dopełnia akcję, w czym niemałą zasługę ma nowy Spider-Man w interpretacji Toma Hollanda.

W pewnym momencie tempo filmu wyraźnie zwalnia, a wstawki mające rozwijać fabułę (która na dobrą sprawę rozwija się wyjątkowo długo), zaczynają ustępować tym, mającym wylewać fundamenty pod przyszłe solowe filmy Czarnej Pantery i Człowieka-Pająka. Chociaż "Wojna bohaterów" nie robi wrażenia odcinka wprowadzającego do kolejnych części (jakim był "Czas Ultrona"), to gdy wszystko się kończy trudno pozbyć się uczucia niedosytu. I nie chodzi tu o niedosyt, który będzie można zaspokoić kolejnymi "Avengersami", "Spider-Manami" czy innymi "Thorami". Chodzi o satysfakcję, która była obecna, gdzieś u początków. O poczucie czasu spędzonego na dobrej zabawie. Mimo że wiele jest głosów, iż "Wojna bohaterów" to najlepszy film z Kinowego Uniwersum Marvela jaki dotąd powstał, to mając w pamięci jakimi świeżymi powiewami był "Ant-Man" czy "Zimowy Żołnierz" trudno pozbyć się wrażenia, że nie o takich superbohaterów walczyliśmy.

piątek, 8 kwietnia 2016

Refleksje na temat "W pogoni za Amy" Kevina Smitha (mnóstwo spoilerów)

Bohaterem dzisiejszego odcinka będzie film "W pogoni za Amy" Kevina Smitha z 1997 roku. Jest to trzeci pełnometrażowy film tego reżysera. Smitha znać możecie z takich filmów jak "Sprzedawcy" czy "Dogma", w której wprowadzona została figurka Chrystka, tak popularna w pewnym momencie na memach.  Będzie to coś na kształt bardzo osobistej recenzji, zawierającej całe mnóstwo spoilerów, dlatego jeśli nie widzieliście dotąd filmu to zachęcam do obejrzenia go przed przeczytaniem. Jeśli natomiast nie przeszkadzają wam spoilery, to czytajcie śmiało... a nuż poczujecie się zachęceni.



Bohaterem filmu jest Holdem McNeil (Ben Affleck), autor komiksów o Bluntmanie i Chronicu, które tworzy wespół ze swoim wieloletnim przyjacielem Bankym. Pewnego dnia, za sprawą czarnoskórego geja Hoopera (także autora komiksu) panowie poznają Alyssę Jones (również z branży). Holden zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a z kilku przesłanek wnioskuje, że jest to uczucie odwzajemnione. Niebawem okazuje się jednak, że Alyssa jest lesbijką.

"W pogoni za Amy" wywołuje ciekawość i wciąga w opowieść, bo przez długi czas nie wiadomo o czym tak naprawdę będzie. Oczywiście początkowe uwikłanie bohaterów w pewnym konflikcie jest dosyć znaczące, Holdenowi zależy, Alyssa jest niedostępna, czyżby zatem miało to być o jego smutku i żalu? Relacja między tą dwójką nie kończy się jednak, gdy prawda wychodzi na jaw, przeciwnie, zaczyna się rozwijać. Przez chwilę jest to więc film o przyjaźni damsko-męskiej, w którą wielu mężczyzn nie wierzy, bo przecież zawsze musi chodzić o "zaliczenie" (ciekawe co na ten temat sądzą panie?). W pewnym momencie Holden wyznaje swoją miłość i rzeczywiście, okazuje się, że, tak jak często się to argumentuje, jedna strona chciała czegoś więcej, więc o przyjaźni nie mogło być mowy. Wracamy więc do punktu startu i tego, że będzie to jednak film o smutku i żalu. Chwilę później okazuje się, że Alyssa jednak odwzajemnia uczucie i wydaje się, że będzie to opowieść o szczęśliwym związku, który powoduje pewne napięcia w relacjach poza nim (koleżanki Alyssy, Banky...) aż do kolejnego odkrycia...

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis (który streszcza jakąś godzinę i piętnaście minut z filmu, który trwa niecałe dwie) może brzmieć jakbym podchodził do tej historii lekceważąco. Nie zrozumcie mnie źle. Mój problem z tego filmu brał się z kilku rzeczy:

1. Bohaterem, którego najmniej polubiłem był Holden, a to z nim jako widz dane mi było spędzić najwięcej czasu.

2. Przez obecność i zwerbalizowanie różnych stereotypów czy to rasowych czy seksualnych w rozmowach bohaterów, długo nie mogłem wykryć jaki stosunek do tematu ma sam Smith, co utrudniało mi odbiór, bo nie wiedziałem czy już się oburzać (bo w końcu jestem lewakiem, więc rozmowa o tym, że przez lesbijski seks nie pozbywasz się dziewictwa mi nie leży), czy może jednak ostatecznie wyjdzie na moje. Duże znaczenie ma też fakt, że film powstawał w roku 97, kiedy w knajpach wciąż najwyraźniej można było palić, a różne ruchy emancypacyjne były już co prawda aktywne od wielu lat, ale jeszcze nie tak obecne w publicznej debacie (bo internet?), w związku z czym dyskusja na tematy inności miała jednak inny charakter.

Trzeci mój problem z odbiorem tego filmu brał się z tego, że wiele z pojawiających się postaci, chociaż stara się mówić własnym głosem i teoretycznie dąży do autonomii, jest jednak ucieleśnieniem stereotypu. Teraz będę głośno myślał:

- czarnoskóry przypomina Malcolma X, propsuje czarnych, mówi o białych jako o ciemiężcach, politykę rasową dostrzega w Gwiezdnych Wojnach
wolta: Hooper okazuje się być gejem, a jego agresywna postawa częścią wizerunku narzuconego przez wydawcę, żeby zwiększyć, czy w ogóle umożliwić sprzedaż jego komiksu

- Alyssa jest lesbijką, która "nawraca się", kiedy poznaje odpowiedniego faceta
wolta: ostatecznie okazuje się, że Alyssa eksperymentowała z obiema płciami, a wizerunek lesbijki utrzymywała dla... akceptacji pewnych grup społecznych? Co prowadzi nas do kolejnego punktu, czyli...

- lesbijki wspierają się, dopóki nie okazuje się, że któraś zaczęła spotykać się z facetem, wtedy ich entuzjazm drastycznie spada, pada tekst "Another one bites the dust", sugerujący, że takie przypadki zdarzały się już wcześniej, a "inna pośród innych" ostatecznie zostaje wyłączona z grupy... czyli bycie lesbijką przedstawione zostaje w zasadzie jako konstrukt społeczny, którego wizerunek wymaga ochrony, a wszelkie odstępstwa od normy są natychmiast usuwane...
wolta: brak, znaczy to że obecność Alyssy w grupie od początku opierała się na ukrywaniu pewnych faktów, by zyskać akceptację - przykre

- mająca najbardziej homofobiczne zapędy osoba, atakująca werbalnie okazuje się być (wolta) ukrytym gejem albo przynajmniej mieć problemy ze swoją tożsamością seksualną, nie tak oczywiste jak w "American Beauty", ale w tym samym tonie

Trzeci problem można zasadniczo podsumować w ten sposób: nawet jeśli koniec końców bohaterowie okazują się nie tak bardzo stereotypowi, a puentą jest pochwała indywidualnego podejścia do seksualności i człowieka, to przez długi czas można odnieść wrażenie, że najpierw są oni szufladkowani, żeby potem z tej szufladki uciec czy wręcz ją rozsadzić. Pytanie brzmi: przez kogo są szufladkowani w pierwszej kolejności? Nie przez siebie, bo właściwie poza głównym bohaterem i ewentualnie jego przyjacielem w filmie nikt nie przechodzi zmiany. Czy jest to więc stereotypowy sposób patrzenia widzów, którym najpierw pokazywane są rzeczy znane z wyobrażeń, by następnie te wyobrażenia zniszczyć, zastępując je czysto ludzką refleksją? Czy może są to konstrukty typowo filmowe, wykreowane po to, żeby wprowadzić do scenariusza konflikty, wynikające z sytuacji rozpoznawalnych? Nie mam odpowiedzi, mam tylko pytania.

Moim ostatnim problemem z "W pogoni za Amy", być może największym, jest główny bohater. Holden jest w gruncie rzeczy konserwatywnym mężczyzną, nawet jeśli w pierwszej chwili nie czuje niechęci do homoseksualistów (z jednym kumpluje się, zanim poznajemy go w filmie). Sama idea lesbijki, nie odrzuca go głównie dlatego, że dostrzega w tym realizację mitu dziewicy, co widać też w przytoczonej wcześniej rozmowie o utracie dziewictwa podczas lesbijskiego seksu. Problemem jest więc dla niego nie odkrycie nie stricte homoseksualnej przeszłości jego partnerki, a raczej fakt, że ktoś "ją miał" przed nim. Co gorsza, nawet gdy jego podejście zostaje skrytykowane przez Hoopera oraz Silent Boba (który wyjawia nam też stanowisko samego reżysera... jak wyraźniej miałby to przekazać jeśli nie swoimi ustami... [Boba gra Kevin Smith]), nadal przychodzą mu do głowy durne pomysły na rozwiązanie "problemu", który właściwie ma tylko on.

Mimo wszystkiego co moglibyście myśleć o mojej opinii po przeczytaniu powyższej litanii, film mi się podobał i uważam go za cenny, głównie ze względu na walor merytoryczny oraz fakt, że przez swoje szufladkowanie i nieuciekanie od pokazywania stereotypów w często wulgarny sposób, tworzy fundamenty, dla osób, które są w jakiś sposób uprzedzone. Jasne, jest tu sporo skrótów, a część z postaci jawi się jedynie jako puste konstrukty, z którymi nie chcielibyśmy się kumplować w prawdziwym życiu, ale przesłanie jest zacne. Traktujmy każdego jak człowieka i do każdej biografii podchodźmy indywidualnie i bez uprzedzeń.

Jeśli ktoś obejrzy ten film, potem przeczyta, albo najpierw przeczyta, potem obejrzy, a po wszystkim jeszcze będzie chciał ze mną podyskutować, to zapraszam serdecznie. Dobrze się rozmawia o filmach, które coś w nas poruszają... szczególnie, jeśli wywołują autorefleksję. Nawet w lewakach :)

sobota, 27 lutego 2016

Oscarowe szorty, czyli co tracicie, a czego nie (cz. 1)

Oscary za pasem, a w moim kinie wyświetlane były zestawy oscarowych filmów krótkometrażowych. Szorty to kategoria, która chyba nie cieszy się dużą popularnością, głównie z uwagi na to, że jest trudniej dostępna. Te kilka tytułów, które przewija się przez inne kategorie zwykle pojawia się w naszych kinach w okołooscarowych terminach (w tym roku wyjątkiem jest "Mad Max", który premierę miał w wakacje), krótkometrażówki, w ogóle rzadko dystrybuowane są kinowo i znaleźć je można raczej na specjalnie im poświęconych festiwalach lub ewentualnie jako dodatki przed pokazami filmów długometrażowych (w Polsce zdarza się to co najmniej jednemu dystrybutorowi). Ale do rzeczy!

W tym roku nominowanych jest pięć szortów aktorskich i pięć animacji. Zacznijmy może od tych aktorskich... są słabe.

Na pięć filmów, które widziałem szczerze mogę napisać, że podobał mi się jeden. I to "podobał się" nie należy też do szczególnie entuzjastycznych. Film był w miarę spójny i bawił, kiedy miał bawić. Szortem tym było trwające 15 minut "Ave Maria", więc po pierwsze miało przystępny metraż (na krótkometrażówkę 15 minut, to taki czas, w którym nie zdążycie się specjalnie zmęczyć jeśli jest źle, a jeśli jest dobrze, to 15 minut wystarczy, żeby się nacieszyć... to takie 1,5 godziny przy pełnym metrażu ;) ), a po drugie celowało w rozbawienie widza, co jest sztuką trudną, ale opłacalną, jeśli się to umiejętnie zrobi. "Ave Maria" to historia żydowskiej rodziny, która rozbija samochód o figurę Maryi. Pomocy udzielają im siostry zakonne, które złożyły śluby milczenia. Humor opiera się na kulturowych kliszach. Zaczyna się szabat, więc głowa rodziny nie może obsługiwać telefonu, przyjmować jedzenia z niekoszernej kuchni, itp. Krótkie, zabawne, dynamiczne, trochę nie spuentowane, ale nic tu szczególnie nie razi... i to jest mój oscarowy faworyt :D

Filmem, który mi się raczej nie podobał, ale pewnie wygra (nie wiem skąd to przypuszczenie) jest "Day One" produkcji amerykańskiej, który trwa 25 minut i opowiada o tłumaczce, wysłanej by dołączyła do oddziału żołnierzy, mających odnaleźć dom człowieka odpowiedzialnego za kilka zamachów bombowych. Film pokazuje dramat wojny w perspektywie mikro, skupia się bowiem na sytuacji kilku osób: małej dziewczynki-sieroty, żony bombowca, bombowca i tłumaczki nie gotowej na grozę wojny. Główne napięcie i oś fabularna skupia się w sytuacji porodu. Żona wytwórcy bomb zaczyna rodzić, a poród ma odebrać tłumaczka... i jest to moment, w którym film zaczyna bardzo szeleścić papierem. Na miejscu obecny jest bowiem lekarz, dowódca oddziału, mąż i tłumaczka, jednak to ją, ze względu na bycie kobietą, czyni się odpowiedzialną. Rozumiem kulturową "inność" (lekarz nie może bowiem dzielić pomieszczenia z rodzą i oglądać jej części intymnych, gdyż byłoby to złe dla ich rodzin), niezwykłość i dramatyczność sytuacji wymusiły by jednak pewne niezwykłe zachowania. Również następujące zwroty akcji, wydają się bardzo sztuczne. Kino nigdy nie stało realizmem, jednak naciągane scenariusze, to też nie jest droga do celu.

Równie niewiarygodny był dla mnie film "Stutterer", którego głównym bohaterem jest dwudziestokilkuletni, tytułowy jąkała. Człowiek bardzo introwertyczny, którego niemożność komunikacji zmusza do prowadzenia wewnętrznych monologów. Pół roku spędza czatując na Facebooku z poznaną w internecie dziewczyną, a gdy ta proponuje spotkanie nie wie co zrobić.
1. Nie wierzę w to, że dwudziestokilkuletni człowiek jąka się do tego stopnia, że nie może się komunikować i nie wymyślił do tej pory sposobu na poradzenie sobie z tym (w filmie widzimy jak uczy się języka migowego, ale z tego co zrozumiałem DOPIERO ZACZYNA)
2. Nie wierzę w to, że przez pół roku znajomości w internetach ani razu nie padł temat jego jąkania, zwłaszcza że [SPOILER] dziewczyna okazuje się być głuchoniema. Jak ona wyobrażała sobie spotkanie? Że będą pisać do siebie na komórkach siedząc na przeciwko? Fakt, że jąkała zna migowy wydaje się tu być nieprawdopodobnie fortunnym zbiegiem okoliczności.
3. Przez ten finałowy zwrot akcji ostatecznie bohater pozostaje tym nie radzącym sobie z życiem człowiekiem, którym był dotąd i wygląda na to, że popadnie głębiej w swój introwertyzm, dzięki spotkaniu kogoś kto może dzielić pewne jego problemy. Czyli nie pokonuje problemu, tylko jeszcze bardziej go przytula.

Absolutnie najgorszym filmem z nominowanych jest niemieckie "Wszystko będzie dobrze", oto lista wad:
1. Film trwa 30 minut.
2. Jest łopatologiczny od pierwszej sceny, w którym fakt, że przyjeżdżający po dziewczynkę mężczyzna jest rozwiedziony ze swoją żoną, musi zostać podkreślony przez pojawienie się jej ojczyma, który dodatkowo akcentuje swoje jestestwo przez pukanie w szybę i żegnanie się z dziewczynką (a wystarcza samo to, że kobieta szykując przy nim córkę, w ogóle na niego nie patrzy).
3. Ojciec jest psychopatą, który myśli bardzo krótkodystansowo, a jego relacja z córką jest dosyć dziwna.
4. Wszyscy zachowują się głupio. Począwszy od córki, która nie działa, kiedy ma okazję i wie, że powinna, a skończywszy na policjantach, których interwencja ogranicza się do powtarzania "Liczę do trzech...". Człowiek od razu czuje się bezpieczniej.

Całkiem niezła była koprodukcja Brytyjsko-Kosowska "Shok", w której konflikt Serbsko-Albański zostaje pokazany z perspektywy dwóch, młodych chłopców. Młodzi aktorzy dali radę, film nie nudzi, jest kilka zgrzytów, ale nie przeszkadza to w ostatecznym odbiorze i w zasadzie tyle można o nim powiedzieć. Próbuje być angażujący emocjonalnie, jednak wychodzi to średnio.


Podsumowując wszystkie filmy... niewiele straciliście. Za to co się działo w krótkometrażowych animacjach... dowiecie się jutro :)

czwartek, 18 lutego 2016

Legusie Poznania


Przeszedłem się ulicami Poznania zaczepiając przypadkowych ludzi i prosząc ich o kilka słów od siebie. Projekt powstał w ramach zaliczenia na zajęcia z warsztatu fotograficznego na moich studiach.


"Nie ma lekko proszę pana, na zimę spuszczają wodę z fontanny i zostają mi takie kałuże, a i to nie zawsze, bo musi trochę popadać. Jakoś się żyje, tylko te wycieczki szkolne, które idą do opery bywają irytujące. Niby idzie to nieświadome takie, ale ja słyszę jak mówią <<Ciekawe co robi ten pan>>. Ciągle dziwi nas inność".


"Ja panu zaglądam do portfela!? Proszę zabrać ten aparat! Pin też pan podpatrzyłeś!?"


"Od kilku dni nie wrzuciłam nic na Instagrama, więc stwierdziłam, że selfie w charakterystycznym punkcie miasta to będzie dobry powrót. Może mi pan powiedzieć czy złapałam się w kadrze? Mogłabym robić przednim aparatem, ale wtedy zdjęcia są rozmazane. Tak? Jestem? Super. Bez fontanny? Nie szkodzi #selfie"


"Mam na studiach taki przedmiot, który się nazywa <<warsztat fotograficzny>> i właśnie szukam pomocy naukowych na zaliczenie. Może pan ma jakiś pomysł na cykl dziesięciu zdjęć? Nie? Kurcze szkoda".


"Zdjęcie? A cykaj pan. Widzi pan, że roboty tu od groma, zarosło cholerstwo. Pan student? Dobrze, teraz młodzież taka głupia, może chociaż coś się na tych uniwersytetach nauczo, bo jak ja panie patrzę, to czarno widzę przyszłość tego kraju. Czarno".


"To moja pierwsza praca, ale już chcę zrezygnować, bo za dużo mnie to stresu kosztuje. Paraduję po kilka godzin dziennie w tym kostiumie za marne grosze, a ludzie chcą sobie robić ze mną zdjęcia, albo zadawać mi głupie pytania na przykład o lokalizację toalety, albo o promocje. Naprawdę, gdyby ludzie więcej myśleli, to wszystkim byłoby lżej. A nie stoją takie po kilku minut w kolejce, a jak podchodzą do klasy, to dopiero zaczynają się zastanawiać. Przykre, proszę pana, przykre".


"Jak opublikujesz to zdjęcie, to będę musiał zgolić brodę, żeby mnie nie poznali <śmiech>. Żartuję, ale chociaż miejsca nie podawaj. Niewiele jest ładnych graffiti, większość taguje te mury swoimi bazgrołami, znacząc swój teren jak psy sikami. A to jest szuka, zgodzisz się chyba ze mną? Ulotna, ale wychodząca do ludzi. Myślę, że więcej razy obcowałeś ze sztuką uliczną, kiedy szedłeś na autobus niż z wysoką w jakiejś galerii czy muzeum. Mam rację czy mam rację?"


"Lubię czasem przysiąść na kawkę, zapalić papieroska, porozmawiać z drugim człowiekiem albo po prostu pogapić się na otoczenie. Taka codzienna refleksja jest zdecydowanie niedoceniana".


"Planszówki to dla nas głównie pretekst do spotkania się ze znajomymi, ale na rynku jest teraz dużo dobrych tytułów, które niewiele mają już wspólnego z Chińczykiem czy Eurobiznesem. Ta akurat jest dosyć stara i mój kolega niekoniecznie ją lubi, ale zgodził się zagrać, bo obiecałem, że potem pogramy w coś bardziej ambitnego".


"Pracując człowiek szuka sobie rozrywek, żeby przełamać codzienną rutynę. Ja na przykład lubię patrzeć na twarze kierowców, których mijam. Kiedy mnie zauważają od razu jakoś tak się spinają, jakby mieli coś na sumieniu. Ale wie pan co mówią <<Wskaż mi człowieka, a ja znajdę paragraf>>".

poniedziałek, 15 lutego 2016

O "Deadpoolu" słów kilka

Póki "Deadpool" króluje na ekranach (najlepsze otwarcie lutego [lepsze niż twarze Greya ;)]) warto zastanowić się nad tym czy ten film coś zmienia i w ogóle co sobą reprezentuje. Czyli to taka wprawka przed recenzją, której prawdopodobnie nie napiszę, jeśli skończę ten tekst. Zapraszam :)



Deadpool to bohater, który chodzi za Ryanem Reynoldsem od dłuższego czasu (aktor wspominał w jednym z wywiadów, że 10 lat). Reynolds pojawił się już kiedyś jako Deadpool, który wtedy chyba funkcjonował raczej jako Weapon-X, ale bohater nazywał się Wade Wilson, czyli gość ten sam. Film, w którym postać zafunkcjonowała to "X-Men Geneza: Wolverine" i zarówno widzowie jak i krytycy mają wobec niego mieszane uczucia. Większość jednak wolałaby wykreślić go z historii. Nie było to jednak pierwsza przygoda Reynoldsa z kinem superbohaterskim, wcześniej zagrał w trzeciej odsłonie przygód Blade'a, później wcielił się w "Zieloną Latarnię", czyli bardzo. zły. film.

Wróćmy do "Deadpoola". Największa moc filmu tkwi w jego samoświadomości. Deadpool to bohater, który nieustannie przełamuje czwartą ścianę (zwraca się wprost do widza) w tym przypadku to także osoba funkcjonująca w popkulturze. W pokoju Wade'a znaleźć można figurki z filmów, jakieś plakaty, ale najważniejsze jest to, że autorzy scenariusza często wyśmiewają się z innych filmów z uniwersum Marvela, wcześniejszych dokonań Reynoldsa czy samego Reynoldsa. Świadczy to o niezwykłym dystansie wobec tworzonej produkcji, ale też podjęciu pewnego ryzyka. Autotematyczne żarty mogły wyglądać na wymuszone, ale na szczęście wypadają szczerze. Duża w tym zasługa samego aktora, który bardzo sprawnie dostarcza kolejne żarty, ale potrafi również oczarować widza i zachęcić go do kibicowania jego postaci.



Problemem z jakim boryka się film jest fabuła. To typowe origin story, w którym dowiadujemy się skąd Deadpool wziął swoje supermoce i co nim kieruje. Twórcy próbują uciec od przynudzania zaczynając w samym środku akcji, a potem korzystając z retrospekcji by pokazać jak znaleźliśmy się w danym momencie. O ile same sceny akcji zapewniają dobrą rozrywkę, o tyle backstory czasem trąci nudą. Trochę w tym romansu, trochę historii o zemście. Co prawda poznajemy dzięki temu bardzo dobrze motywacje i logikę jaką posługuje się Wilson, dzięki czemu naprawdę rozumiemy tę postać, narracyjnie jednak nie jest to mistrzostwo świata.

Kiedy tak o tym myślę, to w sumie nie ma co się rozwodzić nad fabułą... znaczną jej część można poznać ze zwiastuna, reszta to szczegóły. Skupmy się więc na postaciach. Głównym złym jest grany przez Eda Skreina (ziomek, który grał w "Grze o tron", a potem przestał grać i w kolejnym sezonie postać przejął ktoś inny) Ajax, który żyje z bycia sadystą i generalnie wredota z niego straszna. Ale nie czuje bólu, jest silny i ma niby super refleks (to podobno jego supermoc, ale niezbyt ją w filmie widać), zasadniczo godny przeciwnik dla Deadpoola. Towarzyszy mu Gina Carano, która je zapałki i bije tak, że łoesu (jest przy tym jednocześnie badass i kinda sexy). Po stronie Deadpoola mamy z kolei T.J. Millera, który podobno jest comic relief, ale w sumie to Deadpool podkrada mu tę fuchę. Poza tym bohaterowi pomaga dwójka X-Menów: Colossus i Megasonic Teenage Warhead ( :D). Ta dwójka z początku przeszkadza, ostatecznie jednak pomaga Deadpoolowi, chociaż też nie z pełnym przekonaniem. Dialogi między trójką bohaterów to jednak istotny element humoru w filmie, więc dziękujemy twórcom i liczymy na to, że po finansowym sukcesie studio da im dość hajsu, żeby zatrudnić kolejnych członków drużyny Xaviera :)



"Deadpool" to, jeśli chodzi o historię, nic nowego. Dzięki swojej intertekstualności, przełamywaniu czwartej ściany i dużym pokładom humoru wprowadza powiew świeżości w gatunek superbohaterski. Może nie jest to już #dobrazmiana, ale film zwraca uwagę na wystarczająco wiele elementów, które stały się już schematem oraz na tyle dobrze buduje postać głównego bohatera, że jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o kolejne części (które jestem przekonany, że powstaną - film po jednym weekendzie zwrócił się dwukrotnie). Jeśli zatem lubicie kino superbohaterskie albo chcecie mu dać ostatnią szansę, to zachęcam do obejrzenia "Deadpoola". I nie zapomnijcie zaczekać na scenę po napisach ;)