środa, 5 października 2016

Recenzja "Domu" Agnieszki Borowej

Stwierdziłem, że niewiele na blogu publikuję, więc może czas to zmienić (po raz kolejny). Wrzucam więc recenzję animacji "Dom" Agnieszki Borowej, który na festiwalu Animator dwa lata temu otrzymał nagrodę specjalną Stowarzyszenia Filmowców Polskich za najlepszy, polski film krótkometrażowy.

Nie ma jak w domu

Agnieszka Borowa jest debiutantką niezwykłą. W swoim filmie "Dom" odpowiada bowiem nie tylko za reżyserię i scenariusz, ale także za montaż czy część animacji. Efektem tej pracy jest bardzo sprawnie zrealizowana i na wskroś autorska animacja podejmująca temat relacji rodzinnych. Punktem wyjścia jest tu powrót do tytułowego domu.
Do ponurego mieszkania w przygnębiającej dzielnicy powraca młoda dziewczyna. Ojciec nie zauważa jej przybycia, matka kwituje je kąśliwym: "Schudłaś". Dalej nie jest lepiej: ojciec narzeka i robi córce wyrzuty, matka nie okazuje żadnych uczuć, dziadkowie z kolei bardziej zainteresowani są swoim psem niż kimkolwiek z rodziny. Główna bohaterka próbuje w tym skomplikowanym układzie znaleźć nie tylko własne miejsce, ale także poczucie tożsamości.
Agnieszka Borowa roztacza przed widzami przykrą wizję powrotu do domu. Nie chodzi jednak tyle o powrót faktyczny, co o mentalną wycieczkę do wspomnień i wyobrażeń o miejscu, skąd się pochodzi. Świat, w którym znalazła się główna bohaterka jest umowny, wiele jego aspektów zostaje wyolbrzymionych. Z widocznej na suficie pleśni kapie woda, tworząca na podłodze jeziorko z okazałymi rybami.
Reżyserka w pełni wykorzystuje możliwości, jakie daje jej animacja. Z początku nic nie wskazuje na to, że ten rodzaj filmu stanowi dla niej lepszy od fabuły wybór. Już po chwili jednak staje się jasne, że autorka wykorzystuje medium, by połączyć świat rzeczywisty z wizjami bohaterki, czy to w scenie, w której ojciec wyławia z podłogi rybę, czy później, gdy para z herbaty trzymanej przez córkę, łączy się na chwilę z dymem z papierosa matki, co jest bardzo poetyckim, a jednocześnie niezwykle prostym sposobem na próbę nawiązania więzi.
Borowa pokazuje widzowi świat znajomy. Rodzice, którzy nie potrafią wyrazić radości z obecności dziecka, dziadkowie wspominający nieustannie jak było kiedyś i nigdy nie trafiający z prezentami. Wszystko to rozgrywa się przy minimum słów, ważniejsze są bowiem gesty. Nawet jeśli nie są to obrazy znane widzom z własnych biografii, to zaistniały one jakoś w naszych życiach, chociażby za sprawą literatury czy filmu.

Z bohaterką "Domu" łatwo się utożsamić, do samego filmu trudno się jednak wraca. Nie tylko dlatego, że przeżywanie po raz kolejny przykrej relacji z rodziną zaraża swoją depresyjnością. Oglądanie go jest bolesne, ponieważ autorka celnie portretuje ludzkie charaktery. Trudno nie zakończyć seansu z poczuciem, że bohaterowie filmu Borowej to nie animowane postaci, ale ludzie z krwi i kości, mieszkający na tym samym osiedlu, w tym samym bloku, a może w tym samym domu.

piątek, 2 września 2016

Porozmawiajmy o grach

Zwykle nie piszę o grach. Zwykle nie piszę wiele, ale jeżeli już, to nie piszę o grach. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się zbyt kompetentny, nawet w czasach, gdy zagrywałem się najbardziej byłem raczej lamuskiem. Po drugie nic nie wiem o teoretycznej stronie robienia gier. Przeżycia, którymi chcę się z wami podzielić dotyczą jednak gier narracyjnych, które w dużym stopniu podejmują temat tworzenia gier, są autotematyczne, a to już z kolei coś co lubię, co cenię w filmach i z czym nie boję się do was przyjść.

Zaczęło się od "The Beginner's Guide"


Zwiastun wydał mi się intrygujący, a sama gra... cóż, trudno cokolwiek powiedzieć o samej grze na podstawie zwiastuna, ale uwierzcie mnie, że o ile niewiele w tym filmiku samej mechaniki, to intencja została przekazana w 100%. No... może w 99.

W grze przez którą prowadzi nas narrator o głosie Daveya Wardena, czyli samego autora, jesteśmy wrzucani w różne poziomy i koncepcje gier, które nie zawsze są ukończone. Gry tworzy tajemniczy deweloper o pseudonimie Coda, którego prace autor chce pokazać światu. Przechodzimy więc kolejne poziomy, gry, w których często chodzi tylko o to, żeby przejść z punktu A do punktu B, a w których często nie da się tego zrobić. Warden prowadzi nas przez te światy, modyfikuje gry tak, żeby dało się je ukończyć, ładuje kolejne, kiedy stwierdza, że pokazał nam już to co chciał. W samej grze nie chodzi o granie w takim sensie, z jakim kojarzycie gry komputerowe. To raczej wejrzenie w czyjś strumień świadomości, wyrażony akurat w postaci wirtualnych światów. Pod koniec gry nie wiadomo czy Coda istnieje naprawdę, czy to tylko alter ego Daveya stworzone po to, żeby mógł porozmawiać sam ze sobą, będące jakąś formą terapii. To jednak gra, o której myślę do teraz, i która skłoniła mnie do napisania tej notki, więc hej... coś w niej jest.

Po przejściu "The Beginner's Guide" (co zajęło mi jakieś półtorej godziny) zacząłem szperać. W moich poszukiwaniach zaczął pojawiać się tytuł "The Stanley Parable", poprzednia gra Wardena, którą współtworzył z Williamem Pughiem. Okazało się, że Pugh wypuścił darmową grę o zajebiście długim tytule:

Dr. Langeskov, The Tiger, and The Terribly Cursed Emerald: A Whirlwind Heist


Jeśli podczas czytania tego wpisu coś was skłoni, żeby zagrać, w którąkolwiek z gier to proszę was, dla swojego dobra, nie googlujcie ich. Jeśli macie Steama, wejdźcie na niego i ściągnijcie "Dr Langeskova", przejście gry zajmuje jakieś 20 minut, zrobienie achievementów trochę dłużej, ale po pierwszym rozegraniu będziecie mieć już jakieś pojęcie z czym mamy do czynienia. Nie chcąc zdradzać za dużo, to kolejna gra narracyjna, która podejmuje pewne autotematyczne wątki, a która jest raczej gagiem niż pełnoprawnym tytułem. Widać tu natomiast pomysł i potencjał. Polecam też zapisać się do newslettera studia, które tytuł ten wydało - Crows, crows, crows, warto chociażby dla ich maila potwierdzającego zapisanie do newslettera. Uśmiałem się.

Miałem za sobą dwie gry twórców "The Stanley Parable", nadszedł więc czas, żeby zmierzyć się z samą grą. Kosztowała 12 euro, a ja nadal nie byłem pewny co to takiego, ale na szczęście dostępne jest darmowe demo, ściągnąłem je zatem i... się zdziwiłem. 

Kiedyś lubiłem dema, grałem w dużo dem. Nie kupowałem pełnych wersji gier, bo nie miałem pieniędzy albo było mi ich szkoda, więc kiedyś stwierdziłem nawet, że zostanę "pogromcą dem". Nigdy jednak nie grałem w takie demo jak do "The Stanley Parable". Znowu, samo demo nie przygotuje was na pełną wersję, ale daje pewne pojęcie z czym mamy do czynienia. Znowu jest narrator, znowu wątki autotematyczne, pojawiają się pierwsze wybory...

Zmierzając do podsumowania ujmę to tak: już jakiś czas temu stwierdziłem, że gry komputerowe mogą mieć głębszy sens, a takie "The Walking Dead" Telltale'a więcej nam mówi o ludzkiej naturze niż niejeden film. Tu jednak mamy do czynienia z zupełnie innym podejściem, z grami, które są wyrazem jakichś emocji czy refleksji ich autorów. Jedni malują obrazy, inni piszą wiersza, ci ludzie, tworzą gry i są to gry, po przejściu których naprawdę dochodzi do jakiegoś "przeżycia". Zarówno "The Beginner's Guide" jak i "The Stanley Parable" są grami, które mogą ubiegać się o miano sztuki. Jest to sztuka interaktywna, bardzo współczesna, ale stawiająca pewne ważne pytania dotyczące ludzkiej natury i wywołująca refleksje. Jeśli będziecie mieli okazję zagrać, w któryś z tych tytułów to nie wahajcie się, szczególnie, że nie są to gry długie. Póki co, polecam darmowego "Doktora" i demo "Stanleya", bo jeśli podchodzicie do gier z pewnym dystansem, to rzucą nowe światło na to zjawisko, zaś jeśli jesteście graczami, ale z czymś takim jeszcze nie mieliście styczności... Jest w tym potencjał do zmiany myślenia.

A tu na zachętę zwiastun "The Stanley Parable" w wersje pewnego gracza, który miał swoje sugestie. Polecam szczególnie kobietom, bo to wersja zmodyfikowana zwłaszcza pod nie.






The Cake is a lie.

wtorek, 10 maja 2016

Zmęczenie materiału - "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów"

"Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" to jeden z tych przypadków, w których zwiastun filmu jest znacznie lepszy niż sama produkcja, nawet pomimo realizacji w charakterystycznej dla kina superbohaterskiego manierze (trochę akcji -> spokojna muzyczka + głos z offu, który zarysowuje problem). Finałowy dialog między Kapitanem a Starkiem prawie rozdarł me serce. Gdy usłyszałem po raz pierwszy jego smutne "So was I" wiedziałem, że chcę na to iść.



Sam film zaczyna się podobnie. W Lagos Kapitan wraz z grupką herosów ściga Crossbone'a, który planuje wykraść broń biologiczną. Akcję można by nazwać sukcesem, gdyby nie fakt, że w jej wyniku ginie kilkunastu cywilów. Oczy świata zwracają się na Avengersów, a sekretarz stanu Thaddeus Ross przynosi im do podpisania porozumienie, włączające ich pod bezpośrednie zwierzchnictwo ONZ. Grupa dzieli się na dwa obozy, tych, którzy akt podpisują, z Tonym Starkiem na czele i tych, którzy uważają, że możliwość samodzielnego decydowania, gdzie interweniować stanowi wciąż najlepszą opcję, za czym optuje Kapitan Ameryka.

 "Wojna bohaterów" miała wprowadzać poważny konflikt i głębię psychologiczną w postaci, które znamy już od lat. Nie udało się to w "Czasie Ultrona", bo życiowe refleksje Visiona brzmiały jak cytaty z Paulo Coelho, zaś trudno uwierzyć w moralne rozterki herosów, kiedy dotyczą one fikcyjnego państwa, gdzieś na krańcu świata. W nowym "Kapitanie..." i metraż sprzyjał budowaniu psychologii postaci (film trwa 140 minut) i jeszcze większe uwikłanie bohaterów w świat polityki. Mimo to trudno jednoznacznie stwierdzić, że zabieg ten się udał. Wątpliwości jakie targają bohaterami i ich motywacje są wciąż bardzo płytkie. W pewnym momencie, po jednym ze swoich wystąpień, Stark spotyka pewną kobietę. Pokazuje mu ona zdjęcie syna, który zginął podczas pobytu Avengersów w Sokovii. Wymyślenie nowej postaci, która staje się przypadkową ofiarą działań Avengersów i użycie jej do wzbudzenia w Iron Manie poczucia winy, wydawało się zbyt naiwne, tym bardziej, że Stark wątpliwości ma przecież nie od dziś. A jednak, chwilę później nie tylko poznajemy imię, nazwisko i twarz chłopaka, dowiadujemy się także, że był wzorowym uczniem, dostał się na świetną uczelnię, a swoje wakacje postanowił spędzać na... budowaniu domów dla najuboższych w Sokovii... złoty chłopak, idealny wyrzut sumienia. Oczywiście przypadek ten dogłębnie porusza Starka, zmuszając go do podpisania dokumentu oraz próby narzucenia swojego zdania innym.

W zasadzie cały konflikt między Kapitanem a Iron Manem opiera się na psychologicznym uproszczeniu tego drugiego. To jego wątpliwości skłaniają go do podpisania aktu. To on nie wierzy w wersję wydarzeń, którą przedstawia mu Kapitan Ameryka, broniący co prawda przyjaciela sprzed lat, ale wciąż pozostający przecież moralnym filarem grupy, co uniemożliwiałoby mu raczej stawanie po stronie słusznie osądzonego przestępcy. Gdyby Stark pozostał tym racjonalnym do bólu geniuszem, którego znamy z poprzednich odsłon, zamiast nagle wszystkie swoje decyzje opierać na emocjach, to może historia zamknęłaby się w trzydziestu minutach. Niestety, im naiwniej tym dłużej.



Złego słowa nie można natomiast powiedzieć o scenach akcji. Emocjonują i bawią, czasem łamiąc prawa fizyki, ale nawet z tego twórcy zdają sobie sprawę i potrafią obrócić to na swoją korzyść. Kwintesencją dobrego stylu jest scena na lotnisku, w której na przeciw siebie stają dwie drużyny herosów. Także tutaj humor dopełnia akcję, w czym niemałą zasługę ma nowy Spider-Man w interpretacji Toma Hollanda.

W pewnym momencie tempo filmu wyraźnie zwalnia, a wstawki mające rozwijać fabułę (która na dobrą sprawę rozwija się wyjątkowo długo), zaczynają ustępować tym, mającym wylewać fundamenty pod przyszłe solowe filmy Czarnej Pantery i Człowieka-Pająka. Chociaż "Wojna bohaterów" nie robi wrażenia odcinka wprowadzającego do kolejnych części (jakim był "Czas Ultrona"), to gdy wszystko się kończy trudno pozbyć się uczucia niedosytu. I nie chodzi tu o niedosyt, który będzie można zaspokoić kolejnymi "Avengersami", "Spider-Manami" czy innymi "Thorami". Chodzi o satysfakcję, która była obecna, gdzieś u początków. O poczucie czasu spędzonego na dobrej zabawie. Mimo że wiele jest głosów, iż "Wojna bohaterów" to najlepszy film z Kinowego Uniwersum Marvela jaki dotąd powstał, to mając w pamięci jakimi świeżymi powiewami był "Ant-Man" czy "Zimowy Żołnierz" trudno pozbyć się wrażenia, że nie o takich superbohaterów walczyliśmy.

piątek, 8 kwietnia 2016

Refleksje na temat "W pogoni za Amy" Kevina Smitha (mnóstwo spoilerów)

Bohaterem dzisiejszego odcinka będzie film "W pogoni za Amy" Kevina Smitha z 1997 roku. Jest to trzeci pełnometrażowy film tego reżysera. Smitha znać możecie z takich filmów jak "Sprzedawcy" czy "Dogma", w której wprowadzona została figurka Chrystka, tak popularna w pewnym momencie na memach.  Będzie to coś na kształt bardzo osobistej recenzji, zawierającej całe mnóstwo spoilerów, dlatego jeśli nie widzieliście dotąd filmu to zachęcam do obejrzenia go przed przeczytaniem. Jeśli natomiast nie przeszkadzają wam spoilery, to czytajcie śmiało... a nuż poczujecie się zachęceni.



Bohaterem filmu jest Holdem McNeil (Ben Affleck), autor komiksów o Bluntmanie i Chronicu, które tworzy wespół ze swoim wieloletnim przyjacielem Bankym. Pewnego dnia, za sprawą czarnoskórego geja Hoopera (także autora komiksu) panowie poznają Alyssę Jones (również z branży). Holden zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a z kilku przesłanek wnioskuje, że jest to uczucie odwzajemnione. Niebawem okazuje się jednak, że Alyssa jest lesbijką.

"W pogoni za Amy" wywołuje ciekawość i wciąga w opowieść, bo przez długi czas nie wiadomo o czym tak naprawdę będzie. Oczywiście początkowe uwikłanie bohaterów w pewnym konflikcie jest dosyć znaczące, Holdenowi zależy, Alyssa jest niedostępna, czyżby zatem miało to być o jego smutku i żalu? Relacja między tą dwójką nie kończy się jednak, gdy prawda wychodzi na jaw, przeciwnie, zaczyna się rozwijać. Przez chwilę jest to więc film o przyjaźni damsko-męskiej, w którą wielu mężczyzn nie wierzy, bo przecież zawsze musi chodzić o "zaliczenie" (ciekawe co na ten temat sądzą panie?). W pewnym momencie Holden wyznaje swoją miłość i rzeczywiście, okazuje się, że, tak jak często się to argumentuje, jedna strona chciała czegoś więcej, więc o przyjaźni nie mogło być mowy. Wracamy więc do punktu startu i tego, że będzie to jednak film o smutku i żalu. Chwilę później okazuje się, że Alyssa jednak odwzajemnia uczucie i wydaje się, że będzie to opowieść o szczęśliwym związku, który powoduje pewne napięcia w relacjach poza nim (koleżanki Alyssy, Banky...) aż do kolejnego odkrycia...

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis (który streszcza jakąś godzinę i piętnaście minut z filmu, który trwa niecałe dwie) może brzmieć jakbym podchodził do tej historii lekceważąco. Nie zrozumcie mnie źle. Mój problem z tego filmu brał się z kilku rzeczy:

1. Bohaterem, którego najmniej polubiłem był Holden, a to z nim jako widz dane mi było spędzić najwięcej czasu.

2. Przez obecność i zwerbalizowanie różnych stereotypów czy to rasowych czy seksualnych w rozmowach bohaterów, długo nie mogłem wykryć jaki stosunek do tematu ma sam Smith, co utrudniało mi odbiór, bo nie wiedziałem czy już się oburzać (bo w końcu jestem lewakiem, więc rozmowa o tym, że przez lesbijski seks nie pozbywasz się dziewictwa mi nie leży), czy może jednak ostatecznie wyjdzie na moje. Duże znaczenie ma też fakt, że film powstawał w roku 97, kiedy w knajpach wciąż najwyraźniej można było palić, a różne ruchy emancypacyjne były już co prawda aktywne od wielu lat, ale jeszcze nie tak obecne w publicznej debacie (bo internet?), w związku z czym dyskusja na tematy inności miała jednak inny charakter.

Trzeci mój problem z odbiorem tego filmu brał się z tego, że wiele z pojawiających się postaci, chociaż stara się mówić własnym głosem i teoretycznie dąży do autonomii, jest jednak ucieleśnieniem stereotypu. Teraz będę głośno myślał:

- czarnoskóry przypomina Malcolma X, propsuje czarnych, mówi o białych jako o ciemiężcach, politykę rasową dostrzega w Gwiezdnych Wojnach
wolta: Hooper okazuje się być gejem, a jego agresywna postawa częścią wizerunku narzuconego przez wydawcę, żeby zwiększyć, czy w ogóle umożliwić sprzedaż jego komiksu

- Alyssa jest lesbijką, która "nawraca się", kiedy poznaje odpowiedniego faceta
wolta: ostatecznie okazuje się, że Alyssa eksperymentowała z obiema płciami, a wizerunek lesbijki utrzymywała dla... akceptacji pewnych grup społecznych? Co prowadzi nas do kolejnego punktu, czyli...

- lesbijki wspierają się, dopóki nie okazuje się, że któraś zaczęła spotykać się z facetem, wtedy ich entuzjazm drastycznie spada, pada tekst "Another one bites the dust", sugerujący, że takie przypadki zdarzały się już wcześniej, a "inna pośród innych" ostatecznie zostaje wyłączona z grupy... czyli bycie lesbijką przedstawione zostaje w zasadzie jako konstrukt społeczny, którego wizerunek wymaga ochrony, a wszelkie odstępstwa od normy są natychmiast usuwane...
wolta: brak, znaczy to że obecność Alyssy w grupie od początku opierała się na ukrywaniu pewnych faktów, by zyskać akceptację - przykre

- mająca najbardziej homofobiczne zapędy osoba, atakująca werbalnie okazuje się być (wolta) ukrytym gejem albo przynajmniej mieć problemy ze swoją tożsamością seksualną, nie tak oczywiste jak w "American Beauty", ale w tym samym tonie

Trzeci problem można zasadniczo podsumować w ten sposób: nawet jeśli koniec końców bohaterowie okazują się nie tak bardzo stereotypowi, a puentą jest pochwała indywidualnego podejścia do seksualności i człowieka, to przez długi czas można odnieść wrażenie, że najpierw są oni szufladkowani, żeby potem z tej szufladki uciec czy wręcz ją rozsadzić. Pytanie brzmi: przez kogo są szufladkowani w pierwszej kolejności? Nie przez siebie, bo właściwie poza głównym bohaterem i ewentualnie jego przyjacielem w filmie nikt nie przechodzi zmiany. Czy jest to więc stereotypowy sposób patrzenia widzów, którym najpierw pokazywane są rzeczy znane z wyobrażeń, by następnie te wyobrażenia zniszczyć, zastępując je czysto ludzką refleksją? Czy może są to konstrukty typowo filmowe, wykreowane po to, żeby wprowadzić do scenariusza konflikty, wynikające z sytuacji rozpoznawalnych? Nie mam odpowiedzi, mam tylko pytania.

Moim ostatnim problemem z "W pogoni za Amy", być może największym, jest główny bohater. Holden jest w gruncie rzeczy konserwatywnym mężczyzną, nawet jeśli w pierwszej chwili nie czuje niechęci do homoseksualistów (z jednym kumpluje się, zanim poznajemy go w filmie). Sama idea lesbijki, nie odrzuca go głównie dlatego, że dostrzega w tym realizację mitu dziewicy, co widać też w przytoczonej wcześniej rozmowie o utracie dziewictwa podczas lesbijskiego seksu. Problemem jest więc dla niego nie odkrycie nie stricte homoseksualnej przeszłości jego partnerki, a raczej fakt, że ktoś "ją miał" przed nim. Co gorsza, nawet gdy jego podejście zostaje skrytykowane przez Hoopera oraz Silent Boba (który wyjawia nam też stanowisko samego reżysera... jak wyraźniej miałby to przekazać jeśli nie swoimi ustami... [Boba gra Kevin Smith]), nadal przychodzą mu do głowy durne pomysły na rozwiązanie "problemu", który właściwie ma tylko on.

Mimo wszystkiego co moglibyście myśleć o mojej opinii po przeczytaniu powyższej litanii, film mi się podobał i uważam go za cenny, głównie ze względu na walor merytoryczny oraz fakt, że przez swoje szufladkowanie i nieuciekanie od pokazywania stereotypów w często wulgarny sposób, tworzy fundamenty, dla osób, które są w jakiś sposób uprzedzone. Jasne, jest tu sporo skrótów, a część z postaci jawi się jedynie jako puste konstrukty, z którymi nie chcielibyśmy się kumplować w prawdziwym życiu, ale przesłanie jest zacne. Traktujmy każdego jak człowieka i do każdej biografii podchodźmy indywidualnie i bez uprzedzeń.

Jeśli ktoś obejrzy ten film, potem przeczyta, albo najpierw przeczyta, potem obejrzy, a po wszystkim jeszcze będzie chciał ze mną podyskutować, to zapraszam serdecznie. Dobrze się rozmawia o filmach, które coś w nas poruszają... szczególnie, jeśli wywołują autorefleksję. Nawet w lewakach :)

sobota, 27 lutego 2016

Oscarowe szorty, czyli co tracicie, a czego nie (cz. 1)

Oscary za pasem, a w moim kinie wyświetlane były zestawy oscarowych filmów krótkometrażowych. Szorty to kategoria, która chyba nie cieszy się dużą popularnością, głównie z uwagi na to, że jest trudniej dostępna. Te kilka tytułów, które przewija się przez inne kategorie zwykle pojawia się w naszych kinach w okołooscarowych terminach (w tym roku wyjątkiem jest "Mad Max", który premierę miał w wakacje), krótkometrażówki, w ogóle rzadko dystrybuowane są kinowo i znaleźć je można raczej na specjalnie im poświęconych festiwalach lub ewentualnie jako dodatki przed pokazami filmów długometrażowych (w Polsce zdarza się to co najmniej jednemu dystrybutorowi). Ale do rzeczy!

W tym roku nominowanych jest pięć szortów aktorskich i pięć animacji. Zacznijmy może od tych aktorskich... są słabe.

Na pięć filmów, które widziałem szczerze mogę napisać, że podobał mi się jeden. I to "podobał się" nie należy też do szczególnie entuzjastycznych. Film był w miarę spójny i bawił, kiedy miał bawić. Szortem tym było trwające 15 minut "Ave Maria", więc po pierwsze miało przystępny metraż (na krótkometrażówkę 15 minut, to taki czas, w którym nie zdążycie się specjalnie zmęczyć jeśli jest źle, a jeśli jest dobrze, to 15 minut wystarczy, żeby się nacieszyć... to takie 1,5 godziny przy pełnym metrażu ;) ), a po drugie celowało w rozbawienie widza, co jest sztuką trudną, ale opłacalną, jeśli się to umiejętnie zrobi. "Ave Maria" to historia żydowskiej rodziny, która rozbija samochód o figurę Maryi. Pomocy udzielają im siostry zakonne, które złożyły śluby milczenia. Humor opiera się na kulturowych kliszach. Zaczyna się szabat, więc głowa rodziny nie może obsługiwać telefonu, przyjmować jedzenia z niekoszernej kuchni, itp. Krótkie, zabawne, dynamiczne, trochę nie spuentowane, ale nic tu szczególnie nie razi... i to jest mój oscarowy faworyt :D

Filmem, który mi się raczej nie podobał, ale pewnie wygra (nie wiem skąd to przypuszczenie) jest "Day One" produkcji amerykańskiej, który trwa 25 minut i opowiada o tłumaczce, wysłanej by dołączyła do oddziału żołnierzy, mających odnaleźć dom człowieka odpowiedzialnego za kilka zamachów bombowych. Film pokazuje dramat wojny w perspektywie mikro, skupia się bowiem na sytuacji kilku osób: małej dziewczynki-sieroty, żony bombowca, bombowca i tłumaczki nie gotowej na grozę wojny. Główne napięcie i oś fabularna skupia się w sytuacji porodu. Żona wytwórcy bomb zaczyna rodzić, a poród ma odebrać tłumaczka... i jest to moment, w którym film zaczyna bardzo szeleścić papierem. Na miejscu obecny jest bowiem lekarz, dowódca oddziału, mąż i tłumaczka, jednak to ją, ze względu na bycie kobietą, czyni się odpowiedzialną. Rozumiem kulturową "inność" (lekarz nie może bowiem dzielić pomieszczenia z rodzą i oglądać jej części intymnych, gdyż byłoby to złe dla ich rodzin), niezwykłość i dramatyczność sytuacji wymusiły by jednak pewne niezwykłe zachowania. Również następujące zwroty akcji, wydają się bardzo sztuczne. Kino nigdy nie stało realizmem, jednak naciągane scenariusze, to też nie jest droga do celu.

Równie niewiarygodny był dla mnie film "Stutterer", którego głównym bohaterem jest dwudziestokilkuletni, tytułowy jąkała. Człowiek bardzo introwertyczny, którego niemożność komunikacji zmusza do prowadzenia wewnętrznych monologów. Pół roku spędza czatując na Facebooku z poznaną w internecie dziewczyną, a gdy ta proponuje spotkanie nie wie co zrobić.
1. Nie wierzę w to, że dwudziestokilkuletni człowiek jąka się do tego stopnia, że nie może się komunikować i nie wymyślił do tej pory sposobu na poradzenie sobie z tym (w filmie widzimy jak uczy się języka migowego, ale z tego co zrozumiałem DOPIERO ZACZYNA)
2. Nie wierzę w to, że przez pół roku znajomości w internetach ani razu nie padł temat jego jąkania, zwłaszcza że [SPOILER] dziewczyna okazuje się być głuchoniema. Jak ona wyobrażała sobie spotkanie? Że będą pisać do siebie na komórkach siedząc na przeciwko? Fakt, że jąkała zna migowy wydaje się tu być nieprawdopodobnie fortunnym zbiegiem okoliczności.
3. Przez ten finałowy zwrot akcji ostatecznie bohater pozostaje tym nie radzącym sobie z życiem człowiekiem, którym był dotąd i wygląda na to, że popadnie głębiej w swój introwertyzm, dzięki spotkaniu kogoś kto może dzielić pewne jego problemy. Czyli nie pokonuje problemu, tylko jeszcze bardziej go przytula.

Absolutnie najgorszym filmem z nominowanych jest niemieckie "Wszystko będzie dobrze", oto lista wad:
1. Film trwa 30 minut.
2. Jest łopatologiczny od pierwszej sceny, w którym fakt, że przyjeżdżający po dziewczynkę mężczyzna jest rozwiedziony ze swoją żoną, musi zostać podkreślony przez pojawienie się jej ojczyma, który dodatkowo akcentuje swoje jestestwo przez pukanie w szybę i żegnanie się z dziewczynką (a wystarcza samo to, że kobieta szykując przy nim córkę, w ogóle na niego nie patrzy).
3. Ojciec jest psychopatą, który myśli bardzo krótkodystansowo, a jego relacja z córką jest dosyć dziwna.
4. Wszyscy zachowują się głupio. Począwszy od córki, która nie działa, kiedy ma okazję i wie, że powinna, a skończywszy na policjantach, których interwencja ogranicza się do powtarzania "Liczę do trzech...". Człowiek od razu czuje się bezpieczniej.

Całkiem niezła była koprodukcja Brytyjsko-Kosowska "Shok", w której konflikt Serbsko-Albański zostaje pokazany z perspektywy dwóch, młodych chłopców. Młodzi aktorzy dali radę, film nie nudzi, jest kilka zgrzytów, ale nie przeszkadza to w ostatecznym odbiorze i w zasadzie tyle można o nim powiedzieć. Próbuje być angażujący emocjonalnie, jednak wychodzi to średnio.


Podsumowując wszystkie filmy... niewiele straciliście. Za to co się działo w krótkometrażowych animacjach... dowiecie się jutro :)

czwartek, 18 lutego 2016

Legusie Poznania


Przeszedłem się ulicami Poznania zaczepiając przypadkowych ludzi i prosząc ich o kilka słów od siebie. Projekt powstał w ramach zaliczenia na zajęcia z warsztatu fotograficznego na moich studiach.


"Nie ma lekko proszę pana, na zimę spuszczają wodę z fontanny i zostają mi takie kałuże, a i to nie zawsze, bo musi trochę popadać. Jakoś się żyje, tylko te wycieczki szkolne, które idą do opery bywają irytujące. Niby idzie to nieświadome takie, ale ja słyszę jak mówią <<Ciekawe co robi ten pan>>. Ciągle dziwi nas inność".


"Ja panu zaglądam do portfela!? Proszę zabrać ten aparat! Pin też pan podpatrzyłeś!?"


"Od kilku dni nie wrzuciłam nic na Instagrama, więc stwierdziłam, że selfie w charakterystycznym punkcie miasta to będzie dobry powrót. Może mi pan powiedzieć czy złapałam się w kadrze? Mogłabym robić przednim aparatem, ale wtedy zdjęcia są rozmazane. Tak? Jestem? Super. Bez fontanny? Nie szkodzi #selfie"


"Mam na studiach taki przedmiot, który się nazywa <<warsztat fotograficzny>> i właśnie szukam pomocy naukowych na zaliczenie. Może pan ma jakiś pomysł na cykl dziesięciu zdjęć? Nie? Kurcze szkoda".


"Zdjęcie? A cykaj pan. Widzi pan, że roboty tu od groma, zarosło cholerstwo. Pan student? Dobrze, teraz młodzież taka głupia, może chociaż coś się na tych uniwersytetach nauczo, bo jak ja panie patrzę, to czarno widzę przyszłość tego kraju. Czarno".


"To moja pierwsza praca, ale już chcę zrezygnować, bo za dużo mnie to stresu kosztuje. Paraduję po kilka godzin dziennie w tym kostiumie za marne grosze, a ludzie chcą sobie robić ze mną zdjęcia, albo zadawać mi głupie pytania na przykład o lokalizację toalety, albo o promocje. Naprawdę, gdyby ludzie więcej myśleli, to wszystkim byłoby lżej. A nie stoją takie po kilku minut w kolejce, a jak podchodzą do klasy, to dopiero zaczynają się zastanawiać. Przykre, proszę pana, przykre".


"Jak opublikujesz to zdjęcie, to będę musiał zgolić brodę, żeby mnie nie poznali <śmiech>. Żartuję, ale chociaż miejsca nie podawaj. Niewiele jest ładnych graffiti, większość taguje te mury swoimi bazgrołami, znacząc swój teren jak psy sikami. A to jest szuka, zgodzisz się chyba ze mną? Ulotna, ale wychodząca do ludzi. Myślę, że więcej razy obcowałeś ze sztuką uliczną, kiedy szedłeś na autobus niż z wysoką w jakiejś galerii czy muzeum. Mam rację czy mam rację?"


"Lubię czasem przysiąść na kawkę, zapalić papieroska, porozmawiać z drugim człowiekiem albo po prostu pogapić się na otoczenie. Taka codzienna refleksja jest zdecydowanie niedoceniana".


"Planszówki to dla nas głównie pretekst do spotkania się ze znajomymi, ale na rynku jest teraz dużo dobrych tytułów, które niewiele mają już wspólnego z Chińczykiem czy Eurobiznesem. Ta akurat jest dosyć stara i mój kolega niekoniecznie ją lubi, ale zgodził się zagrać, bo obiecałem, że potem pogramy w coś bardziej ambitnego".


"Pracując człowiek szuka sobie rozrywek, żeby przełamać codzienną rutynę. Ja na przykład lubię patrzeć na twarze kierowców, których mijam. Kiedy mnie zauważają od razu jakoś tak się spinają, jakby mieli coś na sumieniu. Ale wie pan co mówią <<Wskaż mi człowieka, a ja znajdę paragraf>>".

poniedziałek, 15 lutego 2016

O "Deadpoolu" słów kilka

Póki "Deadpool" króluje na ekranach (najlepsze otwarcie lutego [lepsze niż twarze Greya ;)]) warto zastanowić się nad tym czy ten film coś zmienia i w ogóle co sobą reprezentuje. Czyli to taka wprawka przed recenzją, której prawdopodobnie nie napiszę, jeśli skończę ten tekst. Zapraszam :)



Deadpool to bohater, który chodzi za Ryanem Reynoldsem od dłuższego czasu (aktor wspominał w jednym z wywiadów, że 10 lat). Reynolds pojawił się już kiedyś jako Deadpool, który wtedy chyba funkcjonował raczej jako Weapon-X, ale bohater nazywał się Wade Wilson, czyli gość ten sam. Film, w którym postać zafunkcjonowała to "X-Men Geneza: Wolverine" i zarówno widzowie jak i krytycy mają wobec niego mieszane uczucia. Większość jednak wolałaby wykreślić go z historii. Nie było to jednak pierwsza przygoda Reynoldsa z kinem superbohaterskim, wcześniej zagrał w trzeciej odsłonie przygód Blade'a, później wcielił się w "Zieloną Latarnię", czyli bardzo. zły. film.

Wróćmy do "Deadpoola". Największa moc filmu tkwi w jego samoświadomości. Deadpool to bohater, który nieustannie przełamuje czwartą ścianę (zwraca się wprost do widza) w tym przypadku to także osoba funkcjonująca w popkulturze. W pokoju Wade'a znaleźć można figurki z filmów, jakieś plakaty, ale najważniejsze jest to, że autorzy scenariusza często wyśmiewają się z innych filmów z uniwersum Marvela, wcześniejszych dokonań Reynoldsa czy samego Reynoldsa. Świadczy to o niezwykłym dystansie wobec tworzonej produkcji, ale też podjęciu pewnego ryzyka. Autotematyczne żarty mogły wyglądać na wymuszone, ale na szczęście wypadają szczerze. Duża w tym zasługa samego aktora, który bardzo sprawnie dostarcza kolejne żarty, ale potrafi również oczarować widza i zachęcić go do kibicowania jego postaci.



Problemem z jakim boryka się film jest fabuła. To typowe origin story, w którym dowiadujemy się skąd Deadpool wziął swoje supermoce i co nim kieruje. Twórcy próbują uciec od przynudzania zaczynając w samym środku akcji, a potem korzystając z retrospekcji by pokazać jak znaleźliśmy się w danym momencie. O ile same sceny akcji zapewniają dobrą rozrywkę, o tyle backstory czasem trąci nudą. Trochę w tym romansu, trochę historii o zemście. Co prawda poznajemy dzięki temu bardzo dobrze motywacje i logikę jaką posługuje się Wilson, dzięki czemu naprawdę rozumiemy tę postać, narracyjnie jednak nie jest to mistrzostwo świata.

Kiedy tak o tym myślę, to w sumie nie ma co się rozwodzić nad fabułą... znaczną jej część można poznać ze zwiastuna, reszta to szczegóły. Skupmy się więc na postaciach. Głównym złym jest grany przez Eda Skreina (ziomek, który grał w "Grze o tron", a potem przestał grać i w kolejnym sezonie postać przejął ktoś inny) Ajax, który żyje z bycia sadystą i generalnie wredota z niego straszna. Ale nie czuje bólu, jest silny i ma niby super refleks (to podobno jego supermoc, ale niezbyt ją w filmie widać), zasadniczo godny przeciwnik dla Deadpoola. Towarzyszy mu Gina Carano, która je zapałki i bije tak, że łoesu (jest przy tym jednocześnie badass i kinda sexy). Po stronie Deadpoola mamy z kolei T.J. Millera, który podobno jest comic relief, ale w sumie to Deadpool podkrada mu tę fuchę. Poza tym bohaterowi pomaga dwójka X-Menów: Colossus i Megasonic Teenage Warhead ( :D). Ta dwójka z początku przeszkadza, ostatecznie jednak pomaga Deadpoolowi, chociaż też nie z pełnym przekonaniem. Dialogi między trójką bohaterów to jednak istotny element humoru w filmie, więc dziękujemy twórcom i liczymy na to, że po finansowym sukcesie studio da im dość hajsu, żeby zatrudnić kolejnych członków drużyny Xaviera :)



"Deadpool" to, jeśli chodzi o historię, nic nowego. Dzięki swojej intertekstualności, przełamywaniu czwartej ściany i dużym pokładom humoru wprowadza powiew świeżości w gatunek superbohaterski. Może nie jest to już #dobrazmiana, ale film zwraca uwagę na wystarczająco wiele elementów, które stały się już schematem oraz na tyle dobrze buduje postać głównego bohatera, że jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o kolejne części (które jestem przekonany, że powstaną - film po jednym weekendzie zwrócił się dwukrotnie). Jeśli zatem lubicie kino superbohaterskie albo chcecie mu dać ostatnią szansę, to zachęcam do obejrzenia "Deadpoola". I nie zapomnijcie zaczekać na scenę po napisach ;)

czwartek, 11 lutego 2016

Dlaczego nie powinniście iść na "Widzę, widzę"

"Widzę, widzę" austriacki "horror" Severina Fiala i Veronici Franz obejrzałem już prawie miesiąc temu, jednak dopiero teraz wchodzi on na ekrany naszych kin. Nie napisałem recenzji, a swoje zabieranie głosy w kwestii tego "dzieła" chciałem ograniczyć do odradzenia go wszystkim moim znajomym, którzy akurat znaleźli się w pobliżu. Ostatnimi czasy Stowarzyszenie Nowe Horyzonty nasiliło jednak akcję promocyjną filmu zalewając informacjami o nim swój fanpage i Instagrama, co trochę mnie zirytowało, więc postanowiłem wrócić do tematu.

Gwoli jasności - jasne, mógłbym przestać obserwować tenże fanpage i tegoż instagrama (to drugie zrobiłem) chodzi jednak o pewną... nachalność przekazu? Nowe Horyzonty to jak być może wiecie festiwal we Wrocławiu (ale też stowarzyszenie dystrybuujące potem filmy, z tego festiwalu, organizujące pokazy dla dzieciów i takie tam), a ja planuję się tam ponownie wybrać, więc chciałbym wiedzieć co w trawie piszczy. Kiedy natomiast wchodzę na Instagrama i trzy kolejne zdjęcia to fragmenty wielkiego plakatu "Widzę, widzę" (wielkiego, bo wykorzystującego 12 zdjęć i widocznego w całej okazałości dopiero po wejściu na profil Horyzontów: https://www.instagram.com/mff_nowehoryzonty/) osobno nie mające większego sensu, to jeszcze bardziej się irytuję. Przejdźmy jednak do tematu.



"Widzę, widzę" trwa godzinę i czterdzieści minut oferując w tym czasie ładne widoczki i opowieść o dwóch chłopcach, którzy mieszkają w domku/willi na totalnym odludzi ze swoją zabandażowaną na twarzy matką (kobieta miała wypadek, przeszła rekonstrukcję twarzy). Chłopaczki zaczynają się trochę cykać, bo coś im w matce nie gra, matka zaczyna być agresywna, bo nie wie jak sobie z dzieciorami poradzić. Napięcie teoretycznie rośnie, prowadząc do finału w stylu torture porn (taka art-house'owa "Piła" przez ostatnie 20 minut).

Brzmi super? Niekoniecznie jeśli dodam, że film przez te 1,5 godziny oferuje w zasadzie jedną, jedyną tajemnicę, którą da się rozkminić w drugiej scenie filmu. Ta jedna tajemnica, mająca stanowić absolutnie zaskakujący twist (co jak wynika z relacji internautów faktycznie czasem ma miejsce... nie wiem skąd się biorą ci ludzie), rozwiązana zbyt wcześnie absolutnie rujnuje możliwość budowania napięcia. Taki widz może przestraszyć się ewentualnie dwóch jump-scare'ów, ale umówmy się, to raczej tani chwyt.

To nie jest tak, że jestem taki ąę i nie potrafię dać się ponieść opowieści i dlatego źle się bawiłem. Faktycznie ze względu na słowa mojej koleżanki, która powiedziała "Obejrzyj i daj potem znać, w którym momencie wiedziałeś o co chodzi", kiedy tylko film się zaczął i chłopiec zaczął biec przez pole kukurydzy zacząłem kombinować myśląc sobie "Aha, to pewnie nie tak, że on ucieka, tylko kogoś goni", więc automatycznie zacząłem szukać możliwego twista. W jakiejś piątek minucie miałem teorię, która potem była potwierdzana w prawie każdej kolejnej scenie. Naprawdę twórcy niby kreują tu jakąś zagadkę, ale są tak ewidentni w podsuwaniu tropów, że chyba tylko ktoś kto wyłącza myślenie na czas seansu (a to raczej nie jest tego typu film) albo osoba, która widziała mniej niż 10 filmów w swoim życiu może być zaskoczona w finale. Twórcy aranżują te sceny w taki a nie inny sposób chyba tylko po to, żeby przy ponownym obejrzeniu ktoś mógł powiedzieć "O kurcze! Nie zauważyłem tego wcześniej! Faktycznie!". Tylko komu będzie się chciało oglądać to coś drugi raz...



"Widzę, widzę" wygrało nagrodę publiczności na festiwalu, co, mimo słabego poziomu konkursu, nie świadczy zbyt dobrze o tej publiczności. Jasne, to film, który odwołuje się do gatunkowych wzorców z Zachodu, ojawia się w nim instytucja twista będącego chwytem z kina popularnego, a też ładne zdjęcia, co może stanowić dodatkowy walor. Wszystkie te rzeczy sprawiają, że nie jest to kino snobistyczne, które pozuje na wielką sztukę, udaje, że ma ukryty przekaz i jest takie "och i ach" (takich filmów w konkursie była większość), ale przystępne dla "przeciętnego" widza (mam jednak wrażenie, że większość widzów z NH obraziłoby się na określenie ich mianem "przeciętnych"). Nie zmienia to jednak faktu, że twórcy uważają swoich widzów za naiwniaków, którzy nic w życiu nie widzieli, a już na pewno nie tych kilka kultowych tytułów, które wzniosły twist na wyżyny.

W ostatnich dwudziestu minutach film zmienia totalnie klimat i z budowania jakiegoś tam napięcia i wywoływania niepokoju, przechodzi w naturalizm połączony z brutalnością i wywołującym obrzydzenie. Jeśli ktoś lubi "Piły", w których podobno dzieją się takie rzeczy (ja nie lubię, więc widziałem tylko pierwszą), to zapraszam, ostatnie dwadzieścia minut to ból, krzyk i neurony lustrzane w natarciu. Jeśli natomiast nie bawi was realistyczna przemoc, a w dziesiątej minucie będziecie wiedzieć nie tylko o co w filmie chodzi, ale też jak się skończy, to spokojnie możecie wyjść po tych dziesięciu minutach. Naprawdę wiecie już wszystko.

Stanowczo odradzam wycieczkę do kina wszystkim tym, którzy szanują swoją inteligencję i nie lubią nudzić się w kinie. Chcecie coś porozkminiać? Obejrzyjcie sobie "Wroga" Villeneuve i zastanówcie się "O co chodzi w tym zakończeniu?", to jest film, który można oglądać dwukrotnie, a nie jakieś tam "Widzę, widzę". A porównywanie tego filmu do "Funny Games" Hanekego? Błagam... "Funny Games" miało przekaz i szanowało swojego widza (co objawiało się chociażby we wchodzeniu w dialog z nim). "Widzę, widzę" opiera się na szoku. W dodatku jest to szok, do którego twórcy nas konsekwentnie przygotowują. Po prostu nie.

środa, 10 lutego 2016

Napisy końcowe

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, albo nie wyczytał tego między wierszami poprzednich postów - pracuję w kinie.

Ostatnio po seansie "Nienawistnej ósemki" podszedł do mnie dwudziestokilkulatek i zapytał czy po napisach końcowych będzie jeszcze jakaś scena. Szybko odpowiedziałem, że nie, kierując się tym, że jest to film Tarantino, a on nie uskutecznia takich praktyk (albo ja żyję w błogiej nieświadomości myśląc, że tego nie robi). Przyznaję, miałem w tym ukryty motyw. chodziło o opróżnienie sali z widzów. Pytający nie uwierzył mi jednak, być może odpowiedziałem zbyt szybko, dopytał więc czy aby na pewno. Wtedy powiedziałem, że owszem i że poza tym to Tarantino, a on tego raczej nie robi.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś pyta mnie w kinie studyjnym o scenę po napisach. Podkreślam studyjność mojego kina, gdyż praktyka umieszczania dodatkowych scen kojarzy mi się raczej z produkcjami, które oglądać można w multipleksach, ale też raczej z wielkimi blockbusterami takimi jak "Avengers" na przykład, chociaż podobno graliśmy jakiś film, który taką scenę miał...

Dziwią mnie, ale i w pewien sposób smucą takie pytania, zwłaszcza jeśli słyszę je po filmie, który sam widziałem i który bardzo mi się podobał. Z mojego punktu widzenia pytanie o scenę po napisach oznacza jedną z dwóch albo obie rzeczy:

a) Po seansie towarzyszy nam poczucie niedomknięcia, dlatego chcielibyśmy zobaczyć aftercreditsa, żeby wiedzieć, ze to już wszystko albo że powstaną kolejne części.

b) Wpisujemy film w szereg produkcji, na których tle raczej się on nie wyróżnia, więc może posiadać "modną" scenę po napisach.

Oczywiście jest to moje subiektywne zdanie, ale na przykład pytanie o taką scenę po nowym filmie Tarantino mnie lekko ubodło. Po pierwsze to Tarantino, twórca, który z pewnością nie jest, a na pewno nie był standardowym reżyserem-scenarzystą w latach swojej świetności, człowiek, który w jakimś sensie zrewolucjonizował spojrzenie na kino. Zrobienie przez niego sceny po napisach, byłoby czymś co internetowe trolle lubią określać mianem "sprzedania się". Po drugie "Nienawistna ósemka" jest dziełem zamkniętym. Wszystkie wątki znajdują swój finał, po ostatniej scenie nie pozostaje już nic do dopowiedzenia, nie jestem w stanie wymyślić nic, co mogłoby się znaleźć w scenie po napisach do tego filmu.

Sceny po napisach to twór specyficzny, upierdliwy dla obsługi kina, ale przede wszystkim specyficzny z kinematograficznego punktu widzenia. Takie sceny pojawiają się najczęściej w komediach, animacjach albo filmach "serialowych" (takich np. jak filmy Marvela). Osobiście byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że w dramacie/thrillerze "Przetrwanie" z Liamem Neesonem jest taka scena. Okazało się zresztą, że nie jest ona zbyt treściwa. W zasadzie dopowiada ona to, co wiemy tuż przed tym, nim pojawią się napisy, a gdy ekran już stał się czarny. Z kolei scena po napisach w "Krainie Lodu" była dla mnie przyjemnym zakończeniem. Obejrzałem ten film bodajże dwa razy nim się o niej dowiedziałem (a dowiedziałem się o niej sprzątając salę z popcornu w multipleksie). Film miał typowo bajkowy happy ending, dopowiadanie czegokolwiek byłoby rozpoczynaniem nowej historii, dlatego w scenie po napisach cofamy się niejako do bohaterów zasygnalizowanych, ale zgubionych gdzieś w toku trwania filmu, by mogli oni pokazać ostatni, wieńczący całość gag. Jest to scena urocza i sympatyczna, natomiast stanowi zupełny dodatek.

Ostatnio chodząc na filmy Marvela nie mam już ochoty wysiadywać do końca napisów (zwłaszcza, że filmy te robi miliard osób i wymienienie ich wszystkich zajmuje pięć minut minimum), bo wiem że zmieniła się polityka zawartych tam historii. W tak zwanej "pierwszej fazie" po napisach pokazywane były sceny zapowiadające kolejne filmy: do Tony'ego Starka przychodził Nick Fury mówiąc mu o Avengers, na pustyni odkrywano młot Thora, okazywało się, że Loki czai się na tessaract... Mniej więcej od pierwszych "Avengersów" formuła się zmieniła i mamy do czynienia już z dwiema scenami, pierwszą po "krótkich" napisach (główni aktorzy, reżyser, itp) i to w tej zapowiadany jest kolejny film i drugą, w której nie dzieje się zwykle nic istotnego, ale ma być heheszkowo. I tak po "Avengersach" Thanos się do nas uśmiechał, a potem Avengersi jedli shawarmę, po Thorze cośtamsię działo, a potem Thor przybywał pocałować Natalie Portman, po Kapitanie Ameryce dowiadywaliśmy się, że Quicksilver i Scarlet Witch są uwięzieni, a później Kapitan łaził sobie po swoim muzeum... a po "Avengersach 2" był znowu Thanos, a potem nic... chyba, że obsługa kina i mnie oszukała! :O

Puentą do tej raczej luźnej refleksji niech będzie moje ulubione zdanie z "Matrixa" (a tak naprawdę z wiersza Thomasa Graya jak donosi wikipedia) "Ignorancja to błogosławieństwo", jeśli film mi się podoba, to nie potrzebuję dodawać do niego kolejnych scen, zamieniając jakoby coś co polubiłem w baner reklamowy dla produkcji z tego samego studia. Jeśli mnie nie zachwycił, cóż... wtedy najprawdopodobniej chcę szybko wyjść z kina i bardzo nie obchodzi mnie co jeszcze producenci mają mi do zaoferowania. Mimo, że siedząc na sali kinowej mamy raczej niewielki wpływ na nasz seans (możemy ewentualnie wyjść z sali albo zakryć oczy, jeśli coś nam się nie podoba), o tyle po seansie, gdy światła już się zapalają, to całkowita wolność wyboru... Myślę, że znacznie fajniej jest zobaczyć taką scenę po jakimś czasie i być mile zaskoczonym, niż przesiadywać przez napisy końcowe i się zawieść.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Podsumowanie SCOPE100, bo zaległoś

Dzisiejszy wpis sponsoruje Ślimak i jej komiks o zaległosiach:

http://chatolandia.pl/2016/01/18/zaleglosie/

Wczoraj, a w zasadzie dzisiaj?, o północy zakończyła się tegoroczna edycja Scope'a. Skutkuje to tym, że nie ma już dostępu do materiałów z filmami, forum dyskusyjnego i tego typu podobnych rzeczów. Ja swoją przygodę ze Scopem zakończyłem w zasadzie już na początku stycznia, bo wtedy obejrzałem "Much loved", które było ostatnim filmem jaki został mi do obejrzenia, jednak jeszcze wczoraj wypełniałem rubryki pod pytaniami "jak podobał ci się film" oraz "jak moglibyśmy go promować i do kogo skierować".

Przyznam szczerze, że nie odłożyłem tego zadania na ostatnią chwilę, bo jestem leniem, chociaż to też był ważny powód, bardziej dlatego, że przy większości filmów nie miałem pojęcia jak na te pytania odpowiedzieć. Okej, wiem jak mi się podobały te filmy, takie rzeczy zaznaczałem też w opisach pod oceną na Filmwebie (jeśli ktoś cierpi na niedobór znajomych to zapraszam: http://www.filmweb.pl/user/Fiyo) natomiast pytanie "jak promować?" i "dla kogo?" jest trudne, jeśli uważasz, że jedyną kopię filmu powinno się zamknąć w skrzyni, a skrzynię wrzucić do morza.

Mały dryf: wraz z rozwojem mojej osobowości przechodzę w życiu przez różne etapy zaangażowania w ideologię. I tak na przykład po kryzysie wiary nadszedł etap "wojującego ateizmu", po mojej przygodzie z Multikinem i przejściu do filmów bardziej studyjnych zacząłem hejtować kino mainstreamowe i mówić jakie to filmy studyjne nie są super. To też się skończyło, dzisiaj jestem prawdopodobnie gdzieś pomiędzy. Uważam, że filmy głównego nurtu mają większą podatność na bycie miałkimi, a mniejsze produkcje, te niezależne większą szansę na bycie odkrywczymi czy wprowadzenie jakiejś świeżości w świat kina. Jednak po seansie iluśtam (dziesięciu? a może to już w setkach?) filmów "studyjnych" dochodzę do wniosku, że cierpią one na ten sam problem co kino popcornowe i niestety świetnie to widać na przykładzie dziesięciu filmów ze Scope100.

Na 10 filmów, które obejrzałem wystawiłem jedną ocenę "8" czyli "bardzo dobry", którą później obniżyłem o jedno oczko, bo ostatecznie to inny film był moim top1. Zdecydowana większość były to produkcje średnie i to zarówno pod względem technicznej realizacji jak i samego pomysłu. Tuż po ostatnim seansie wybrałem się do kina na "Stare grzechy mają długie cienie" i od razu wleciała ósemeczka, bo pierwszy z brzegu film z repertuaru, był i technicznie dopieszczony i fabularnie intrygujący. Tylko, że był to hiszpański kryminał (czyli kino gatunkowe) pod skrzydłami Warner Brothers, którzy go dystrybuowali (czyli w sumie trochę mainstream), ale, ale! Po tych dziesięciu seansach upewniłem się w tym, że to takiego kina poszukuję, co często może zaburzać moją ocenę. Najlepiej ogląda mi się mniej lub bardziej niezależne produkcje, które wchodzą w romanse z kinem gatunkowym. W zeszłym roku wielkie wrażenie zrobiło na mnie "Coś za mną chodzi", które jest w sumie niskobudżetowym (dwa miliony dolców?) horrorem, w tym dobrze się bawiłem na "Starych grzechach..." i pewnie jeszcze kiedyś do tego filmu wrócę (a przynajmniej będę go polecał znajomym).

A co na Scopie? Problemy społeczne, snujący się bohaterowie: czasem gorzej jak w "Las Altas Presiones", czasem lepiej jak w "The Apostate", jeden film dla super snobów ("Evolution" - jeśli wygra, to zacznę kręcić własne filmy, bo bez przesady) i zasadniczo miałkość.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że trzeba propsować twórców, którzy kino kochają albo takich, którzy mają na tyle popieprzone w głowach, że oglądanie ich wizji na ekranach jest ciekawym zajęciem. A jak to się przenosi na konkrety? Idźcie do kina na "Nienawistną ósemkę" Tarantino, a od piątku czekajcie na "Anomalisę" Kaufmana (to ten pan od scenariuszy "Zakochanego bez pamięci", "Być jak John Malkovich" i "Adaptacji"). Sobie i wam życzę więcej twórców, którzy faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia, a nie snobują udając, że tak jest. Na koniec moje top5 ze Scope100:

1. Chevalier (http://www.filmweb.pl/film/Chevalier-2015-739837)
2. The Apostate (http://www.filmweb.pl/film/El+ap%C3%B3stata-2015-746578)
3. Mediterranea (http://www.filmweb.pl/film/Mediterranea-2015-742900)
...
4. Much Loved (http://www.filmweb.pl/film/Much+Loved-2015-750218)
5. My golden days (http://www.filmweb.pl/film/Trois+souvenirs+de+ma+jeunesse-2015-730188)


Trzymajcie się i udanego tygodnia.





...zaległoś, zaległoś

czwartek, 7 stycznia 2016

Duży potencjał, większy zawód - recenzja filmu "Córki Dancingu"

Co jakiś czas w polskim kinie pojawia się film odbiegający od standardów. Mieliśmy "Disco Polo", którzy jedni uznali za przykład postmodernistycznej gry z widzem inni zaś za szczyt kiczu, mieliśmy "Hiszpankę", która podzieliła widownię, ale głównie ją zawiodła. Mamy wreszcie "Córki dancingu" i już na wstępie trzeba zaznaczyć, że jest to film sprzeczny. Z jednej strony punktem wyjściowym jest nietuzinkowy pomysł o genealogii fantastycznej. Z drugiej idea ta puszczona zostaje samopas, jakby twórcy liczyli, że to wystarczy, żeby udźwignąć półtoragodzinną produkcję. Zadanie skomplikowane zostało dodatkowo niezdecydowaniem twórców co do klimatu, w jakim utrzymany powinien być film. Przyglądamy się zatem nocnemu życiu peerelowskiej Warszawy, trochę kiczowatemu, słodko-landrynkowemu, ale co jakiś czas przełamywane jest to scenami rodem z horroru: krew się leje, trup się ściele, a potwory wychodzą na ulice.



Bohaterkami filmu Agnieszki Smoczyńskiej są dwie syreny Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek). Nie ma w tym żadnej metafory, dziewczyny jeśli akurat mają nogi, to wyglądają jak lalki barbie, zaś po pochlapaniu wodą dolne kończyny transformują się w rybie ogony, na których pojawiają się też organy rozrodcze. Znalezione na plaży przez zespół Figi i Daktyle w składzie Kinga Preis na wokalu, Jakub Gierszał na basie i Andrzej Konopka na bębnach, stają się atrakcją nocnego klubu, w którym robią chórki i striptizy. Pojawia się wątek zachowywania własnej, "potwornej" tożsamości, któremu przeciwstawiany jest drugi, typowo miłosny.

Największym zarzutem wobec filmu Smoczyńskiej jest chyba jego niewykorzystany potencjał. Twórcom udało się zebrać na planie naprawdę wysokiej klasy aktorki. Na ekranie pojawiają się Magdalena Cielecka, Katarzyna Herman czy Roma Gąsiorowska... i znikają po chwili. Utalentowane panie zostają wykorzystane w zasadzie tylko po to, żeby pobujać się w rytm muzyki w drugiej scenie, ewentualnie zrobić jeden striptiz (Cielecka) czy przeprowadzić jeden, dłuższy dialog (Herman). Niewykorzystany zostaje też potencjał tkwiący w pomyśle. Fakt, że mamy do czynienia z syrenami, postaciami ze świata fantastyki, zostaje w zasadzie kompletnie zignorowany. Nikt się temu nie dziwi, wszyscy zachowują się jakby co tydzień w klubie gwiazdą była inna istota z mitologii, a same zainteresowane wplątane zostają w dosyć zwyczajne problemy natury miłosnej.



W "Córkach dancingu" widać niezdecydowanie. To z jednej strony film muzyczny, w którym piosenki stanowią istotną część narracji, a klimat opowieści przez większość czasu jest raczej przyjazny, z drugiej, od czasu do czasu w syrenach budzą się mordercze zapędy, których realizacje są pokazywane w dosyć naturalistyczny sposób. Rodzi się tu opozycja filmu lekkiego i cukierkowego wobec mrocznej, brutalnej opowieści. Ten konflikt widać w samym świecie przedstawionym, w pewnym momencie jedna z bohaterek trafia bowiem do makabrycznej wariacji na temat nocnego klubu, w którym występuje na co dzień, a w którym śpiewający Tryton noszący blizny po wyrwanych rogach, idealnie pasuje do klimatu miejsca.


Film Smoczyńskiej reklamowany jest gwiazdorską obsadą, klimatem jak w "Disco Polo" i obietnicą dobrej zabawy. Tymczasem pod tą warstwą, która faktycznie jest obecna (z pewnymi zastrzeżeniami) kryje się równorzędna, skrajnie różna, ale zdecydowanie bardziej ryzykowna i przez to mniej atrakcyjna marketingowo. Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na jeden kierunek, zamiast próbować dosyć karkołomnego połączenia, które ostatecznie się nie udało. Być może wtedy otrzymalibyśmy spójny, świeży film, zamiast obrazu, którym niektórzy mogą się poczuć oszukani, czy nawet zniechęceni do dawania szansy polskim produkcjom. Ostatecznie "Córki...
 miały ciekawy punkt wyjścia, tylko że wyszło jak zwykle.

niedziela, 3 stycznia 2016

Scope100 #3 - "Mediterranea", "Peur de rien" i "Trois souvenirs de ma jeunesse"

Drodzy Państwo czy mogę zacząć od dryfu? Dziękuję.

Dawno, dawno temu na kulturoznawstwie miałem zajęcia ze scenariopisarstwa. Zadaniem zaliczeniowym było napisanie treatmentu do początku historii, który wymyśliliśmy wspólnie na zajęciach. Historia miała być o mechaniku Heńku (albo jakoś inaczej na "H"), do którego warsztatu przybywa kobieta, oddaje mu samochód do naprawy, a w tym samochodzie Heniek znajduje coś i to coś wpływa na jego dalsze losy.

Czytaliśmy te treatmenty jeden po drugim. W takim ciągu w pewnym momencie historie zaczynają się zlewać jeśli występują w nich podobne elementy. Heniek najczęściej znajdował krew albo jakiś przedmiot, który przypominał mu o jakiejś smutnej historii z wypadkiem samochodowym. Zwykle skręcało to w stronę "polskiego dramatu" czyli pojawiał się alkohol albo śmierć, generalnie raczej przybijające motywy. Mnie na szczęście udało się jakoś od tego odbić (chociaż mój Heniek także znajdował krew... ">>Heniek patrzy na zderzak i zauważa...<< - Jak Państwo myślicie, co zauważył? -KREW! ->>zauważa plamę krwi<<"), bo poszedłem w schematy gatunkowe, które jakoś starałem się ogrywać, ale puentą jest to, jak czasem nieświadomie wpadamy w pewne pułapki tematyczne.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż trzy filmy, o których chciałem krótko napisać oglądałem w ciągu, w takiej kolejności w jakiej są zawarte w tytule, tyle, że zaczynając od "Trzech pamiątek...".

"Trzy pamiątki z mojej młodości" Arnauda Despechina to film składający się z trzech historii Paula Dedalusa. Z tych trzech historii, z których pierwsza jest o matce psychopatce, druga o pomaganiu imigrantom ze wschodu w ucieczce z Paryża, a trzecia o młodzieńczej miłości do Ester, to ta trzecia jest głównym tematem filmu. Film, który trwa dwie godziny startuje w zasadzie po trzydziestu minutach i można go spokojnie zacząć oglądać, dopiero od trzeciego rozdziału. Widz, który znał wcześniejszą twórczość reżysera, na moje pytanie czy tylko mnie się wydaje, że przedłużony początek jest niepotrzebny wyjaśnił, że Mathieu Amalric (grający dorosłego Paula, który relacjonuje te wszystkie historie) grał go już wcześniej, stąd jego udział jest uzasadniony (ja argumentowałem, że wydaje się być wciśnięty na siłę, tylko po to, żeby film miał znane nazwisko w obsadzie). W każdym razie, ta trzecia historia robi z "Trzech pamiątek..." film o dorastaniu, pierwszych uczuciach, poważniejszych relacjach, życiowych decyzjach...

...to zupełnie jak "Lęk przed niczym"!
"Peur de rien" Danielle Arbid, to trochę autobiograficzna opowieść o młodej dziewczynie z Libii, jeśli dobrze pamiętam, która przybywa do Paryża i próbuje sobie ułożyć tam życie. Nie jest to proste, bowiem musi uciekać z domu, w którym miała mieszkać, gdyż wujek próbuje się do niej dobrać. Widz podąża więc za Liną, która miota się między kolejnymi, skrajnymi ideologicznie znajomymi (od skinheada nacjonalisty, po lewicowego wydawcę undergroundowej gazety), poznaje kolejnych mężczyzn, z których większość patrzy na nią jedynie jako na osobę do seksu. Gdzieś między jednym ważnym wydarzeniem a drugim, Lina zmienia się w dojrzałą kobietę, która ma jakąś przyszłość na obczyźnie. Film z jednej strony pokazuje trudy wchodzenia w dorosłość, a z drugiej życie imigranta w kraju, w którym jako komuś obcemu nie jest wcale lekko...

...to prawie jak w "Mediterranerze", tylko że z perspektywy innej płci!
Bohaterem "Meditarranei" Jonasa Carpignano jest Ayiva, który ucieka z Burkina Faso w poszukiwaniu lepszego życia i środków do utrzymania swojej rodziny. Ayiva trafia do Włoch, gdzie, dzięki pomocy innych imigrantów, udaje mu się dostać pracę na plantacji pomarańczy. Mężczyzna szybko się uczy i ciężko pracuje, toteż zostaje zauważony przez jednego z pracodawców i otrzymuje dodatkowe zlecenia przy rozładunku i tym podobnych sprawach. Ayiva część pieniędzy wysyła swojej partnerce i córce, które zostały w kraju, a dla których nie ma w zasadzie miejsca we Włoszech (nie ma bowiem pracy dla kobiet, a i z dachem nad głową nie jest kolorowo). Na imigrantów krzywo patrzą włoscy dresiarze, którzy chętnie okazują to wyzywając ich czy zaczepiając na ulicy. Ostatecznie to napięcie, podniesione dodatkowe śmiercią dwóch czarnych w policyjnej strzelaninie prowadzi do ulicznych zamieszek, przejawów chuligaństwa i konfrontacji z dresiarzami. Film Carpignano stara się obiektywnie pokazać los imigrantów, którzy z jednej strony chcą ciężko pracować, z drugiej idą często na skróty kradnąc coś czy kombinując w inny sposób. Ostatecznie obraz jaki wyłania się z tego filmu jest raczej pozytywny i moim zdaniem to ta produkcja, a nie "Dheepan" powinna wejść do polskiej dystrybucji pod tytułem "Imigranci". Chcemy porozmawiać o problemie, to zróbmy to w rzetelny sposób.

Jeśli chodzi o związek między "Mediterraneą" a "Peur de rien", to powtarzają się tu pewne motywy związane z byciem imigrantem w europejskim kraju, sam temat jest już podobny, różne są jednak kierunku. O ile bowiem historia Liny, idzie raczej w stronę filmu o młodych dorosłych, o tyle losy Ayivy, spaja problematyka imigrancka.

To prawdopodobnie przedostatni wpis dotyczący Festiwalu Scope, zostały mi do zrelacjonowania trzy seanse, z których do jednego nie mam pojęcia jak podejść, drugi to film o marokańskich prostytutkach, a trzeci to chyba najprzyjemniejsza produkcja ze wszystkich, ale i tak raczej top2 niż top1. Muszę to jeszcze przemyśleć.

Udanej niedzieli :)