Myślę, że poniższy post będzie w sposób bezpośredni związany z tym o czym traktował poprzedni.
Kocham filmy do tego stopnia, że trudno mi wyobrazić sobie życie bez nich. Od pewnego momentu także o nich piszę i publikuję swoje recenzje tu i ówdzie. Pisanie ma jednak swoje poważne minusy, zwłaszcza jeśli publikacje mają miejsce w internetach. W mówieniu o filmach czy w dyskutowaniu o nich najciekawsze jest wyrażanie poglądów i zwracanie uwagi na różne elementy danego obrazu, który przez różne osoby, mógł być odbierany w różny sposób. Tu swoją wyższość okazuje rzeczywisty dialog, kiedy ktoś wyraża swoją opinię, ktoś inny może się wtrącić, dopowiedzieć, albo skontrować, podczas gdy tekst zamieszczony w internecie musi bronić się w zasadzie sam, bo komentarze odautorskie pod własnym tekstem, raczej nie służą jego korzyści.
Publikuję w dwóch miejscach na Kontrze, studenckim portalu, gdzie mogę to zrobić w dowolnym momencie i na Filmwebie, gdzie na weryfikację muszę czekać jakieś 3 tygodnie, co w przypadku recenzji jest w zasadzie wiecznością. Ostatnio w oba miejsca wrzuciłem moją opinię o "Mieście 44". Pod linkiem do Kontrowego materiału na Facebooku wywiązała się jakaś dyskusja, ktoś powiedział, że tekst jest fajny, wpadły jakieś lajki, generalnie miło. Wczoraj ten sam tekst ukazał się na FW... i zostałem pożarty.
Nie tyle irytuje mnie czy też smuci fakt, że stałem się obiektem pewnego rodzaju ataków (natury wyzwiskowej) co to, że do przymiotników się komentarze ograniczyły. Zdarza mi się zjeżdżać ludzi i niestety prawdą jest, że komentuje się chyba częściej teksty, które wywołują negatywne emocje, niż te, które nam się podobają. Za każdym razem kiedy wyrażam swoją opinię staram się jednak zwrócić uwagę na powody, dla których uważam dany tekst czy jego fragmenty za słabe. Tymczasem komentarze pod recenzją "Miasta 44" brzmiały tak:
"No to zdębiałem... czytając tą recenzję. Ciekawe, że tak wielu rzeczy autor recenzji nie zrozumiał w tym filmie. A generalnie film nie jest jakoś bardzo skomplikowany. Pozdrawiam."
"pitolenie bez sensu . film jest genialny, świetny i to chyba najlepszy z polskich filmów nie tylko wojennych :)"
"autor jest ignorantem. dziękuje"
Dla wszystkich, którzy oglądali "Miasto 44" z podobnymi odczuciami co ja powyższe wypowiedzi mogą się wydać co najmniej dziwne. Film faktycznie nie był skomplikowany, ba! nie wiem nawet cóż tam było do rozumienia. To trochę przykre, że ludzie dają sobie wciskać takie kity i jeszcze uważają je za arcydzieła.
W wakacje swoją premierę miał "Frank" taki film z Michaelem Fassbenderem, który ma zespół i nosi maskę. W swojej recenzji napisałem, że w końcu tę maskę ściąga, gdyż nie uznałem tego za istotne dla odbioru filmu. Dlaczego? 1. Nie o tym traktuje film, chodzi w nim raczej o pokazanie choroby psychicznej, pewnych toksycznych zachowań i relacji międzyludzkich w dobie internetu. 2. Wiem, że Franka gra Fassbender, wiem jak wygląda Fassbender i każdy kto wpisze sobie w google "Fassbender" jeśli tego nie wiedział, to też się dowie. Mówienie o spoilerze w tej kwestii ma sens tylko, gdyby informacja o tożsamości aktora odgrywającego zamaskowanego wokalistę byłaby tajna, tymczasem jest to największe nazwisko na plakacie.
Wszyscy komentatorzy mojej recenzji uznali to jednak za najważniejszy aspekt filmu, wyrzygując mi, że mogłem sobie oszczędzić tej informacji i generalnie wołając "spoiler, olaboga". Nie czuję się winny, moje sumienie jest spokojne, martwi mnie za to co innego. Jeżeli ktoś skupia się na aspekcie z perspektywy fabuły mniej istotnym, przy filmie, który stara się mieć jakieś przesłanie, to jakie są szanse, że to przesłanie zauważy? Raczej niewielkie.
Pewnie nie powinienem się przejmować i w ogóle olać czytanie tych komentarzy, ale z naturalnej ciekawości czy też próżności zawsze sprawdzam co ktoś pisze pod moim "dziełkiem". Tylko, że zwykle okazuje się, że czytają mnie ludzie, którzy patrzą na filmy w zupełnie inny sposób i wyrzygują mi rzeczy z warstw rozumienia, zupełnie powierzchniowych. Spuentuję to może tekstem jakiegoś nieznajomego komentatora pod moją recenzją "Lucy" i niech to będzie moje zdanie o tych wszystkich widzach, którzy minęli się z filmami.
"ciekawe jest obserowanie, gdy głupi ludzie oceniają coś mądrzejszego od nich."
Niestety.
Wszystkie recenzje i komentarze pod nimi do przeczytania tutaj:
http://www.filmweb.pl/reviews/Pora%C5%BCk%C4%85+o+kl%C4%99sce-16538 - Miasto 44
http://www.filmweb.pl/reviews/Podr%C3%B3%C5%BC+do+wn%C4%99trza+g%C5%82owy-16033 - Frank
http://www.filmweb.pl/reviews/Mniej+ni%C5%BC+zero-16416 - Lucy
wtorek, 21 października 2014
piątek, 17 października 2014
Filmy konfliktowe, czyli po jakich tytułach poznać człowieka?
Na świecie jest wielu ludzi, którzy nie traktują X muzy jako czegoś świętego, a kino jest dla nich raczej rozrywką i okazją do spotkania się ze znajomkami, niż jakąś ważną częścią życia. Są też ludzie, którzy nie potrafią sobie wyobrazić egzystencji bez ruchomych obrazków. Niezależnie od tego, do której grupy należycie istnieje kilka filmów (czy też serii), które was w jakiś sposób definiują. Z pewnością nie raz doświadczyliście zawodu, kiedy bliska wam osoba (czy tez taka, z którą czujecie wspólne wibracje) oświadcza, że nie podobał jej się wasz ukochany film, bo coś tam, coś tam i coś tam. Czy pamiętacie ten cios? Być może nie, bo nie wszystkie filmy odbiera się emocjonalnie, ale wyobraźcie sobie, że wasz najbliższy przyjaciel bądź przyjaciółka otwarcie hejtuje wasz ukochany film. Jak długo pozostanie w waszym kręgu znajomych? Ba, jak długo utrzymacie go przy życiu? Oto lista filmów, po których możecie zweryfikować czyjś gust:
1. Drive
Pamiętacie ten film z Ryanem Goslingiem, który reklamowany był jako coś pokrewnego "Szybkim i wściekłym", a bliżej okazało się temu być do "Między słowami"? Nie ma chyba osoby, która stwierdziłaby, że ten film jest "ok". Nie wierzę, że można zachować wobec niego neutralność. Albo zakochujesz się od razu w dziele Refna, albo odrzuca cię ono momentalnie. Jedni widzą w tym kicz i schemat, inni finezyjne łączenie różnych gatunków i konwencji oraz tworzenie niezapomnianego klimatu. Niezależnie od grupy, w której się znajdujecie, wspomnienie o tym filmie i sprowokowanie rozmówcy do wygłoszenia opinii, da wam duże pojęcie o tym jak ta osoba patrzy na filmy w ogóle.
2. Mordercza opona/Dom w głębi lasu
Dwa filmy, które opierają się na podobnym zabiegu, którym jest posługiwanie się ironią. Pierwszy film jest głupi i nie ma sensu, z tym że autorzy mówią o tym wprost już na samym początku. Burzą czwartą ścianę (tę za którą kryje się widz) by nawiązać bezpośredni kontakt. Kto tego nie zauważy, może stracić czas, pozostali prawdopodobnie będą bawić się świetnie oglądając przygody toczącej się opony o telekinetycznych zdolnościach. Z "Domem w głębi lasu" jest podobnie, tzn. jeśli ktoś nie potrafi odczytać zawartej w filmie ironii, to spędzi półtorej godziny oglądając do bólu schematyczny horror, z niezrozumiałymi wstawkami ni to komediowymi ni to thrillerowymi. Poprawnie odczytany zamysł twórców i znajomość podstawowych zasad rządzących kinem grozy otwiera możliwość dobrej zabawy, ubawu po pachy i zapadających w pamięć momentów. Pytanie brzmi: czy wasz rozmówca rozumie ironię?
3. Gwiezdne Wojny
Saga "Star Wars" jest o tyle ciekawym przypadkiem, że dzieli się ją na dwie trylogie starą i nową. Już niedługo dołączy do nich trzecia i wtedy zastanowić się trzeba będzie jak nazywać "Mroczne Widmo" + "Atak Klonów" + "Wojnę Sithów". Zanim to jednak nastąpi można przeprowadzić ciekawe doświadczenie. Moment pierwszego obejrzenia Gwiezdnych Wojen i kolejność ich wyświetlania dla ludzi z mojego pokolenia w dużej mierze zależał od rodziców. Ja miałem o tyle fajnie, że tata postanowił przybliżyć mi enigmatyczne postaci z chetoosowych żetonów i najpierw obejrzał ze mną Starą Trylogię, a potem chodziliśmy do kina na nową. O ile seanse w kinie wspominam miło, o tyle zawsze wolałem części od IV do VI. Dzisiaj potrafiłbym wskazać dlaczego, nie o to jednak chodzi. Pierwsza kwestia jaką warto poruszyć to to, czy w ogóle nasz znajomy oglądał SW. Jeśli nie... to musi się wytłumaczyć, bo to fenomen kulturowy na taką skalę, że uczestniczenie w nim jedynie z perspektywy obserwatora jest dosyć niezrozumiałe. Kolejną kwestią jest kolejność. Warto dowiedzieć się czy ktoś skrzywdził naszych interlokutorów i pokazał im sagę w kolejności I-VI, czy też byli na tyle uświadomieni, że obejrzeli ją od IV do VI, a potem I-III, czyli w kolejności powstawania. A może stało się coś jeszcze dziwniejszego i zaczęli swą przygodę w bardzo dalekiej galaktyce od części trzeciej, która oglądana autonomicznie stanowi jeden, wielki spoiler. Są to tematy na długie rozmowy i o ile nie jest się hardkorowym fanem Star Warsów można czuć pociąg do ich przeprowadzenia.
To tyle jeśli chodzi o podstawy kontrowersji. W przyszłości być może poszerzę temat o kolejne przykłady, teraz chciałem jednak przypomnieć o swoim istnieniu tym krótkim materiałem. Nie dajcie się zagiąć i brońcie swoich opinii (pamiętając jednak, że tylko krowa nie zmienia zdania).
1. Drive
Pamiętacie ten film z Ryanem Goslingiem, który reklamowany był jako coś pokrewnego "Szybkim i wściekłym", a bliżej okazało się temu być do "Między słowami"? Nie ma chyba osoby, która stwierdziłaby, że ten film jest "ok". Nie wierzę, że można zachować wobec niego neutralność. Albo zakochujesz się od razu w dziele Refna, albo odrzuca cię ono momentalnie. Jedni widzą w tym kicz i schemat, inni finezyjne łączenie różnych gatunków i konwencji oraz tworzenie niezapomnianego klimatu. Niezależnie od grupy, w której się znajdujecie, wspomnienie o tym filmie i sprowokowanie rozmówcy do wygłoszenia opinii, da wam duże pojęcie o tym jak ta osoba patrzy na filmy w ogóle.
2. Mordercza opona/Dom w głębi lasu
Dwa filmy, które opierają się na podobnym zabiegu, którym jest posługiwanie się ironią. Pierwszy film jest głupi i nie ma sensu, z tym że autorzy mówią o tym wprost już na samym początku. Burzą czwartą ścianę (tę za którą kryje się widz) by nawiązać bezpośredni kontakt. Kto tego nie zauważy, może stracić czas, pozostali prawdopodobnie będą bawić się świetnie oglądając przygody toczącej się opony o telekinetycznych zdolnościach. Z "Domem w głębi lasu" jest podobnie, tzn. jeśli ktoś nie potrafi odczytać zawartej w filmie ironii, to spędzi półtorej godziny oglądając do bólu schematyczny horror, z niezrozumiałymi wstawkami ni to komediowymi ni to thrillerowymi. Poprawnie odczytany zamysł twórców i znajomość podstawowych zasad rządzących kinem grozy otwiera możliwość dobrej zabawy, ubawu po pachy i zapadających w pamięć momentów. Pytanie brzmi: czy wasz rozmówca rozumie ironię?
3. Gwiezdne Wojny
Saga "Star Wars" jest o tyle ciekawym przypadkiem, że dzieli się ją na dwie trylogie starą i nową. Już niedługo dołączy do nich trzecia i wtedy zastanowić się trzeba będzie jak nazywać "Mroczne Widmo" + "Atak Klonów" + "Wojnę Sithów". Zanim to jednak nastąpi można przeprowadzić ciekawe doświadczenie. Moment pierwszego obejrzenia Gwiezdnych Wojen i kolejność ich wyświetlania dla ludzi z mojego pokolenia w dużej mierze zależał od rodziców. Ja miałem o tyle fajnie, że tata postanowił przybliżyć mi enigmatyczne postaci z chetoosowych żetonów i najpierw obejrzał ze mną Starą Trylogię, a potem chodziliśmy do kina na nową. O ile seanse w kinie wspominam miło, o tyle zawsze wolałem części od IV do VI. Dzisiaj potrafiłbym wskazać dlaczego, nie o to jednak chodzi. Pierwsza kwestia jaką warto poruszyć to to, czy w ogóle nasz znajomy oglądał SW. Jeśli nie... to musi się wytłumaczyć, bo to fenomen kulturowy na taką skalę, że uczestniczenie w nim jedynie z perspektywy obserwatora jest dosyć niezrozumiałe. Kolejną kwestią jest kolejność. Warto dowiedzieć się czy ktoś skrzywdził naszych interlokutorów i pokazał im sagę w kolejności I-VI, czy też byli na tyle uświadomieni, że obejrzeli ją od IV do VI, a potem I-III, czyli w kolejności powstawania. A może stało się coś jeszcze dziwniejszego i zaczęli swą przygodę w bardzo dalekiej galaktyce od części trzeciej, która oglądana autonomicznie stanowi jeden, wielki spoiler. Są to tematy na długie rozmowy i o ile nie jest się hardkorowym fanem Star Warsów można czuć pociąg do ich przeprowadzenia.
To tyle jeśli chodzi o podstawy kontrowersji. W przyszłości być może poszerzę temat o kolejne przykłady, teraz chciałem jednak przypomnieć o swoim istnieniu tym krótkim materiałem. Nie dajcie się zagiąć i brońcie swoich opinii (pamiętając jednak, że tylko krowa nie zmienia zdania).
czwartek, 2 października 2014
Niemoc i przemoc, czyli od trzech dni piszę o powstaniu, więc wrzucę o kryminale
Gdzieś na początku tego tygodnia byłem na "Mieście 44". Nie podobało mi się. Piszę o tym w innym poście, ale trudno wskoczyć z powrotem w mój tok myślenia, a to już połowa wpisu, więc mam nadzieję wrzucić to innym razem.
Tymczasem we wtorek obejrzałem nowe "Sin City". Zauważyłem, że ostatnio wychodzi mi oglądanie filmów parami. Najpierw "Kanał" i "Miasto 44" potem "Wielki Sen" i "Sin City 2: Damulka warta grzechu". Dla tych z was, którzy nie wiedzą "Wielki Sen" to film z 1946 roku z Humphreyem Bogartem w roli Philipa Marlowe'a, prywatnego detektywa. Kino noir w pełnej krasie, czyli fajki, alkohol i kobiety fatalne, a także gęsto ścielący się trup. "Sin City" garściami czerpie z kina noir. Jest więc czerń i biel, są skorumpowane gliny i generalnie miasto, w którym raczej nie chcielibyśmy się znaleźć po zmroku, a zmrok z kolei panuje cały czas. I chociaż jak to zwykle bywa, drugą część dobrze jest porównywać z pierwszą, to ciekawie jest również odnieść ten film do gatunku, który leży u jego podstaw.
Drugie "Sin City" jest bardzo rozwlekłe i za dużo w nim widać pieniędzy. To być może śmieszny zarzut, ale siłą kina noir była kameralność. Ciasne scenografie, mało światła, ale za to te teksty! Perełki scenariopisarstwa. "Sin City" jest kręcone w studio, wykorzystuje bowiem efekty komputerowe, dla osiągnięcia tych charakterystycznych dla siebie kolorów/odcieni i tak to się jakoś niektórym składa, że kiedy kręcą w studio, to te wnętrza muszą być ogromne. Weźmy takie "Gwiezdne Wojny: Atak Klonów". Film wygląda sztucznie, bo aktorzy zasadniczo ograniczają się do wąskiej przestrzeni, ale za nimi widać jakieś masywne kolumny, które oddzielają obszerne korytarze, na których nic i nikt nie stoi i nikt nie będzie stał, bo to tylko komputerowo nałożone tło. Podobnie jest tutaj. Chociaż bohater przebiega pod odcinku 2mx5m, to zanim widać jakieś wielkie, niezagospodarowane przestrzenie, które nigdy nie zostaną wykorzystane. Może już polepszam w pamięci część pierwszą, ale mam wrażenie, że tam nie popełnili tego błędu.
Poza tym jak na film czarno-biały jest w nim zdecydowanie za dużo kolorów. Pojawia się różowy, niebieski i zielony (duuużo zielonego, bo tego koloru są w filmie oczy Avy Lord granej przez notorycznie rozebraną Evę Green), które co prawda pojawiały się już w części pierwszej, ale chyba jednak subtelniej (albo znowu polepszam w pamięci).
Wychodzi mi trochę recenzja "Sin City", a tę napisałem osobno... i muszę sprawdzić... i wrzucić... agrr... Ale przesłanie może będzie takie... oglądajmy filmy noir. Bo są po prostu kozackie.
A na koniec końców parodia "Sin City" w wykonaniu ekipy 5 second films
https://www.youtube.com/watch?v=jGiKfOlKwlY
Tymczasem we wtorek obejrzałem nowe "Sin City". Zauważyłem, że ostatnio wychodzi mi oglądanie filmów parami. Najpierw "Kanał" i "Miasto 44" potem "Wielki Sen" i "Sin City 2: Damulka warta grzechu". Dla tych z was, którzy nie wiedzą "Wielki Sen" to film z 1946 roku z Humphreyem Bogartem w roli Philipa Marlowe'a, prywatnego detektywa. Kino noir w pełnej krasie, czyli fajki, alkohol i kobiety fatalne, a także gęsto ścielący się trup. "Sin City" garściami czerpie z kina noir. Jest więc czerń i biel, są skorumpowane gliny i generalnie miasto, w którym raczej nie chcielibyśmy się znaleźć po zmroku, a zmrok z kolei panuje cały czas. I chociaż jak to zwykle bywa, drugą część dobrze jest porównywać z pierwszą, to ciekawie jest również odnieść ten film do gatunku, który leży u jego podstaw.
Drugie "Sin City" jest bardzo rozwlekłe i za dużo w nim widać pieniędzy. To być może śmieszny zarzut, ale siłą kina noir była kameralność. Ciasne scenografie, mało światła, ale za to te teksty! Perełki scenariopisarstwa. "Sin City" jest kręcone w studio, wykorzystuje bowiem efekty komputerowe, dla osiągnięcia tych charakterystycznych dla siebie kolorów/odcieni i tak to się jakoś niektórym składa, że kiedy kręcą w studio, to te wnętrza muszą być ogromne. Weźmy takie "Gwiezdne Wojny: Atak Klonów". Film wygląda sztucznie, bo aktorzy zasadniczo ograniczają się do wąskiej przestrzeni, ale za nimi widać jakieś masywne kolumny, które oddzielają obszerne korytarze, na których nic i nikt nie stoi i nikt nie będzie stał, bo to tylko komputerowo nałożone tło. Podobnie jest tutaj. Chociaż bohater przebiega pod odcinku 2mx5m, to zanim widać jakieś wielkie, niezagospodarowane przestrzenie, które nigdy nie zostaną wykorzystane. Może już polepszam w pamięci część pierwszą, ale mam wrażenie, że tam nie popełnili tego błędu.
Poza tym jak na film czarno-biały jest w nim zdecydowanie za dużo kolorów. Pojawia się różowy, niebieski i zielony (duuużo zielonego, bo tego koloru są w filmie oczy Avy Lord granej przez notorycznie rozebraną Evę Green), które co prawda pojawiały się już w części pierwszej, ale chyba jednak subtelniej (albo znowu polepszam w pamięci).
Wychodzi mi trochę recenzja "Sin City", a tę napisałem osobno... i muszę sprawdzić... i wrzucić... agrr... Ale przesłanie może będzie takie... oglądajmy filmy noir. Bo są po prostu kozackie.
A na koniec końców parodia "Sin City" w wykonaniu ekipy 5 second films
https://www.youtube.com/watch?v=jGiKfOlKwlY
Subskrybuj:
Posty (Atom)





_04.jpg)
