piątek, 8 kwietnia 2016

Refleksje na temat "W pogoni za Amy" Kevina Smitha (mnóstwo spoilerów)

Bohaterem dzisiejszego odcinka będzie film "W pogoni za Amy" Kevina Smitha z 1997 roku. Jest to trzeci pełnometrażowy film tego reżysera. Smitha znać możecie z takich filmów jak "Sprzedawcy" czy "Dogma", w której wprowadzona została figurka Chrystka, tak popularna w pewnym momencie na memach.  Będzie to coś na kształt bardzo osobistej recenzji, zawierającej całe mnóstwo spoilerów, dlatego jeśli nie widzieliście dotąd filmu to zachęcam do obejrzenia go przed przeczytaniem. Jeśli natomiast nie przeszkadzają wam spoilery, to czytajcie śmiało... a nuż poczujecie się zachęceni.



Bohaterem filmu jest Holdem McNeil (Ben Affleck), autor komiksów o Bluntmanie i Chronicu, które tworzy wespół ze swoim wieloletnim przyjacielem Bankym. Pewnego dnia, za sprawą czarnoskórego geja Hoopera (także autora komiksu) panowie poznają Alyssę Jones (również z branży). Holden zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a z kilku przesłanek wnioskuje, że jest to uczucie odwzajemnione. Niebawem okazuje się jednak, że Alyssa jest lesbijką.

"W pogoni za Amy" wywołuje ciekawość i wciąga w opowieść, bo przez długi czas nie wiadomo o czym tak naprawdę będzie. Oczywiście początkowe uwikłanie bohaterów w pewnym konflikcie jest dosyć znaczące, Holdenowi zależy, Alyssa jest niedostępna, czyżby zatem miało to być o jego smutku i żalu? Relacja między tą dwójką nie kończy się jednak, gdy prawda wychodzi na jaw, przeciwnie, zaczyna się rozwijać. Przez chwilę jest to więc film o przyjaźni damsko-męskiej, w którą wielu mężczyzn nie wierzy, bo przecież zawsze musi chodzić o "zaliczenie" (ciekawe co na ten temat sądzą panie?). W pewnym momencie Holden wyznaje swoją miłość i rzeczywiście, okazuje się, że, tak jak często się to argumentuje, jedna strona chciała czegoś więcej, więc o przyjaźni nie mogło być mowy. Wracamy więc do punktu startu i tego, że będzie to jednak film o smutku i żalu. Chwilę później okazuje się, że Alyssa jednak odwzajemnia uczucie i wydaje się, że będzie to opowieść o szczęśliwym związku, który powoduje pewne napięcia w relacjach poza nim (koleżanki Alyssy, Banky...) aż do kolejnego odkrycia...

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis (który streszcza jakąś godzinę i piętnaście minut z filmu, który trwa niecałe dwie) może brzmieć jakbym podchodził do tej historii lekceważąco. Nie zrozumcie mnie źle. Mój problem z tego filmu brał się z kilku rzeczy:

1. Bohaterem, którego najmniej polubiłem był Holden, a to z nim jako widz dane mi było spędzić najwięcej czasu.

2. Przez obecność i zwerbalizowanie różnych stereotypów czy to rasowych czy seksualnych w rozmowach bohaterów, długo nie mogłem wykryć jaki stosunek do tematu ma sam Smith, co utrudniało mi odbiór, bo nie wiedziałem czy już się oburzać (bo w końcu jestem lewakiem, więc rozmowa o tym, że przez lesbijski seks nie pozbywasz się dziewictwa mi nie leży), czy może jednak ostatecznie wyjdzie na moje. Duże znaczenie ma też fakt, że film powstawał w roku 97, kiedy w knajpach wciąż najwyraźniej można było palić, a różne ruchy emancypacyjne były już co prawda aktywne od wielu lat, ale jeszcze nie tak obecne w publicznej debacie (bo internet?), w związku z czym dyskusja na tematy inności miała jednak inny charakter.

Trzeci mój problem z odbiorem tego filmu brał się z tego, że wiele z pojawiających się postaci, chociaż stara się mówić własnym głosem i teoretycznie dąży do autonomii, jest jednak ucieleśnieniem stereotypu. Teraz będę głośno myślał:

- czarnoskóry przypomina Malcolma X, propsuje czarnych, mówi o białych jako o ciemiężcach, politykę rasową dostrzega w Gwiezdnych Wojnach
wolta: Hooper okazuje się być gejem, a jego agresywna postawa częścią wizerunku narzuconego przez wydawcę, żeby zwiększyć, czy w ogóle umożliwić sprzedaż jego komiksu

- Alyssa jest lesbijką, która "nawraca się", kiedy poznaje odpowiedniego faceta
wolta: ostatecznie okazuje się, że Alyssa eksperymentowała z obiema płciami, a wizerunek lesbijki utrzymywała dla... akceptacji pewnych grup społecznych? Co prowadzi nas do kolejnego punktu, czyli...

- lesbijki wspierają się, dopóki nie okazuje się, że któraś zaczęła spotykać się z facetem, wtedy ich entuzjazm drastycznie spada, pada tekst "Another one bites the dust", sugerujący, że takie przypadki zdarzały się już wcześniej, a "inna pośród innych" ostatecznie zostaje wyłączona z grupy... czyli bycie lesbijką przedstawione zostaje w zasadzie jako konstrukt społeczny, którego wizerunek wymaga ochrony, a wszelkie odstępstwa od normy są natychmiast usuwane...
wolta: brak, znaczy to że obecność Alyssy w grupie od początku opierała się na ukrywaniu pewnych faktów, by zyskać akceptację - przykre

- mająca najbardziej homofobiczne zapędy osoba, atakująca werbalnie okazuje się być (wolta) ukrytym gejem albo przynajmniej mieć problemy ze swoją tożsamością seksualną, nie tak oczywiste jak w "American Beauty", ale w tym samym tonie

Trzeci problem można zasadniczo podsumować w ten sposób: nawet jeśli koniec końców bohaterowie okazują się nie tak bardzo stereotypowi, a puentą jest pochwała indywidualnego podejścia do seksualności i człowieka, to przez długi czas można odnieść wrażenie, że najpierw są oni szufladkowani, żeby potem z tej szufladki uciec czy wręcz ją rozsadzić. Pytanie brzmi: przez kogo są szufladkowani w pierwszej kolejności? Nie przez siebie, bo właściwie poza głównym bohaterem i ewentualnie jego przyjacielem w filmie nikt nie przechodzi zmiany. Czy jest to więc stereotypowy sposób patrzenia widzów, którym najpierw pokazywane są rzeczy znane z wyobrażeń, by następnie te wyobrażenia zniszczyć, zastępując je czysto ludzką refleksją? Czy może są to konstrukty typowo filmowe, wykreowane po to, żeby wprowadzić do scenariusza konflikty, wynikające z sytuacji rozpoznawalnych? Nie mam odpowiedzi, mam tylko pytania.

Moim ostatnim problemem z "W pogoni za Amy", być może największym, jest główny bohater. Holden jest w gruncie rzeczy konserwatywnym mężczyzną, nawet jeśli w pierwszej chwili nie czuje niechęci do homoseksualistów (z jednym kumpluje się, zanim poznajemy go w filmie). Sama idea lesbijki, nie odrzuca go głównie dlatego, że dostrzega w tym realizację mitu dziewicy, co widać też w przytoczonej wcześniej rozmowie o utracie dziewictwa podczas lesbijskiego seksu. Problemem jest więc dla niego nie odkrycie nie stricte homoseksualnej przeszłości jego partnerki, a raczej fakt, że ktoś "ją miał" przed nim. Co gorsza, nawet gdy jego podejście zostaje skrytykowane przez Hoopera oraz Silent Boba (który wyjawia nam też stanowisko samego reżysera... jak wyraźniej miałby to przekazać jeśli nie swoimi ustami... [Boba gra Kevin Smith]), nadal przychodzą mu do głowy durne pomysły na rozwiązanie "problemu", który właściwie ma tylko on.

Mimo wszystkiego co moglibyście myśleć o mojej opinii po przeczytaniu powyższej litanii, film mi się podobał i uważam go za cenny, głównie ze względu na walor merytoryczny oraz fakt, że przez swoje szufladkowanie i nieuciekanie od pokazywania stereotypów w często wulgarny sposób, tworzy fundamenty, dla osób, które są w jakiś sposób uprzedzone. Jasne, jest tu sporo skrótów, a część z postaci jawi się jedynie jako puste konstrukty, z którymi nie chcielibyśmy się kumplować w prawdziwym życiu, ale przesłanie jest zacne. Traktujmy każdego jak człowieka i do każdej biografii podchodźmy indywidualnie i bez uprzedzeń.

Jeśli ktoś obejrzy ten film, potem przeczyta, albo najpierw przeczyta, potem obejrzy, a po wszystkim jeszcze będzie chciał ze mną podyskutować, to zapraszam serdecznie. Dobrze się rozmawia o filmach, które coś w nas poruszają... szczególnie, jeśli wywołują autorefleksję. Nawet w lewakach :)