sobota, 24 stycznia 2015

Oscary, czyli po co te nagrody?

Jest mi źle z powodu opuszczenia zeszłotygodniowego wpisu. Mea culpa. Postanawiam poprawę, a że zbliża się sesja, więc warunki do robienia innych niż uczenie się rzeczy, nie mogą być lepsze.

Dziś chciałbym poświęcić chwilę na zbliżające się wielkimi krokami 87. rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Żeby lepiej wczuć się w klimat gali, warto uzmysłowić sobie kto jest odpowiedzialny za werdykty. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego filmy, o których w momencie premiery wiadomo, że odcisną piętno na społeczeństwie zostają pominięte w nominacjach? Albo dlaczego wygrywa dobry, ale tylko dobry film, podczas gdy nominowane są także obrazy wybitne? Możemy to wszystko zrzucić na subiektywizm opinii, chociaż w sumie nie powinniśmy, bo członków akademii są tysiące i wszyscy mogą głosować, powinien więc wygrać obiektywnie najlepszy film... i w zasadzie tak bywa.

Wikipedia donosi, że według badań z 2012 roku przeprowadzonych na grupie 5 tysięcy członków, Akademia to:

"w 94% biali, 77% mężczyźni, 14% ma poniżej 50 lat, a średnia wieku to 62 lata. 33% jej członków to byli zwycięzcy lub nominowani do Oscara"

Czy ktoś nadal uważa, że brak czarnych aktorów w nominacjach, to kwestia grania w "słabych" filmach? Jakoś bliżej mi tym razem do opinii Spike'a Lee, który stwierdził, że jeśli ktoś uważa, że przyznaniem nagrody czarnoskórym aktorom i aktorkom raz na 10 lat załatwi sprawę to jest w błędzie. Istotny głos, zważywszy na to, że na forach internetowych właśnie przypadek zeszłoroczny, gdy wygrał "Zniewolony" oraz Lupita Nyong'o (aktorka drugoplanowa), a nominowany był jeszcze Chiwetel Ejiofor (za aktora pierwszoplanowego), stanowi argument na to, że wszystko jest w porządku, a czarnoskórzy nie są dyskryminowani. Za to najbardziej bawi mnie właśnie argument jakościowy, tzn. aktorzy czarnoskórzy nie są nominowani, bo grali w słabych filmach. Hm... od kiedy Oscar stanowi wyznacznik jakości? Bo według mnie, a nie jestem też osamotniony w tej opinii, od dawna jest nagrodą mocno osadzoną w kontekstach ideologiczno-polityczno-marketingowych. Hej, Harvey Weinstein zdobył Oskara dla swojego filmu, bo wysłał jego kopię każdemu członkowi Akademii. Nie są to jakieś drobniaki, ale dzięki rozgłosowi i właśnie utożsamianiu Oscara z jakimś wyznacznikiem jakości zwróciło mu się pewnie tysiąckrotnie. 

Macie gdzieś w pamięci powracającą co jakiś czas dyskusję o tym, że kobiety w Hollywood nie mają lekko? Hej, może te 77% mężczyzn jakoś to tłumaczy? Bo czego to jest znak. Przecież nie tylko tego, że werdykt podejmują głównie faceci. Świadczy to też o tym, że w biznesie filmowym faceci mają znaczącą przewagę, która daje im władze. Nie oszukujmy się, tak jest. Wiecie, że tylko cztery kobiety były nominowane za najlepszą reżyserię? A tylko jedna wygrała. Trochę zgrzyt nie sądzicie?

Więc jak według mnie będą wyglądały wyniki tegorocznego rozdania. Cóż... 

Spośród nominowanych, najlepszych filmów widziałem raptem połowę i jest to też ta połowa, wśród której nie spodziewałbym się wygranej. Dlaczego? Patrząc na poprzednie lata wygrywają raczej produkcje o tematyce wojennej bądź silnie ideologicznej. Spodziewałbym się więc zwycięstwa "Snajpera", albo "Gry tajemnic", bo nie sądzę, żeby film o ludności afroamerykańskiej mógł wygrać drugi rok z rzędu... nie... to by była przesada.

Z kolei jeśli chodzi o najlepszy film nieanglojęzyczny to:
Dzikie historie - zbyt niepoważne (chociaż dotykają problemów, których doświadczają wszyscy ludzie na caaaałej Ziemi)
Ida - kameralny, humanistyczny, ale właśnie... za mało ideologii (chociaż ostatnio środowiska burzą się, że to "antypolski" film... ok)
Mandarynki - absolutnie magiczny, ale opowiada o konflikcie w miejscu, które niewiele osób potrafiłoby wskazać na mapie, nie sądzę
Timbuktu - ???
Lewiatan - no to jest monumentalne dzieło, na jakie czekaliśmy! I do tego z Rosji! I to jeszcze z tą silną, antyputinowską wymową! To jest dzieło warte Oscara, pokażmy twórcom, że ich popieramy. (poważnie, jeśli Akademicy przyznają nagrodę Lewiatanowi, to będzie to chyba najgłupsza decyzja jaką mogliby podjąć, sam fakt tego, że film o takiej wymowie powstał jest już podejrzany, a gdyby jeszcze wygrał amerykańską nagrodę... Rosjanie na pewno by się uśmiali)

Przykre jest nie to, że Oscary nic nie znaczą i o niczym nie świadczą, ale to, że dużo osób wciąż uważa, że filmy oscarowe muszą być dobre. Oglądałem ostatnio "Foxcatchera" i chociaż jakoś do mnie trafił, to była to produkcja "skrojona pod Oscary". Sam fakt istnienia takiego określenia, które na pewno słyszeliście, świadczy o tym, że wystarczy spełnić kilka warunków, żeby dostać nominację czy nawet wygrać. Innowacyjności czy odwagi w formie i treści nie ma na liście.

I po raz kolejny czekać będziemy na wyniki, by po raz kolejny na część pokręcić nosem, kilkoma się zdziwić, a jeszcze innymi załamać. A potem minie rok i wszyscy będziemy potrzebować chwili, żeby przypomnieć sobie "co też w zeszłym roku wygrało?", chociaż świetnie pamiętać będziemy filmy, które zostały pominięte.

Smuteczek.



sobota, 10 stycznia 2015

Postanowień moc, czyli noworoczne ściemy

Jak co roku w styczniu stajemy w obliczu noworocznych postanowień. Moim zadaniem na ten rok jest przeczytanie 52 książek, czyli czytanie jednej książki tygodniowo. Póki co idzie dobrze, a książkę z tego tygodnia mam już przeczytaną, ale zastanawiam się co to będzie, kiedy zacznę czytać rzeczy grubsze niż 200 stron.



Koleżanka zaprosiła mnie z kolei do wyzwania filmowego organizowanego bodajże przez fanpage Obejrzę dzisiaj dobry film, które to polega na tym, żeby obejrzeć 50 filmów, każde z innej beczki, np. "film Bergmana", "debiut polskiego reżysera", "Idę". Odrzuciłem zaproszenie, gdyż stwierdziłem, że wyzwanie to dla mnie żadne. I nie chcę brzmieć jak buc, po prostu, sprawdzając jego adekwatność, sprawdziłem co by było, gdybym robił je w zeszłym roku. Zdecydowaną większość "warunków" stawianych przez poszczególne punkty spełniłem, części nie mam raczej ochoty spełniać (np. nie ciągnie mnie do powtórnego obejrzenia "Idy", choć to dobry film), a niektóre mają u mnie inny charakter. Na przykład na liście tej znajduje się punkt "Obejrzeć film Woody'ego Allena". Uważam go za co najmniej nietrafiony, bowiem od kilku lat Allen wypuszcza swoje filmy taśmowo co roku, bywa że po kilka ("Blue Jasmine" w lutym "Magia w blasku księżyca" w sierpniu bodajże), zatem obejrzenie produkcji tegoż reżysera nie jest żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że od kilku lat cieszą się ona rosnącą popularnością. Pytanie brzmi do kogo to wyzwanie jest skierowane? Trochę dziwię się, gdy co raz większa ilość moich znajomych dołączą do tego wydarzenia, bowiem bywa że są to ludzie, o których filmowym obeznaniu mam niekiedy większe mniemanie niż o swoim.

Stawianie sobie sztucznych wymagań, zabija trochę przyjemność z obcowania z filmem. Pamiętam, jak kilka lat temu, mniej więcej w tym samym czasie, gdy obejrzałem w końcu "Milczenie owiec" stwierdziłem, że nie ma już filmów, które muszę obejrzeć. Nie ma już takich klasyków, których bym nie widział. Oczywiście myślałem w kategoriach współczesnego kina popularnego i prawdopodobnie nie bardzo się myliłem, aczkolwiek do dziś uważam, że liczba "klasyków", których nie widziałem jest co najmniej zatrważająca i powinienem codziennie próbować ją odrobić. To co chcę napisać, to to, że mimo stwierdzenia przeze mnie faktu wyczerpania źródła, ciągle jakoś skakałem między filmami, dołączając kolejne pozycje. Często robiłem to w skutek ukrytych, bądź jawnych odniesień wewnątrz tych dzieł, często w wywiadzie z jakimś twórcą padało nazwisko lub tytuł, które nie było mi znane i tak do nich docierałem. Na przykład podczas mojej fascynacji twórczością Woody'ego Allena poznałem kilka filmów Bergmana, po które pewnie bym nie sięgnął, gdybym nie czuł takiej wewnętrznej potrzeby. Z kolei gdyby nie negatywna recenzja "Stalkera" Tarkowskiego, którą wygłosiła moja nauczycielka chemii z gimnazjum, dużo później bym to obejrzał, podobnie w przypadku "Solaris" i prezentacji maturalnej. W takich listach czai się zagrożenie. Polega ono na tym, że chcąc "poszerzać horyzonty" zniechęcimy się do filmów, które w innym kontekście mogłyby nam się wydać wybitne. Dlatego, jeśli ktoś chce traktować je poważnie, warto zastanowić się czy nam ono pasuje. Mój plan jest taki, żeby w okolicach lipca zajrzeć na tę listę i sprawdzić ile punktów udało mi się zrealizować. Pech jest taki, że już ją przeczytałem i teraz przy każdym seansie mam wrażenie, że podświadomie się nią kieruje, bo w Biedronce kupiłem już Bergmana i Felliniego, a z Zuzą obejrzałem "Człowieka z kamerą" i "Szaradę" z Audrey Hepburn.



Nie odbiegając za bardzo od tematu, ale też zbytnio w nim nie grzęznąc, pierwszą książką, którą przeczytałem w tym roku była "Godzina Zemsty" ang. "Point blank!" a.k.a "The Hunter" autorstwa Richarda Starka a.k.a Donalda Westlake'a (heh). Wspominam o tym, gdyż jest to czarny kryminał, na którego podstawie powstały dwa filmy, z którego co najmniej jeden jest klasyczny, a drugi bardzo lubię. Pierwszy to "Zbieg z Alcatraz"  (1967) z Lee Marvinem, drugi to "Godzina zemsty" (1999) z Melem Gibsonem. Co mnie zaszokowało, otóż sięgnąłem po książkę po tym jak obejrzałem "Zbiega..." i fabuła okazała się bardzo podobna do "Godzin zemsty", które znam od lat i bardzo lubię z uwagi na specyficzny retro-klimat. Historia podobna, ale nie taka sama, szybki research dostarczył informacji, że oba te filmy bazują na tej samej książce, która szczęśliwie znajdowała się na półce w pobliskiej bibliotece. Zaintrygowany skąd się wzięły różnice między filmami (od imion bohaterów po rozwiązania fabularne), chciałem poznać oryginał i dowiedzieć się kto ma rację, kto to zrobił "wierniej". Co się okazało? Odpowiedź brzmi: nikt.



Adaptacje "Huntera" są o tyle ciekawym przypadkiem, że gdyby dzisiaj ktoś postanowił zrobić kolejny film na podstawie tej książki i był niezwykle wierny zawartej w niej historii, to powstałby trzeci film zupełnie różny od poprzednich i nie powiedziane, że lepszy. "Zbieg z Alcatraz" jest bowiem dzieckiem swoich czasów, niby brutalny, ale jednak z tą mocno teatralną przemocą, dziwnymi rozwiązaniami w rodzaju tortur w "żabkującym" samochodzie (ci którzy mają prawo jazdy wiedzą o co chodzi) i fabułą, która rozwija się troszeczkę niewiarygodnie. "Godzina zemsty" z kolei odwołując się właśnie do stylistyki retro wychodzi poza swoje czasy i jest filmem, który nie zestarzeje się tak szybko. Doświadczenie obcowania z tymi trzema tekstami kultury po raz kolejny napełniło mnie przekonaniem, że filmowcy mają pełne prawo majstrować przy literaturze. Ani bowiem książka nie straciła nic ze swojego uroku, ani filmy na tym, że mają odstępstwa od książki. Prawda, która jest dobrze znana, ale, którą miło co jakiś czas odkrywać na nowo.



Informacje parafialne:
Razem z Patrykiem powróciliśmy do "W obiektywie", które tym razem mamy zamiar prowadzić regularnie i z pomysłem. Będzie to blog oraz fanpage, na których będą się pojawiały nowiny o filmach, dyskusje o nich (między nami) a także zwiastuny opatrzone autorskimi komentarzami. Zachęcam do śledzenia:
https://www.facebook.com/obiektyview


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Co nowego w 2015, czyli filmy, na które czekam (przynajmniej na początku roku)

Jako, że rok 2014 został już podsumowany, można z czystym sumieniem i świeżym spojrzeniem zerknąć na premiery nadchodzące w 2015. Tak się jakoś złożyło, że kiedy próbowałem sobie uświadomić na jakie filmy czekam, wyszło mi raptem kilka tytułów z czego większość wejdzie na ekrany kin w styczniu, a część już w ten piątek. Co to za filmy?

UPROWADZONA 3 - premiera 09.01


Lubię Liama Neesona, który ostatnimi laty grywa podstarzałego, ale wciąż ruchliwego i nie kłaniającego się kulom zabijakę. Zaczęło się w "Uprowadzonej", kontynuację mieliśmy w różnych "Tożsamościach" i "Drużynach A", a przenieść ten typ postaci próbowano (z sukcesem) w "Non-stop". To trochę taka sytuacja, jak w klasycznym kinie hollywoodzkim, kiedy to można było iść na film z Humphreyem Bogartem, wiedząc czego się spodziewać. "Uprowadzona 3" prawdopodobnie będzie filmem średnim i do zapomnienia (odpowiadają za nią bowiem ludzie od części drugiej, która była w porządku, ale nic poza tym), ale zwiastun, realizujący wszystkie schematy kino akcji, z one-linerem puentującym całość zachęcił mnie do tego stopnia, że nie dość, że co jakiś czas włączam go ponownie, to zdecydowałem się przez niego na obejrzenie części drugiej.

Mimo że ostatnio otworzyłem się na kino europejskie, to wciąż lubię sobie obejrzeć schematyczny film akcji. Wczoraj oglądałem na przykład "Pamięć Absolutną" i do dziś dostarcza mi ona rozrywki. See you at the party Richter!

ZWIASTUN UPROWADZONA 3


FOTOGRAF - premiera 09.01


Po polskich premierach roku 2014 jestem pełen nadziei co do premier roku 2014. Zapowiada się interesująco. Przede wszystkim wygląda na to, że nastąpiła jakaś zmiana, jeśli chodzi o podejście do tematów i więcej mamy kina gatunkowego (głównie kryminałów). Warty uwagi może okazać się fotograf, o którym nie wiem zbyt wiele, ale zwiastun nawet zachęca, co w przypadku polskich zwiastunów bywa niestety rzadkie. No i gra tam Tomasz Kot, którego zawsze dobrze się ogląda.

FOTOGRAF - ZWIASTUN


BIRDMAN - premiera 23.01


Michael Keaton zagrał w "Soku z Żuka", dwóch "Batmanach" i przepadł. Zupełnie jak bohater "Birdmana", który kiedyś "był" znanym superherosem, a teraz próbuje sobie poradzić z zapomnieniem pisząc, reżyserując i grając w sztuce.
Film Alejandro Gonzáleza Iñárritu zapowiada się jako intrygująca satyra na hollywood, a w zalewie filmów o superbohaterach wydaje się być jeszcze bardziej warty obejrzenia.

ZWIASTUN - BIRDMAN


ZIARNO PRAWDY - premiera 30.01


Borys Lankosz w pełnym metrażu zadebiutował "Rewersem" filmem, który 5zkawałekiem lat temu zaskoczył mnie jako "mało polski". Bo faktycznie nie był to film polski, do jakiego byłem wówczas przyzwyczajony, czyli dramat społeczny, który trudno się ogląda. Film Lankosza wciągał fabułą, która miała kryminalne podłoże i kreacjami aktorskimi Jandy, Buzek i Dorocińskiego.
Teraz Lankosz powraca z kryminałem pełną gębą, po którym możemy spodziewać się równie dobrych ról (gra tam chociażby Więckiewicz czy Jakubik), ale i wreszcie porządnego kina gatunkowego. Czyżby odmiana losu jakaś?

ZIARNO PRAWDY - ZWIASTUN


KINGSMAN: TAJNE SŁUŻBY - premiera 13.02


W nosie mam Twarze Greya, na które czeka dużo filmwebowiczów. Kingsman i biegający z pistoletem Colin Firth, to jest to co warto zobaczyć. Za scenariusz i reżyserię odpowiada Matthew Vaugh, facet, który dał nam "Kick-assa" oraz "X-Men: Pierwszą Klasę". Grają tam Colin Firth, Michael Caine, Mark Strong i Samuel L. Jackson, a całość opowiada o tajnej organizacji, która zrzesza gentlemenów-agentów posiadających takie zabawki jak karabin w pistolecie. Jak można przejść obok tego obojętnie!?

KINGSMAN - RED BAND TRAILER


A w kwietniu polecam rosyjski "Dystans", który obejrzałem wczoraj z okazji Tournee Nowych Horyzontów w Kinie Muza w Poznaniu, a które jest tak porąbane, a przy tym tak zabawne, że naprawdę warto się tym zainteresować. Choć trzeba wiedzieć, czego można się spodziewać, ale jeśli zdanie: "Przetrzymywany w opuszczonej syberyjskiej elektrowni artysta zleca karłom-telepatom kradzież tytułowego przedmiotu" zachęca was bardziej niż zniechęca, to polecam serdecznie ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Czas podsumowań, czyli filmowe Top10 roku 2014

Po świąteczno-noworocznym czasie posuchy i w obliczu pojawiających się rozmaitych podsumowań, przyszedł czas bym i ja wyraził swoją opinię, jeśli chodzi o najlepsze filmy roku 2014. Gdy patrzę na statystyki, to niby nie jest dobrze, bo moje oceny były mniej entuzjastyczne niż w latach ubiegłych, ale z drugiej strony obejrzałem w tamtym roku dużo więcej filmów i stałem się też chyba trochę bardziej świadomym widzem (a przynajmniej chciałbym tak myśleć).

Na dniach prawdopodobnie ukaże się podsumowanie, które zrobię wspólnie z moim kolegą Patrykiem, a w którym postaramy się trochę podyskutować o punktach zbieżnych (których już teraz wiem, nie będzie dużo). Tymczasem, przedstawiam wam bardzo subiektywny wybór dziesięciu filmów, które po 2014 roku zostały we mnie na dłużej (kolejność raczej przypadkowa).


1. BOYHOOD


Tu mowy o przypadku być nie może. Richard Linklater (twórca trylogii "Przed Wschodem/Zachodem Słońca/Północą") ukończył nie tylko wielce interesujący eksperyment artystyczny (kręcąc film przez 12 lat), ale stworzył jednocześnie dzieło, przed któremu chyba najszybciej przysługuje przedrostek "arcy".

Linklater pozostaje w charakterystycznym dla siebie stylu: powolnej narracji, zabawnych, inteligentnych dialogach, fabule będącej blisko życia. To właśnie ta bliskość historii, jest tym co tak w jego filmie urzeka. Oglądamy zwyczajnie życie, zwyczajnej rodziny na przestrzeni 12 lat. Są małe radości i małe tragedie. Rozstania i powroty, a wszystko to połączone jest z widokiem dojrzewającej pary aktorów Ellera Coltrane'a i Lorelei Linklater (córki reżysera). To po nich najbardziej widać upływ czasu i jest to też coś co jakoś zaskakuje podczas seansu. Nigdy dotąd nie mieliśmy do czynienia z faktycznym starzeniem się bohaterów. Znacie ten chwyt, kiedy żeby pokazać młodość bohatera, albo jego starość, bierze się po prostu innego, młodszego aktora, albo używa efektów specjalnych by kogoś odmłodzić lub postarzeć (jak w Benjaminie Buttonie, gdzie nastoletni Brad Pitt dostał na twarz za dużo filtrów, przez co wyglądał jak porcelanowa lalka). Tutaj widzimy tych samych ludzi, którzy robią się co raz starsi. W tej realności procesów, Linklater pokazuje nam w zasadzie prawdziwe życie i jest w tym jakaś energia, która sprawia, że po seansie nie chce się wychodzić z kina. Młodość bohaterów, ich plany i marzenia napawają optymizmem, a trzy godziny znikają nie wiadomo kiedy.

Gorąco polecam film, szczególnie jeśli ktoś zna wcześniejszą (lub późniejszą w pewnych momentach) twórczość Linklatera i wie, że jest to styl, który mu się podoba. Prawdopodobnie najważniejszy film ubiegłego roku.


2. MANDARYNKI


O filmie Zazy(Zazego?) Urushadze pisałem już trochę podczas Zwierzowego wyzwania. To film, dzięki któremu otworzyłem się na kino europejskie, bo pokazuje, że można w kameralnych warunkach zrealizować poruszającą i skłaniającą do refleksji opowieść. W "Mandarynkach" przez większość czasu obserwujemy tylko czterech bohaterów. Dwóch Estończyków, którzy w przeciwieństwie do ich pobratymców nie opuścili konfliktowych terenów, ze względu na mandarynkowy sad, na którym chcą zarobić. Wkrótce, odnajdując rannych żołnierzy, przygarną pod jeden dach Gruzina i Abchaza, czyli dwóch wrogów, którzy będą mieli spore kłopoty, by zdławić wzajemną nienawiść i się nie pozabijać.

"Mandarynki" to pacyfistyczny w wydźwięku film, który pokazuje do jakich głupot są zdolni ludzie w imię idei, które po bliższym spojrzeniu okazują się być bezwartościowe. Jeśli ktoś nie czuje się zachęcony, pozwólcie mi tylko dodać, że film ma naprawdę świetną muzykę, bardzo ładne zdjęcia, a aktorom udaje się oddać wszystkie emocje, jakie drzemać by mogły w ludziach w ich sytuacji.


3. SEKRETNE ŻYCIE WALTERA MITTY


Film z gatunku "moje", tzn. spokojny, zabawny i inteligentny, ale także refleksyjny i blisko życia. To taki film, który może wynudzić, jeśli nie osiągasz pewnych stanów emocjonalnych. Co ciekawe główną rolę, ale także reżyserię całości dzierży Ben Stiller, który poradził sobie fenomenalnie, zgrabnie łącząc nastroje i zagrywając kolejne raz zabawne, raz bardziej przykre tony, nadające tempa opowieści.

Bohaterem jest Walter Mitty, pracownik archiwum negatywów magazynu LIFE, który lubi zagłębiać się w świat swoich wyobrażeń i często śni na jawie. W obliczu zakończenia "papierowej" działalności magazynu, Mitty musi zdobyć negatyw, który ma uświetnić okładkę ostatniego numeru czasopisma. W tym celu rusza w pełną przygód podróż, tropem legendarnego fotografa, który na zaginionym negatywie uchwycił rzekomo "The essence of life".

Ja zakochałem się w tym filmie od pierwszego wejrzenia, a z sali kinowej wychodziłem stąpając 30 centymetrów nad ziemią, tak bardzo podnoszący na duchu jest to film. Polecam go serdecznie, zwłaszcza marzycielom.


4. WIELKIE PIĘKNO


Film Sorrentino również jest nieśpieszny, zabawny i inteligentny, ale jakoś nie ciągnie mnie do jego powtórnego obejrzenia, tak jak nie ciągnie mnie z powrotem do "Osiem i pół" Felliniego, a porównanie to jest nieprzypadkowe. Reżyser portretuje tu wieczne miasto i snuje rozważania na temat życia i śmiertelności oraz sensu tego wszystkiego. Wszystko to, okrasza pięknymi zdjęciami i zaskakującą czasem muzyką, łącząc świat starych mistrzów z duchem współczesności. Film warty uwagi, szczególnie, że został doceniony przez krytyków i różniste jury.


5. LEGO PRZYGODA


To film, który duży chłopcom pozwala znów bawić się jak dzieci. Paradoksalnie, choć to teoretycznie animacja dla dzieci, to dzieci mogą nie być nią wcale zainteresowane, bowiem "LEGO przygoda" odwołuje się do pewnego doświadczenia, mianowicie zabawy klockami LEGO i wymyślaniem do nich przeróżnych światów i historii. Wszyscy, którzy ten okres mają ją za sobą z nostalgią spojrzą na film Phila Lorda i Christophera Millera (twórców "Klopsików i innych zjawisk pogodowych" - również polecam) i będą śmiać się do łez z różnych popkulturowych żarcików.

Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów klocków.


6. JEZIORAK


O tym filmie też już trochę pisałem.
Choć był to film o licznych niedoszlifowaniach, to jednak napełnił mnie nadzieją w lepszą przyszłość i odrodził we mnie uczucia patriotyczne. Michał Otłowski pokazał, że w Polsce można zrobić klimatyczne i ciekawe kino gatunkowe. Mroczny kryminał ze snującą się po Mazurach Jowitą Budnik, w roli ciężarnej policjantki zostaje w pamięci i z jednej strony zawiesza poprzeczkę innym polskim twórcom, ale z drugiej przeciera im dawno zapomniany szlak. Byle tylko zaczęto z niego korzystać.


7. GOŚĆ


O takie thrillery walczyliśmy! Lubię czasem zbaczać z głównego nurtu i zaglądać jak do tych samych schematów podchodzą twórcy nie tak zamożni i znani. To właśnie w takich kameralnych zagłębiach rodzą się najlepsze pomysły (coś jak z polskimi filmami i muzyką za czasów cenzury - im jest trudniej, tym lepsze efekty). "Gość" to thriller, który buduje napięcia, chociaż niewiele się w nim dzieje. Znaczna część filmów to po prostu rozmowy i wymiana spojrzeń, ale jak to działa! Dan Stevens w roli psychopatycznego gościa jest po prostu świetny. Typ macho, któremu nie wiadomo o co chodzi, ale któremu się kibicuje, bo w sumie pomaga słabszym. A gdy w końcu dowiadujemy się co jest grane... ło państwo! To też film, na który nie przygotowuje zwiastun, bowiem mamy w nim praktycznie wszystkie sceny akcji. Ale to nie ważne, bo nie o akcję tu chodzi. Najważniejsze jest napięcie i pewna swoboda z jaką twórcy traktują wykreowany przez siebie świat i bohaterów. Kończący film tekst, podsumowuje prawie całkowicie wrażenia, jakie towarzyszą podczas seansu.


8. SŁOWO NA M (trochę ex aequo z "Rogami")


Rok 2014 jest ważny, bo odkrył dla nas na nowo Daniela Radcliffe'a. Facet, który w "Harrych Potterach" nie był najlepszym z młodocianej trójcy aktorskiej "Słowem na M" i "Rogami" udowodnił, że jest aktorem ciekawym i poszukującym. I za to drugie ogromny szacunek, bowiem Radcliffe nie daje się zaszufladkować. "Słowo na M" to przyjemna komedia romantyczna, trochę w stylu "Kiedy Harry (hehe) poznał Sally". Daniel poznaje Zoe ( ah Zoe :3) i zostaje zepchnięty do czeluści, przed którą uciekają licealiści chcący zaliczyć, czyli FRIENDZONE! Ale jakże ciekawie jest to pokazane. Jesteśmy w stanie uwierzyć w relacje bohaterów i to w jaki sposób ze sobą rozmawiają, bo sami prowadzimy takie rozmowy (przynajmniej niektórzy z nas). Jesteśmy w stanie uwierzyć w rozwój wypadków, bo nikt nie sili się tam, na jakieś niesamowite happy zwroty akcji, gdyż w życiu zdarzają się ona rzadko, a jeśli już zachodzą, to zwykle średnio się udają. I to wszystko jest w tym filmie. Chętnie kiedyś do niego wrócę i w sumie nie obraziłbym się, gdybym miał go na swojej półce.

Co do "Rogów", napisałem recenzje: http://www.filmweb.pl/reviews/Sympathy+for+the+Devil-16707


9. FACET (NIE)POTRZEBNY OD ZARAZ


Przyznaję, że wyborem tego filmu powodowała decyzja natury ideologicznej. Wielka niesprawiedliwość została bowiem popełniona. Film, który nie jest komedią romantyczną, jako taka był promowany i więcej nawet, jego premiera została opóźniona o jakieś dwa miesiące, żeby wszedł na ekrany w walentynki. Skandal.

Jest to smutne, ponieważ poszli na niego ludzie, którzy normalnie kijem by go nie tknęli, z kolei ci, którzy mogli być zainteresowani nie zobaczyli go, myśląc, że to kolejna "tvnowska" produkcja robiona dla pieniędzy. Weronika Migoń autorka filmu (i oby ta pani nakręciła coś jeszcze) spróbowała zrobić coś, czego w Polsce się raczej nie robi. Nakręcić prostą, bliską wielu kobietom zapewne historię, o bohaterce, która rozlicza się ze swoją przeszłością. Mądry film, który miał wiele wad i niedoróbek, ale nie silił się na lukrowaną sztuczność i tym mnie chyba zdobył, bo chociaż nie oceniłem go szczególnie wysoko, to przypomniałem sobie o nim a propos takiego właśnie zestawienia. Naprawdę gorąco polecam, ale nie jeśli szukacie filmu do obejrzenia ze swoimi partnerami/kami. Co nie znaczy, że nie możecie tego wspólnie obejrzeć, ale z odpowiednim nastawieniem.


10. BABADOOK


Trochę na wcisk, ale jak nie oglądam horrorów, tak ten bardzo mnie zaintrygował, a po obejrzeniu zrobiłem ciche "wow". Pogrywający sobie ze schematami, bardzo klimatyczny i kameralny (akcja praktycznie nie wychodzi poza jeden dom i dwójkę bohaterów), ale jeśli straszy to konkretnie. Nie chciałbym dostać książeczki, którą znajduje główny bohater...


Bardzo chciałem na tej liście umieścić "Whiplash", który udało mi się zobaczyć jeszcze w roku 2014, ale który w polskiej dystrybucji jest od dwóch dni, wiec raczej się nie kwalifikuje. Będę musiał poczekać do kolejnego roku, tymczasem polecam go serdecznie, bo seans jest ogromnym przeżyciem.