Wróciłem właśnie z seansu "Niesamowitego Spider-Mana 2" i muszę stwierdzić, że spodziewałem się czegoś lepszego. Nie mówię, że film był zły, bo byłaby to nieprawda. To rozrywka na przyzwoitym poziomie, z tym, że rozrywka, w której czegoś brakuje. Może to problem wszystkich części drugich, ale mam wrażenie, że co raz częściej są one traktowane jako coś co musi powstać, zarobić pieniądze i otworzyć furtkę części trzeciej, która to będzie zakończeniem jakiejś trylogii, może początkiem spin-offów, ale generalnie będzie tak niesamowita, że pozamiata i zamknie usta malkontentom. Stąd też, najczęściej, drugie części to takie pomosty, w których wszystkiego jest więcej, ale które wypchane efektami i wątkami tracą to, co czyni film wartym zapamiętania, czyli charakter. I choć myślę, że nie jest to do końca problem Spider-Mana, to sądzę, że byłby to lepszy film, gdyby zrezygnować z mnogości przeciwników i ścieżek narracji, a zamiast tego skupić się na zgrabnym utkaniu tej jednej, która jest w nim główną osią fabularną.
Jeśli chodzi o samo "tkanie", to od pewnego czasu, prawdopodobnie od kiedy zacząłem pisać recenzje, jest ono dla mnie źródłem licznych utrudnień. O co chodzi? Żyjemy w czasach, w których trudno jest mówić o oryginalności, a uznanie zdobywają twórcy, którzy potrafią tak poukładać znane elementy, żeby powstała w ten sposób budowla dawała poczucie pewnej świeżości. Stąd chociażby sukces Quentina Tarantino czy Wesa Andersona. Temu drugiemu poświęcę chyba zresztą osobny wpis, więc nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Wracając do tematu. Oglądając wysokobudżetowe produkcje, zwłaszcza dzisiaj, gdy zdarza się, że filmy te są tylko kolejnymi odcinkami, jakiegoś kinowego "serialu" (jak to ma miejsce chociażby w przypadku produkcji Marvela), często przymyka się oko na jakość, dążąc do zwiększenia ilości. I mimo tego, że rzadko dostajemy filmowe nieporozumienia występujące pod znanym tytułem, to sytuacje, w których otrzymujemy pozycję przeciętną są już całkiem częste. To trochę tak jak z kolejnymi filmami Luca Bessona. W ciągu ostatnich dziesięciu lat powstało ponad dwadzieścia filmów, na podstawie jego scenariuszy. Przy takich ilościach, niemożliwością jest, by wszystkie pomysły były oryginalne. I faktycznie, miałem okazje obejrzeć kilka z tych produkcji i za każdym razem były to typowe dla gatunku fabułki, w których to najczęściej autor dążył do tworzenia kolejnych pretekstów dla bójek i strzelanin, bo w nich liczy się efektowność, a nie to czy są przemyślane czy nie. A my, biedni widzowie, chodzimy do kin, wydając pieniądze, na oglądanie nowych odsłon, tych samych historii.
Mam świadomość, że filmy odwołują się do siebie nawzajem i często korzystają z tych samych, sprawdzonych rozwiązań. Czasem jest to zaleta, a ja osobiście czerpię dużą radość z wyszukiwania cytatów czy odniesień (dlatego tak mi się podobała "LEGO: Przygoda"). Jednak gdy oglądając film, widzę, że twórcy równocześnie mrugają okiem do widzów, czy zwracają uwagę na "sztampowość" jakiejś czynności (chociażby przez wypowiedzi bohaterów), a chwilę potem sami tej sztampy używają, żeby pchnąć dalej swoją opowieść, to jest to trochę tak, jakby było się na spacerze, z kimś kto się nam podoba, mając w bucie kamyk. Nie wyciągniemy kamyka, bo możemy przeżyć dyskomfort, ceniąc bardziej mile spędzane chwile, ale idealnie byłoby, gdyby miłe chwile obywały się bez obecności kamyka. Tylko że pozbywanie się kamyków, to wbrew pozorom, wyższa szkoła jazdy. Dlatego jesteśmy w stanie wybaczyć twórcom pewne skróty, a jednocześnie tak nas cieszą sytuacje, gdy nic nas w butach nie uwiera.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
SPOILER ALERT, czyli dlaczego niebezpiecznie jest oglądać to co wszyscy?
Kolejny poniedziałek, kolejne odcinki popularnych seriali. Choć "Californication" oglądam z litości połączonej z ciekawością (producenci w tej chwili skaczą z radości), to "Grę o Tron" muszę obejrzeć dzisiaj i do tego rano, bo kto wie czy po obiedzie na Facebooku nie zobaczę spoilera z najnowszego odcinka.
Niektórym nie przeszkadzają spoilery. Mojej dziewczynie na przykład. Można jej opowiedzieć cały film, a ona i tak go obejrzy z zaciekawieniem. Zazdroszczę jej tego. Mój tata kiedyś opowiadał mi filmy. Opowiedział mi na przykład wszystkie części "Obcego", kiedy byłem jeszcze za mały, żeby je obejrzeć. Nie miałem mu tego za złe. Opowiedział mi dużo filmów i choć pamiętam tylko o obcym, to czasem oglądając jakiś, mam wrażenie, że już to znam, choć jestem pewny, że widzę go po raz pierwszy. Nie przeszkadza mi to jednak w seansie, tak jak znajomość Obcego nie przeszkadzała mi w odczuwaniu ziejącego z ekranu napięcia.
Mimo tych doświadczeń nie lubię, kiedy ktoś mi coś zdradza. Można powiedzieć, że trochę boję się spoilerów i unikam ich jak ognia, chyba, że zupełnie nie jestem czymś zainteresowany, albo nie przywiązuję do tego wagi z jakichś innych względów, których teraz nie mogę wymyślić. W popkulturze natomiast powstała pewna kultura spoilowania. Umyślnie czy bezmyślnie, jest tak, że ludzie, którzy zdobędą jakąś informację szybciej, bardzo chcą się nią podzielić ze światem. "Gra o Tron" jest tu idealnym przykładem. Pamiętam, że kiedy jeszcze odwiedzałem 9GAGa musiałem powstrzymywać się od wchodzenia tam w poniedziałek, bo wszyscy ci, którzy obejrzeli odcinek w niedzielę już zdążyli zalać stronę memami. W poniedziałek było ich średnio pięć i to takich, które zdradzały istotne fabularnie momenty. Albo weźmy zeszły tydzień: mój kolega zmienił profilowe na Facebooku, zdradzając główny zwrot akcji czwartego sezonu. Mam nie wchodzić na Facebooka obawiając się spoilerów (fakt, trochę mnie na nim za dużo) czy może nie obserwować potencjalnych "zdradzaczy"?
Nie wiem z czego wynika taki stan rzeczy. Dlaczego ci, którzy przeczytali książki, tak bardzo chcą zdradzić co się stanie tym, którzy oglądają tylko serial? Płynie z tego jakaś przyjemność? Zdradzić coś komuś można przez nieuwagę, chcąc porozmawiać na jakiś temat i posłużyć się przykładem, albo po prostu pytając jak się komuś podobał dany element. Ale z czego wynika umyślne spoilowanie? Pamiętam jak w podstawówce powiedziałem koledze, że nie czytałem jeszcze szóstej części Harry'ego Pottera, tej w której (SPOILER) ginie Dumbledore (/SPOILER). Koleś gonił mnie przez cały korytarz powtarzając, tę informację. Po co? Dziecięca radość z bycia lepszym?
Spoilery mają też taką specyfikę, że są aktualne tylko przez jakiś czas. Na przykład trudno dzisiaj zaspoilować Gwiezdne Wojny. A nawet jeśli się to zrobi, to myślę, że jest to powszechnie wybaczalny fakt, bo wybaczcie, ale jest to kanon kultury popularnej i mieliście całe życie, żeby to zobaczyć... a poza tym Vader to po holendersku "ojciec", więc w sumie wszystko było jasne od początku (bo tacy z nas poligloci). Z jednej strony więc, po pewnym czasie, niektóre informacje wchodzą do wiedzy powszechnej i dlatego wszyscy wiedzą, że Dumbledore ginie, ale kiedy podpisano traktat w Buczaczu to już niekoniecznie. Z drugiej strony te "świeże" spoilery dosyć szybko tracą wartość, bo na przykład wątpię, żeby za miesiąc ktoś jeszcze był zaskoczony tym cliffhangerem, który kończył trzeci odcinek "Gry...". Za to na pewno spoiler z odcinka siódmego, będzie stanowił spore zagrożenie, więc trzymać go ode mnie z daleka!
Niektórym nie przeszkadzają spoilery. Mojej dziewczynie na przykład. Można jej opowiedzieć cały film, a ona i tak go obejrzy z zaciekawieniem. Zazdroszczę jej tego. Mój tata kiedyś opowiadał mi filmy. Opowiedział mi na przykład wszystkie części "Obcego", kiedy byłem jeszcze za mały, żeby je obejrzeć. Nie miałem mu tego za złe. Opowiedział mi dużo filmów i choć pamiętam tylko o obcym, to czasem oglądając jakiś, mam wrażenie, że już to znam, choć jestem pewny, że widzę go po raz pierwszy. Nie przeszkadza mi to jednak w seansie, tak jak znajomość Obcego nie przeszkadzała mi w odczuwaniu ziejącego z ekranu napięcia.
Mimo tych doświadczeń nie lubię, kiedy ktoś mi coś zdradza. Można powiedzieć, że trochę boję się spoilerów i unikam ich jak ognia, chyba, że zupełnie nie jestem czymś zainteresowany, albo nie przywiązuję do tego wagi z jakichś innych względów, których teraz nie mogę wymyślić. W popkulturze natomiast powstała pewna kultura spoilowania. Umyślnie czy bezmyślnie, jest tak, że ludzie, którzy zdobędą jakąś informację szybciej, bardzo chcą się nią podzielić ze światem. "Gra o Tron" jest tu idealnym przykładem. Pamiętam, że kiedy jeszcze odwiedzałem 9GAGa musiałem powstrzymywać się od wchodzenia tam w poniedziałek, bo wszyscy ci, którzy obejrzeli odcinek w niedzielę już zdążyli zalać stronę memami. W poniedziałek było ich średnio pięć i to takich, które zdradzały istotne fabularnie momenty. Albo weźmy zeszły tydzień: mój kolega zmienił profilowe na Facebooku, zdradzając główny zwrot akcji czwartego sezonu. Mam nie wchodzić na Facebooka obawiając się spoilerów (fakt, trochę mnie na nim za dużo) czy może nie obserwować potencjalnych "zdradzaczy"?
Nie wiem z czego wynika taki stan rzeczy. Dlaczego ci, którzy przeczytali książki, tak bardzo chcą zdradzić co się stanie tym, którzy oglądają tylko serial? Płynie z tego jakaś przyjemność? Zdradzić coś komuś można przez nieuwagę, chcąc porozmawiać na jakiś temat i posłużyć się przykładem, albo po prostu pytając jak się komuś podobał dany element. Ale z czego wynika umyślne spoilowanie? Pamiętam jak w podstawówce powiedziałem koledze, że nie czytałem jeszcze szóstej części Harry'ego Pottera, tej w której (SPOILER) ginie Dumbledore (/SPOILER). Koleś gonił mnie przez cały korytarz powtarzając, tę informację. Po co? Dziecięca radość z bycia lepszym?
Spoilery mają też taką specyfikę, że są aktualne tylko przez jakiś czas. Na przykład trudno dzisiaj zaspoilować Gwiezdne Wojny. A nawet jeśli się to zrobi, to myślę, że jest to powszechnie wybaczalny fakt, bo wybaczcie, ale jest to kanon kultury popularnej i mieliście całe życie, żeby to zobaczyć... a poza tym Vader to po holendersku "ojciec", więc w sumie wszystko było jasne od początku (bo tacy z nas poligloci). Z jednej strony więc, po pewnym czasie, niektóre informacje wchodzą do wiedzy powszechnej i dlatego wszyscy wiedzą, że Dumbledore ginie, ale kiedy podpisano traktat w Buczaczu to już niekoniecznie. Z drugiej strony te "świeże" spoilery dosyć szybko tracą wartość, bo na przykład wątpię, żeby za miesiąc ktoś jeszcze był zaskoczony tym cliffhangerem, który kończył trzeci odcinek "Gry...". Za to na pewno spoiler z odcinka siódmego, będzie stanowił spore zagrożenie, więc trzymać go ode mnie z daleka!
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
O trzy sezony za długo, czyli dlaczego wciąż oglądam "Californication"
Stało się. Nadszedł siódmy i zarazem ostatni sezon "Californication". Serialu, który oglądam od gimnazjum i ciągle mam problem, żeby przestać, choć od dłuższego czasu seanse sprawiają mi więcej zawodu niż rzeczywistej radości. Może jednak zacznę od początku.
Pierwszy sezon czarował. To było coś. Sen o Ameryce, szkoła życia i dużo inteligentnych żartów, które choć korzystały często z wulgaryzmów i seksualnych odniesień, pozostawały błyskotliwymi komentarzami na temat społeczeństwa i zachodniej kultury. Któż nie chciał być Hankiem Moodym, jeżdżącym starym porche pisarzem-kobieciarzem, który zmaga się twórczym kryzysem. To był ktoś, z kim można się było utożsamić, bo choć dużo go różniło od szarego człowieka, to problemy miał zwyczajne. Kłótnie z ukochaną, problemy z wychowywaniem córki, czy inne, słabiej akcentowane w serialu, ale ciągle obecne. Serial okazał się hitem nie dlatego, że był szokujący w swoim epatowaniu seksem, moim zdaniem zadecydowała o tym jego szczerość.
Lata mijały, aktorzy się starzeli, co widać była zwłaszcza po odtwórczyni roli Becci, w końcu nie mogła całe życie pozostać nastolatką. W związku z tym sama postać córki pisarza stawała się istotniejsza, a jej nowe problemy związane z dorastaniem i wchodzeniem w dorosłe życie często stanowiły główne wątki poszczególnych odcinków. Oczywiście Hank wpakowywał się w coraz to nowe tarapaty, co chwilę odzyskiwał i tracił Karen, by potem znowu do niej tęsknić i próbować wrócić do jej łask. Stety czy niestety, nadszedł koniec czwartego sezonu, w którym to wszystkie wątki zostały rozwiązane, a bohaterowie ruszyli dalej swoimi ścieżkami. Ostatni odcinek sezonu kończył się kompozycyjną klamrą nawiązującą do sceny otwierającej pilota. Stonesi, porche i odjazd ku zachodzącemu słońcu. Idealne zakończenie... z tym, że to nie był koniec.
Z "Californication" mam trochę tak jak z "Matrixem". O ile przygody Neo kończą się dla mnie na pierwszej części (jedynej właściwej), o tyle "Californication" to dla mnie cztery pierwsze sezony. Potem jest już tylko smutno. Mam jednak wrażenie, że sami twórcy tak myśleli o swoim serialu, bo jak inaczej wytłumaczyć rozpoczynający piąty sezon napis "2 years later", który zrywał ze wszystkim co wprowadził sezon poprzedni, robiąc ogólne przetasowanie i stwarzając możliwości do wprowadzenia nowych bohaterów mających pchać dalej fabułę. Tylko co z tego, skoro ciągle chodziło o to samo, a po drodze zgubił się klimat, będący jednym z aspektów przyciągających widzów. Gdy zderzy się piąty sezon, z którymkolwiek z poprzednich to widać nie tylko zubożenie formy, ale też treści. Był to sezon, w którym żarty były suche i co raz bardziej wulgarne co miało rozwinąć się jeszcze bardziej w sezonie szóstym, w którym seksem charakteryzowało się bohaterów i pchało historię (jeśli w ogóle można powiedzieć, że było tam coś takiego). Bohaterowie zamiast dojrzewać, dziecinnieli, a historia zaczęła pożerać swój własny ogon powtarzając te same rozwiązania. Sam Hank z pisarza zamienił się w wyrobnika-awanturnika, który to pracuje przy filmie, to przy musicalu i cały czar związany z pewną elitarnością zawodu, który wykonywał prysł, zostawiając nas w towarzystwie ludzi, którzy nie reprezentowali już w zasadzie nic konkretnego.
Mimo wszystkich bolączek ostatnich sezonów, zasiadam do nowych odcinków nie tracąc wiary, że choć upadek był potężny, to twórcy zdołają zakończyć serial z godnością i na przyzwoitym poziomie. Nadzieje to pewnie płonne, bo choć po obejrzeniu pierwszego odcinka nie czuję wielkiego niesmaku, to mam wrażenie, że zabrakło już pomysłów, które mogłyby zatrzymać widzów przed telewizorami. Jak śpiewał klasyk "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym", producenci "Californication" przegapili ten moment i teraz mogą liczyć już tylko na oklaski wdzięczności za cztery pierwsze lata i dziękczynne za to, że więcej sezonów nie będzie.
Pierwszy sezon czarował. To było coś. Sen o Ameryce, szkoła życia i dużo inteligentnych żartów, które choć korzystały często z wulgaryzmów i seksualnych odniesień, pozostawały błyskotliwymi komentarzami na temat społeczeństwa i zachodniej kultury. Któż nie chciał być Hankiem Moodym, jeżdżącym starym porche pisarzem-kobieciarzem, który zmaga się twórczym kryzysem. To był ktoś, z kim można się było utożsamić, bo choć dużo go różniło od szarego człowieka, to problemy miał zwyczajne. Kłótnie z ukochaną, problemy z wychowywaniem córki, czy inne, słabiej akcentowane w serialu, ale ciągle obecne. Serial okazał się hitem nie dlatego, że był szokujący w swoim epatowaniu seksem, moim zdaniem zadecydowała o tym jego szczerość.
Lata mijały, aktorzy się starzeli, co widać była zwłaszcza po odtwórczyni roli Becci, w końcu nie mogła całe życie pozostać nastolatką. W związku z tym sama postać córki pisarza stawała się istotniejsza, a jej nowe problemy związane z dorastaniem i wchodzeniem w dorosłe życie często stanowiły główne wątki poszczególnych odcinków. Oczywiście Hank wpakowywał się w coraz to nowe tarapaty, co chwilę odzyskiwał i tracił Karen, by potem znowu do niej tęsknić i próbować wrócić do jej łask. Stety czy niestety, nadszedł koniec czwartego sezonu, w którym to wszystkie wątki zostały rozwiązane, a bohaterowie ruszyli dalej swoimi ścieżkami. Ostatni odcinek sezonu kończył się kompozycyjną klamrą nawiązującą do sceny otwierającej pilota. Stonesi, porche i odjazd ku zachodzącemu słońcu. Idealne zakończenie... z tym, że to nie był koniec.
Z "Californication" mam trochę tak jak z "Matrixem". O ile przygody Neo kończą się dla mnie na pierwszej części (jedynej właściwej), o tyle "Californication" to dla mnie cztery pierwsze sezony. Potem jest już tylko smutno. Mam jednak wrażenie, że sami twórcy tak myśleli o swoim serialu, bo jak inaczej wytłumaczyć rozpoczynający piąty sezon napis "2 years later", który zrywał ze wszystkim co wprowadził sezon poprzedni, robiąc ogólne przetasowanie i stwarzając możliwości do wprowadzenia nowych bohaterów mających pchać dalej fabułę. Tylko co z tego, skoro ciągle chodziło o to samo, a po drodze zgubił się klimat, będący jednym z aspektów przyciągających widzów. Gdy zderzy się piąty sezon, z którymkolwiek z poprzednich to widać nie tylko zubożenie formy, ale też treści. Był to sezon, w którym żarty były suche i co raz bardziej wulgarne co miało rozwinąć się jeszcze bardziej w sezonie szóstym, w którym seksem charakteryzowało się bohaterów i pchało historię (jeśli w ogóle można powiedzieć, że było tam coś takiego). Bohaterowie zamiast dojrzewać, dziecinnieli, a historia zaczęła pożerać swój własny ogon powtarzając te same rozwiązania. Sam Hank z pisarza zamienił się w wyrobnika-awanturnika, który to pracuje przy filmie, to przy musicalu i cały czar związany z pewną elitarnością zawodu, który wykonywał prysł, zostawiając nas w towarzystwie ludzi, którzy nie reprezentowali już w zasadzie nic konkretnego.
Mimo wszystkich bolączek ostatnich sezonów, zasiadam do nowych odcinków nie tracąc wiary, że choć upadek był potężny, to twórcy zdołają zakończyć serial z godnością i na przyzwoitym poziomie. Nadzieje to pewnie płonne, bo choć po obejrzeniu pierwszego odcinka nie czuję wielkiego niesmaku, to mam wrażenie, że zabrakło już pomysłów, które mogłyby zatrzymać widzów przed telewizorami. Jak śpiewał klasyk "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym", producenci "Californication" przegapili ten moment i teraz mogą liczyć już tylko na oklaski wdzięczności za cztery pierwsze lata i dziękczynne za to, że więcej sezonów nie będzie.
sobota, 12 kwietnia 2014
Rozmowy o filmach
Z publicystyką poświęconą filmom jest pewien problem, a mianowicie - brak odzewu. Nie chodzi o to, że dziennikarz, który, na przykład, napisze krytyczną recenzję danego filmu, nie może się zapoznać z opinią twórcy, bo jak wiemy może (vide przypadek reżyserki "Big Love" i redaktora Walkiewicza). Chodzi o to, że o niektórych filmach warto rozmawiać i pozostawienie refleksji o nich jedynie we własnej głowie lub ewentualne napisanie recenzji, nie załatwia sprawy. Niektóre filmy są dziwne, a niektóre tak słabe, że trzeba się tym podzielić z kimś kto je widział i podzieli naszą opinię (bądź wręcz przeciwnie, stanie w opozycji i da tym samym początek ciekawej dyskusji).
Dlaczego o tym pisze? Z dwóch powodów jeden to ankieta, drugi to artykuł o Short Wavesach autorstwa mojego kolegi (polecam zapoznać się z nim przed dalszą lekturą, przynajmniej część poświęconą Oskarowym shortom). Jeśli ktoś będzie się burzył, że się czepiam to od razu uspokajam, nie chodzi o pastwienie się na kimkolwiek. Wiem, że ankiety na zaliczenie robi się jak się robi, bo sam je robiłem. Z kolei w pisaniu o filmach często łatwiej użyć skrótu myślowego czy jakiegoś uproszczenia, żeby dany tekst skończyć, bo rozwodzenie się nad poszczególnymi wątkami mogłoby być raz, że niezrozumiałe, a dwa że nie prowadzące donikąd. Z tym, że w obu przypadkach dotykamy omawianej kwestii. Specyfika filmu jest taka, że warto rozwlekać rozważania o nich, ich odbiór zaś tak różnorodny, że zamykanie czegoś w stwierdzeniu, że coś było dobre, a coś nie, jest trochę naiwne.
Ważną rzeczą, której trzeba się nauczyć jest klarowanie wypowiedzi i stosowanie argumentów. Co z tego, że my zadając pytanie "Czy tłumaczenie tytułów np. Dirty Dancing - Wirujący Seks, jest dla ciebie istotne?" wiemy o co nam chodzi, skoro ja jako ankietowany nie mam pojęcia. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć tak lub nie? Zwracam na nie uwagę i czasem wkurzają mnie tłumaczenia, ale czy to o czymś świadczy? Czy wpływa to na mój odbiór filmu na przykład? No niekoniecznie, bo zwykle odnoszę się do oryginalnego tytułu. Poza tym takie "Dirty Dancing" nie jest najlepszym przykładem, bo w ramówkach występuje już pod oryginalnym tytułem. Z kolei bywa i tak, że polskie tłumaczenie, mimo że zupełnie zmyślone wcale nieźle się sprawdza. Jak na przykład przetłumaczylibyście tytuł: "Jack Ryan: Shadow Recruit"? "Rekrut Cienia"? Ma ktoś jakiś pomysł? Dlatego "Teoria Chaosu", na którą zdecydowali się polscy dystrybutorzy, choć ma niewiele wspólnego z filmem, to mniej więcej oddaje z czym mamy do czynienia, a przynajmniej odsyła nas do odpowiedniego gatunku.
Inna sprawa, to przytaczanie własnej opinii. Dla jednych "Helium" to "Obraz piękny i wzruszający", a dla mnie to powielanie pewnych schematów i używanie emocjonalnych chwytów (śmiertelnie chore dziecko) do zjednywania sobie widzów. Z kolei "The Voorman Problem", który dla mojego kolegi jest "typową, brytyjską komedią" (co ma wydźwięk pejoratywny... nie mam pojęcia dlaczego), dla mnie jest najmocniejszym punktem oskarowego zestawienia, o czym już pisałem wcześniej. Nie powiedziałbym też, że 1. jest "nastawiony głównie na treść", bo, znowu, według mnie komponenty były raczej wyważone z większym może nawet naciskiem na formę 2. nie określiłbym go też mianem "epickiego", bo według mnie termin ten można zastosować do produkcji, w których rozmach jest główną wartością, jak choćby w filmach o Śródziemiu czy produkcjach o superbohaterach.
Widać, że rozmowy o filmach nie są tak banalne jak mogłoby się wydawać, a może nawet są to jedne z ważniejszych rozmów jakie przeprowadzamy. Oczywiście przesadzam, ale filmy, stanowią świetny punkt wyjściowy do debat o ogólnym stanie kinematografii, bądź o jakichś problemach, albo po prostu do nerdowskiego powymieniania się poglądami na temat komiksowych adaptacji. Czegokolwiek by nie wybrać, to odbiór filmów jest nastawiony na dyskusję i "wchłanianie ich" donikąd nie prowadzi. Dlatego też zanim zada się jakieś pytanie czy wypowie na temat danej produkcji, warto nie tylko zastanowić się jak mogli ją odebrać inni, ale też po prostu ich o to zapytać.
Dlaczego o tym pisze? Z dwóch powodów jeden to ankieta, drugi to artykuł o Short Wavesach autorstwa mojego kolegi (polecam zapoznać się z nim przed dalszą lekturą, przynajmniej część poświęconą Oskarowym shortom). Jeśli ktoś będzie się burzył, że się czepiam to od razu uspokajam, nie chodzi o pastwienie się na kimkolwiek. Wiem, że ankiety na zaliczenie robi się jak się robi, bo sam je robiłem. Z kolei w pisaniu o filmach często łatwiej użyć skrótu myślowego czy jakiegoś uproszczenia, żeby dany tekst skończyć, bo rozwodzenie się nad poszczególnymi wątkami mogłoby być raz, że niezrozumiałe, a dwa że nie prowadzące donikąd. Z tym, że w obu przypadkach dotykamy omawianej kwestii. Specyfika filmu jest taka, że warto rozwlekać rozważania o nich, ich odbiór zaś tak różnorodny, że zamykanie czegoś w stwierdzeniu, że coś było dobre, a coś nie, jest trochę naiwne.
Ważną rzeczą, której trzeba się nauczyć jest klarowanie wypowiedzi i stosowanie argumentów. Co z tego, że my zadając pytanie "Czy tłumaczenie tytułów np. Dirty Dancing - Wirujący Seks, jest dla ciebie istotne?" wiemy o co nam chodzi, skoro ja jako ankietowany nie mam pojęcia. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć tak lub nie? Zwracam na nie uwagę i czasem wkurzają mnie tłumaczenia, ale czy to o czymś świadczy? Czy wpływa to na mój odbiór filmu na przykład? No niekoniecznie, bo zwykle odnoszę się do oryginalnego tytułu. Poza tym takie "Dirty Dancing" nie jest najlepszym przykładem, bo w ramówkach występuje już pod oryginalnym tytułem. Z kolei bywa i tak, że polskie tłumaczenie, mimo że zupełnie zmyślone wcale nieźle się sprawdza. Jak na przykład przetłumaczylibyście tytuł: "Jack Ryan: Shadow Recruit"? "Rekrut Cienia"? Ma ktoś jakiś pomysł? Dlatego "Teoria Chaosu", na którą zdecydowali się polscy dystrybutorzy, choć ma niewiele wspólnego z filmem, to mniej więcej oddaje z czym mamy do czynienia, a przynajmniej odsyła nas do odpowiedniego gatunku.
Inna sprawa, to przytaczanie własnej opinii. Dla jednych "Helium" to "Obraz piękny i wzruszający", a dla mnie to powielanie pewnych schematów i używanie emocjonalnych chwytów (śmiertelnie chore dziecko) do zjednywania sobie widzów. Z kolei "The Voorman Problem", który dla mojego kolegi jest "typową, brytyjską komedią" (co ma wydźwięk pejoratywny... nie mam pojęcia dlaczego), dla mnie jest najmocniejszym punktem oskarowego zestawienia, o czym już pisałem wcześniej. Nie powiedziałbym też, że 1. jest "nastawiony głównie na treść", bo, znowu, według mnie komponenty były raczej wyważone z większym może nawet naciskiem na formę 2. nie określiłbym go też mianem "epickiego", bo według mnie termin ten można zastosować do produkcji, w których rozmach jest główną wartością, jak choćby w filmach o Śródziemiu czy produkcjach o superbohaterach.
Widać, że rozmowy o filmach nie są tak banalne jak mogłoby się wydawać, a może nawet są to jedne z ważniejszych rozmów jakie przeprowadzamy. Oczywiście przesadzam, ale filmy, stanowią świetny punkt wyjściowy do debat o ogólnym stanie kinematografii, bądź o jakichś problemach, albo po prostu do nerdowskiego powymieniania się poglądami na temat komiksowych adaptacji. Czegokolwiek by nie wybrać, to odbiór filmów jest nastawiony na dyskusję i "wchłanianie ich" donikąd nie prowadzi. Dlatego też zanim zada się jakieś pytanie czy wypowie na temat danej produkcji, warto nie tylko zastanowić się jak mogli ją odebrać inni, ale też po prostu ich o to zapytać.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Intertekstualność - trudne słowo: o dorastaniu, filmach akcji i niezrozumianej animacji
Są pewne filmy, do których trzeba dorosnąć, chociaż mam wątpliwości czy nie działa to w drugą stronę... Równie dobrze, można by powiedzieć, że istnieją filmy, które z pełnym zrozumieniem może zrozumieć przedszkolak i nie chodzi mi tu wcale o animacje dla dzieci (bo te ostatnimi czasy wydają się bardzo pro-dorosłe). O co mi chodzi? Dwie sprawy.
Sprawa pierwsza. Dawno, dawno temu, w innym mieście w innych realiach, moja mama kupiła vivę, galę albo inne czasopismo dla kobiet, w którym znajdowało się dvd z filmem "Być jak John Malkovich" Spike'a Jonze'a. Miałem wtedy ile... 10 lat, może trochę więcej. Zaczęliśmy go z mamą oglądać. Wydał nam się dziwny. Dotarliśmy do pojawienia się sceny erotycznej w filmie i na tym mój ówczesny seans się zakończył. Był to jeden z niewielu przypadków, kiedy zakazany owoc mnie nie kusił. Dla przykładu "Pulp Fiction" obejrzałem w pierwszej gimnazjum, po tym jak mój tata stwierdził, że jestem jeszcze za młody, żeby go obejrzeć. Byłem w stanie go zrozumieć i docenić, więc kto wie... może się mylił. Z Jonzem sprawa miała się trochę inaczej. Dopiero niedawna "Ona" sprawiła, że zapoznałem się z jego twórczością. I o mój **** cóż to było za odkrycie! To fascynujące zjawisko, kiedy wraca się do filmu, obejrzanego w dzieciństwie i odkrywa się w nim nowe poziomy, mnogość odniesień i konteksty, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Tym razem film zrozumiałem (a przynajmniej tak mi się będzie wydawać, dopóki nie obejrzę go za kolejnych 10 lat) i polubiłem.
Druga sprawa. Dzięki mojemu tacie, z którym oglądałem jeden film tygodniowo, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że wychowałem się na kinie sensacyjnym. Mam bodajże trzy zaległe pozycje w filmografii Schwarzeneggera (tej starej, sprzed powrotu), całkiem sporo odhaczonych w Van Damme'a i najmniej, co nie znaczy mało u Seagala. Czy jest się czym chwalić? Trudno powiedzieć. Jest to jakaś podstawa, która daje mi pewne porównanie i wiedzę, nazwijmy ją, historyczną jeśli chodzi o znajomość gatunku, który rozwijał się, gdy mnie jeszcze na świecie nie było, a zaczynał zmieniać kierunek rozwoju, gdy ja już się z nim zapoznawałem. W każdym razie, co ostatnio odkryłem - rok 1993 był to dziwny rok. Dwóch ikonicznych aktorów dla tamtego kina - Schwarzenegger i Stallone nakręcili każdy po filmie, które nie były typowymi akcyjniakami. Owszem, narracja podążała powszechnie wówczas stosowanym schematem "gonimy tego złego, bo robi ludziom kuku", ale przy okazji zawierała wiele cytatów do innych filmów czy aktorów znanych z gatunku albo wprowadzała wątki komediowe, tworząc obrazy autoironiczne, ale przez to aktualne po dziś dzień.
W "Bohaterze ostatniej akcji" Arnold Schwarzenegger gra Jacka Slatera, fikcyjnego bohatera filmów akcji, którego fanem jest nastolatek Danny. Pewnego dnia Danny za sprawą magicznego biletu wchodzi do filmu i tu zaczynają się... śmieszne rzeczy dziać. Danny bowiem usilnie stara się udowodnić Jackowi, że obaj znajdują się w filmie. Stara się zatem zwrócić jego uwagę na mijane postacie z innych filmów, zabiera go do wypożyczalni by pokazać filmy ze Schwarzeneggerem i demaskuje schematy rządzące filmowym światem. Gdy oglądałem to mając lat kilka, nie miałem tego filmowego bagażu, który pozwala wyłapywać poutykane tu i ówdzie smaczki, toteż bawiła mnie głównie sama akcja. Dopiero po latach dane mi było pobawić się w poszukiwania intertekstualności i znaleźć nowe źródła rozrywki.
Podobnie rzecz się miała z "Człowiekiem Demolką", w którym zagrał Stallone (i Sandra Bullock, do której urody powoli się przekonuję). Pamiętałem ten film jako typowy akcyjniak. Przymierzając się do obejrzenia, spodziewałem się więc zapychającego czas seansu na odmóżdżenie i jakież było moje zdziwienie, kiedy film okazał się nie tylko przepełniony całkiem błyskotliwym humorem (poważnie!), ale też odwołaniami do zjawisk popkulturowych z lat 90, w których to zaczyna się akcja filmu. Te wątki były przeze mnie kompletnie zapomniane i choć pewnie zauważyłem je jako chłopiec, to dopiero zostanie młodzieżą/młodym dorosłym spowodowało, że bawiły mnie one bardziej niż sama akcja.
Intertekstualność w filmach, wyróżnia dzisiaj udanych twórców, od wyrobników. Z jednej strony zazdroszczę, z drugiej współczuję dzieciom, które chodzą do kina na teoretycznie skierowane do nich animacje. Naprawdę, jeśli są wstanie zrozumieć "LEGO: Przygodę" to tylko pozazdrościć rodzicom udanego malca. Odwołań do innych filmów i dzieł było tam tak dużo, że za kilkanaście/dzieści lat, te maluchy będą mogły ze spokojem oglądać to ze swoimi dziećmi bawiąc się równie dobrze, a może nawet lepiej niż one. Biorąc jednak pod uwagę, że ja i moja dziewczyna zwijaliśmy się ze śmiechu, kiedy dzieciaki chciały wychodzić, a dorośli przysypiali, można mieć wątpliwość czy film ten zachowa się w zbiorowej świadomości jako animacja czyjegoś dzieciństwa. A szkoda, bo zabawa w szukanie odniesień to taka podbudowująca ego rozrywka.
Sprawa pierwsza. Dawno, dawno temu, w innym mieście w innych realiach, moja mama kupiła vivę, galę albo inne czasopismo dla kobiet, w którym znajdowało się dvd z filmem "Być jak John Malkovich" Spike'a Jonze'a. Miałem wtedy ile... 10 lat, może trochę więcej. Zaczęliśmy go z mamą oglądać. Wydał nam się dziwny. Dotarliśmy do pojawienia się sceny erotycznej w filmie i na tym mój ówczesny seans się zakończył. Był to jeden z niewielu przypadków, kiedy zakazany owoc mnie nie kusił. Dla przykładu "Pulp Fiction" obejrzałem w pierwszej gimnazjum, po tym jak mój tata stwierdził, że jestem jeszcze za młody, żeby go obejrzeć. Byłem w stanie go zrozumieć i docenić, więc kto wie... może się mylił. Z Jonzem sprawa miała się trochę inaczej. Dopiero niedawna "Ona" sprawiła, że zapoznałem się z jego twórczością. I o mój **** cóż to było za odkrycie! To fascynujące zjawisko, kiedy wraca się do filmu, obejrzanego w dzieciństwie i odkrywa się w nim nowe poziomy, mnogość odniesień i konteksty, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Tym razem film zrozumiałem (a przynajmniej tak mi się będzie wydawać, dopóki nie obejrzę go za kolejnych 10 lat) i polubiłem.
Druga sprawa. Dzięki mojemu tacie, z którym oglądałem jeden film tygodniowo, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że wychowałem się na kinie sensacyjnym. Mam bodajże trzy zaległe pozycje w filmografii Schwarzeneggera (tej starej, sprzed powrotu), całkiem sporo odhaczonych w Van Damme'a i najmniej, co nie znaczy mało u Seagala. Czy jest się czym chwalić? Trudno powiedzieć. Jest to jakaś podstawa, która daje mi pewne porównanie i wiedzę, nazwijmy ją, historyczną jeśli chodzi o znajomość gatunku, który rozwijał się, gdy mnie jeszcze na świecie nie było, a zaczynał zmieniać kierunek rozwoju, gdy ja już się z nim zapoznawałem. W każdym razie, co ostatnio odkryłem - rok 1993 był to dziwny rok. Dwóch ikonicznych aktorów dla tamtego kina - Schwarzenegger i Stallone nakręcili każdy po filmie, które nie były typowymi akcyjniakami. Owszem, narracja podążała powszechnie wówczas stosowanym schematem "gonimy tego złego, bo robi ludziom kuku", ale przy okazji zawierała wiele cytatów do innych filmów czy aktorów znanych z gatunku albo wprowadzała wątki komediowe, tworząc obrazy autoironiczne, ale przez to aktualne po dziś dzień.
W "Bohaterze ostatniej akcji" Arnold Schwarzenegger gra Jacka Slatera, fikcyjnego bohatera filmów akcji, którego fanem jest nastolatek Danny. Pewnego dnia Danny za sprawą magicznego biletu wchodzi do filmu i tu zaczynają się... śmieszne rzeczy dziać. Danny bowiem usilnie stara się udowodnić Jackowi, że obaj znajdują się w filmie. Stara się zatem zwrócić jego uwagę na mijane postacie z innych filmów, zabiera go do wypożyczalni by pokazać filmy ze Schwarzeneggerem i demaskuje schematy rządzące filmowym światem. Gdy oglądałem to mając lat kilka, nie miałem tego filmowego bagażu, który pozwala wyłapywać poutykane tu i ówdzie smaczki, toteż bawiła mnie głównie sama akcja. Dopiero po latach dane mi było pobawić się w poszukiwania intertekstualności i znaleźć nowe źródła rozrywki.
Podobnie rzecz się miała z "Człowiekiem Demolką", w którym zagrał Stallone (i Sandra Bullock, do której urody powoli się przekonuję). Pamiętałem ten film jako typowy akcyjniak. Przymierzając się do obejrzenia, spodziewałem się więc zapychającego czas seansu na odmóżdżenie i jakież było moje zdziwienie, kiedy film okazał się nie tylko przepełniony całkiem błyskotliwym humorem (poważnie!), ale też odwołaniami do zjawisk popkulturowych z lat 90, w których to zaczyna się akcja filmu. Te wątki były przeze mnie kompletnie zapomniane i choć pewnie zauważyłem je jako chłopiec, to dopiero zostanie młodzieżą/młodym dorosłym spowodowało, że bawiły mnie one bardziej niż sama akcja.
Intertekstualność w filmach, wyróżnia dzisiaj udanych twórców, od wyrobników. Z jednej strony zazdroszczę, z drugiej współczuję dzieciom, które chodzą do kina na teoretycznie skierowane do nich animacje. Naprawdę, jeśli są wstanie zrozumieć "LEGO: Przygodę" to tylko pozazdrościć rodzicom udanego malca. Odwołań do innych filmów i dzieł było tam tak dużo, że za kilkanaście/dzieści lat, te maluchy będą mogły ze spokojem oglądać to ze swoimi dziećmi bawiąc się równie dobrze, a może nawet lepiej niż one. Biorąc jednak pod uwagę, że ja i moja dziewczyna zwijaliśmy się ze śmiechu, kiedy dzieciaki chciały wychodzić, a dorośli przysypiali, można mieć wątpliwość czy film ten zachowa się w zbiorowej świadomości jako animacja czyjegoś dzieciństwa. A szkoda, bo zabawa w szukanie odniesień to taka podbudowująca ego rozrywka.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Długo o krótkim
W Poznaniu trwa właśnie (a właściwie już się kończy) festiwal filmów krótkometrażowych Short Waves. Jako, że mój tegoroczny udział w tym festiwalu był bardzo aktywny (byłem aż na dwóch pokazach... gdzie dziennie średnio odbywa się z 7-8, ale głosowałem na film konkursowy, więc może moja obecność nie była bez znaczenia) chciałem podzielić się moimi refleksjami.
Po pierwsze widziałem krótkie metraże, które były nominowane do Oskara i muszę przyznać, że trochę się zawiodłem. Od dłuższego czasu mam świadomość, że Akademia nie jest żadną wyrocznią, a jej werdykty często były dziwne. Tyle, że na te pięć szortów, według mnie wyróżniały się dwa i to w dodatku dwa o zabarwieniu komediowym. Mam do siebie trochę żalu o to, że skłaniam się częściej ku kinu rozrywkowemu niż zaangażowanym dramatom, ale dla mnie filmy to przede wszystkim dobra zabawa. Oczywiście nie jest tak, że kino akcji to jedyne co oglądam (choć trzeba przyznać, że dzieciństwo z cotygodniowym filmem ze Schwarzeneggerem albo Van Dammem mogło mnie trochę skrzywić), lubię także kino... "ambitne". Ale weźmy taki "Kongres" Ariego Folmana, nie tylko był inteligentną diagnozą współczesnego świata, to była także świetna zabawa w szukanie odwołań do innych tekstów kultury!
Wracając do tematu, nie rozumiem dlaczego półgodzinny film o umierającym chłopcu i pracowniku hospicjum/szpitala, który "próbuje na nowo obudzić w nim wiarę w radość życia" ma być lepszy od trzynastominutowego filmu o więźniu, który twierdzi, że jest Bogiem. Tym bardziej, że oglądając "Helium" (ten pierwszy) ma się wrażenie, że to już było... kiedyś... i to w lepszym wykonaniu. Natomiast brytyjski szort "Problem Voormana" (ten drugi) jest błyskotliwy, zaskakujący i ciekawy, co trudno powiedzieć o dość schematycznej historii szpitalnej. W ogóle tematyka konkursowych szortów mnie trochę zastanawia. Zarówno wśród tych oskarowych jak i shortwavesowych (przynajmniej tych ośmiu, które dane mi było zobaczyć) dominował przygnębiający albo przynajmniej poważny klimat. Czy wynika to z faktu, że trudniej zrobić podnoszący na duchu film niż taki, który będzie w sposób poważny poruszał jakiś problem? Oglądając te filmy mam wrażenie, pewnej nieszczerości twórców. To tak jakbym słyszał ich mówiących "Zróbmy jakiś film konkursowy. Niech porusza jakiś problem, dostaniemy punkty za społeczne zaangażowanie". Upraszczam i z pewnością krzywdzę niektórych autorów, ale jeden film był straszny i ciężki, a poza tym było to "Uwolnienie" (film z 1972) w krótszej formie z młodszymi bohaterami. (HAHA, to był ciężki spoiler, ale przynajmniej już nie obejrzycie tych filmów przez przypadek). Inny z kolei trwał trzy minuty i opowiadał tak obcą historię, która przypominała bardziej szkic, niż całą fabułę, że kiedy się skończył byłem wielce zaskoczony.
Nie jestem specjalistą od krótkiego metrażu, ale póki co mistrzem jest dla mnie Jim Jarmusch i jego "Kawa i papierosy". Zbiór krótkich, a treściwych nowelek, z których każda ma jakiś element charakterystyczny, wyróżniający ją na tle pozostałych. Wszystkie są inteligentne i oddające w jakiś sposób rzeczywistość. Kto z nas nie siedział nigdy przy kawie i/lub papierosie, rozmawiając o cewce Tesli albo o złym bracie bliźniaku Elvisa. No chyba każdy miał taki epizod. I za wyłapanie i sportretowanie takich sytuacji należą się Jarmuschowi brawa. Jeśli macie dziś dwie godziny wolnego i przypadkiem na waszej półce stoi dvd z "Kawą i papierosami", to nie zwlekajcie i dajcie się wciągnąć w ten czarno-biały świat potrącanych kubków i papierosowego dymu.
Udanej niedzieli :)
Po pierwsze widziałem krótkie metraże, które były nominowane do Oskara i muszę przyznać, że trochę się zawiodłem. Od dłuższego czasu mam świadomość, że Akademia nie jest żadną wyrocznią, a jej werdykty często były dziwne. Tyle, że na te pięć szortów, według mnie wyróżniały się dwa i to w dodatku dwa o zabarwieniu komediowym. Mam do siebie trochę żalu o to, że skłaniam się częściej ku kinu rozrywkowemu niż zaangażowanym dramatom, ale dla mnie filmy to przede wszystkim dobra zabawa. Oczywiście nie jest tak, że kino akcji to jedyne co oglądam (choć trzeba przyznać, że dzieciństwo z cotygodniowym filmem ze Schwarzeneggerem albo Van Dammem mogło mnie trochę skrzywić), lubię także kino... "ambitne". Ale weźmy taki "Kongres" Ariego Folmana, nie tylko był inteligentną diagnozą współczesnego świata, to była także świetna zabawa w szukanie odwołań do innych tekstów kultury!
Wracając do tematu, nie rozumiem dlaczego półgodzinny film o umierającym chłopcu i pracowniku hospicjum/szpitala, który "próbuje na nowo obudzić w nim wiarę w radość życia" ma być lepszy od trzynastominutowego filmu o więźniu, który twierdzi, że jest Bogiem. Tym bardziej, że oglądając "Helium" (ten pierwszy) ma się wrażenie, że to już było... kiedyś... i to w lepszym wykonaniu. Natomiast brytyjski szort "Problem Voormana" (ten drugi) jest błyskotliwy, zaskakujący i ciekawy, co trudno powiedzieć o dość schematycznej historii szpitalnej. W ogóle tematyka konkursowych szortów mnie trochę zastanawia. Zarówno wśród tych oskarowych jak i shortwavesowych (przynajmniej tych ośmiu, które dane mi było zobaczyć) dominował przygnębiający albo przynajmniej poważny klimat. Czy wynika to z faktu, że trudniej zrobić podnoszący na duchu film niż taki, który będzie w sposób poważny poruszał jakiś problem? Oglądając te filmy mam wrażenie, pewnej nieszczerości twórców. To tak jakbym słyszał ich mówiących "Zróbmy jakiś film konkursowy. Niech porusza jakiś problem, dostaniemy punkty za społeczne zaangażowanie". Upraszczam i z pewnością krzywdzę niektórych autorów, ale jeden film był straszny i ciężki, a poza tym było to "Uwolnienie" (film z 1972) w krótszej formie z młodszymi bohaterami. (HAHA, to był ciężki spoiler, ale przynajmniej już nie obejrzycie tych filmów przez przypadek). Inny z kolei trwał trzy minuty i opowiadał tak obcą historię, która przypominała bardziej szkic, niż całą fabułę, że kiedy się skończył byłem wielce zaskoczony.
Nie jestem specjalistą od krótkiego metrażu, ale póki co mistrzem jest dla mnie Jim Jarmusch i jego "Kawa i papierosy". Zbiór krótkich, a treściwych nowelek, z których każda ma jakiś element charakterystyczny, wyróżniający ją na tle pozostałych. Wszystkie są inteligentne i oddające w jakiś sposób rzeczywistość. Kto z nas nie siedział nigdy przy kawie i/lub papierosie, rozmawiając o cewce Tesli albo o złym bracie bliźniaku Elvisa. No chyba każdy miał taki epizod. I za wyłapanie i sportretowanie takich sytuacji należą się Jarmuschowi brawa. Jeśli macie dziś dwie godziny wolnego i przypadkiem na waszej półce stoi dvd z "Kawą i papierosami", to nie zwlekajcie i dajcie się wciągnąć w ten czarno-biały świat potrącanych kubków i papierosowego dymu.
Udanej niedzieli :)
piątek, 4 kwietnia 2014
Głupi dorośli i ich biedne dzieci
Właśnie skończyłem oglądać "Laleczkę Chucky" i naszło mnie na refleksje. Nigdy nie byłem fanem horrorów, a do tej konkretnej serii miałem uraz po tym, jak babcia nagrała mi drugą część na "8 mili" (byłem wtedy na etapie yo-yo-rapu, więc bardzo to przeżyłem). Jest to jednak swego rodzaju, horrorowy klasyk, więc było nie było, należało to nadrobić.
Film nie jest długi. To raptem 80 minut, ale napięcie jest bardzo sprawnie budowane. Chwyty są w zasadzie znane, a zachowania bohaterów często naiwne i niekonsekwentne, bo kto opiekując się dzieckiem przyjaciółki, w reakcji na dziwne hałasy w kuchni i widok otwartych drzwi od dziecięcego pokoju zaczyna się skradać z niepokojem wypisanym na twarzy, zamiast wbić tam z rozpędu krzycząc chociażby: "Co ty wyprawiasz gówniarzu!?". Niemniej jednak klimat jest, a twórcy zachęcając do wejścia w konwencję filmu, która zakłada duże przymrużenie oka ze strony widza, w zamian oferują nastrojową "dziecięcą zabawę". Po około 20 minutach jednak, to nie konwencja zaczęła mnie drażnić, a postacie dorosłych i tu pozwolę sobie na dryf ku szerszemu przeglądowi.
Dlaczego jest tak, że dorośli w filmach nigdy nie wierzą dzieciom? Rozumiem, że dzieci często kłamią, bo jest to swego rodzaju mechanizm obronny, mający na celu uniknięcie przykrych konsekwencji, a że jeszcze nie do końca rozumieją zasady funkcjonowania świata, to te ich kłamstwa czasem są po prostu... głupie. Tyle że filmowi rodzice nie wierzą swoim dzieciom w sytuacjach dość ekstremalnych. Ja rozumiem, że kiedy w "Parku Jurajskim 2" (bodajże "PJ: Zaginiony Świat, ale kto to tak nazywa) kilkuletni chłopiec wchodzi w nocy do sypialni rodziców, informując ich o tym, że w ogródku jest Tyranozaur, to mogą mu nie uwierzyć, bo nie słyszeli nic o tym, że był sobie bogacz, który wskrzesił prehistoryczne gady. Ale kiedy oglądam "Laleczkę Chucky" i (UWAGA SPOILER... ale to dosyć klasycznie zbudowany film, wiec nie taki znowu poważny spoiler) matka Andy'ego dowiaduje się o śmierci swojej przyjaciółki, która wypadła przez okno, to od razu odrzuca jako nieprawdziwą wiadomość o tym, że to Chucky zostawił odciski butów w kuchni. Ja rozumiem, szok, strata, żałoba... ale jak nie chłopiec, bo on zostaje wykreślony z listy podejrzanych automatycznie (bo to w końcu kochany syn) to kto? Kupiłaś babo lalkę, od jakiegoś podejrzanego typa, za dużo dziesiątek dolarów mniej niż powinnaś i żadna lampka ostrzegawcza się nie zapala? A potem (ZNOWU SPOILER) znajdujesz syna i lalkę (podejrzaaaneee) na komisariacie, bo znaleźli ich w pobliżu wysadzonego domu i nadal nie wierzysz, że lalka mogła mieć z tym coś wspólnego!? Żyjesz z dzieckiem ileś lat, super chłopak, zrobił ci śniadanie do łóżka, ogląda historie o "Good Guys" i nagle co? Jego nie podejrzewasz, bo go znasz, ale kiedy zrzuca winę na lalkę, to mu nie wierzysz. (KONIEC SPOILERÓW)
Gdzie tu jakieś racjonalne myślenie? "Gdy wyeliminuje się wszystko, co niemożliwe, reszta musi być prawdą, choćby nawet wydawało się to niewiarygodne". Dorośli w filmach eliminują wszystko, i niemożliwe i nieprawdopodobne. Lubię Niewiernego Tomasza, bo to pierwszy facet w Biblii, który nie bierze wszystkiego na wiarę, tylko domaga się dowodów. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że Niewierny Tomasz nie neguje racji swoich kolegów po fachu, kiedy mu mówią, że widzieli Jezusa. Chce, żeby mu to udowodnili. Udowadniają, więc przyznaje rację. Logiczne. Dorośli w filmach jednak czy to w "Gęsich Skórkach" czy w pełnometrażowych horrorach nie wierzą swoim dzieciom, dopóki nie jest za późno. Kiedy Regan ("Egzorcysta"... i owszem, SPOILER) mówi matce, że łóżko jej się trzęsie, to ta ciąga ją po lekarzach, zastanawiając się "Czemu ona opowiada te kłamstwa?", mimo że wcześniej sama słyszała podejrzane i ostatecznie nie wyjaśnione szmery na strychu oraz widziała jak jej córka bawi się tablicą ouija.
Trudno połączyć straszne z racjonalnym i fajnie, że powstają horrory, które bawią się konwencją i sprawnie mieszają te dwa elementy. Dobrym przykładem jest niezrozumiany "Dom w głębi lasu", w którym twórcy demaskują pewne klisze kina grozy przy jednoczesnym ich wykorzystywaniu. Polecam, warto obejrzeć, ale trzeba pamiętać o wejściu w konwencję, bo bez tego film wyda się głupi i nudny. Jaka zatem puenta nasuwa się w wyniku tych rozważań? Ano chyba taka, że kiedy będziecie już starsi i doczekacie się potomstwa, a ono pewnego dnia przyjdzie do was mówiąc, że coś czai się pod łóżkiem/lalka mówi, albo że ktoś jest w szafie, to nie bagatelizujecie sprawy, albo co gorsza każecie dziecko za opowiadanie bzdur, tylko bierzecie kij czy co tam macie pod ręką i idziecie to sprawdzić! I takie jest moje przesłanie na dziś. Udanego wieczoru!
Subskrybuj:
Posty (Atom)











