poniedziałek, 18 stycznia 2016

Podsumowanie SCOPE100, bo zaległoś

Dzisiejszy wpis sponsoruje Ślimak i jej komiks o zaległosiach:

http://chatolandia.pl/2016/01/18/zaleglosie/

Wczoraj, a w zasadzie dzisiaj?, o północy zakończyła się tegoroczna edycja Scope'a. Skutkuje to tym, że nie ma już dostępu do materiałów z filmami, forum dyskusyjnego i tego typu podobnych rzeczów. Ja swoją przygodę ze Scopem zakończyłem w zasadzie już na początku stycznia, bo wtedy obejrzałem "Much loved", które było ostatnim filmem jaki został mi do obejrzenia, jednak jeszcze wczoraj wypełniałem rubryki pod pytaniami "jak podobał ci się film" oraz "jak moglibyśmy go promować i do kogo skierować".

Przyznam szczerze, że nie odłożyłem tego zadania na ostatnią chwilę, bo jestem leniem, chociaż to też był ważny powód, bardziej dlatego, że przy większości filmów nie miałem pojęcia jak na te pytania odpowiedzieć. Okej, wiem jak mi się podobały te filmy, takie rzeczy zaznaczałem też w opisach pod oceną na Filmwebie (jeśli ktoś cierpi na niedobór znajomych to zapraszam: http://www.filmweb.pl/user/Fiyo) natomiast pytanie "jak promować?" i "dla kogo?" jest trudne, jeśli uważasz, że jedyną kopię filmu powinno się zamknąć w skrzyni, a skrzynię wrzucić do morza.

Mały dryf: wraz z rozwojem mojej osobowości przechodzę w życiu przez różne etapy zaangażowania w ideologię. I tak na przykład po kryzysie wiary nadszedł etap "wojującego ateizmu", po mojej przygodzie z Multikinem i przejściu do filmów bardziej studyjnych zacząłem hejtować kino mainstreamowe i mówić jakie to filmy studyjne nie są super. To też się skończyło, dzisiaj jestem prawdopodobnie gdzieś pomiędzy. Uważam, że filmy głównego nurtu mają większą podatność na bycie miałkimi, a mniejsze produkcje, te niezależne większą szansę na bycie odkrywczymi czy wprowadzenie jakiejś świeżości w świat kina. Jednak po seansie iluśtam (dziesięciu? a może to już w setkach?) filmów "studyjnych" dochodzę do wniosku, że cierpią one na ten sam problem co kino popcornowe i niestety świetnie to widać na przykładzie dziesięciu filmów ze Scope100.

Na 10 filmów, które obejrzałem wystawiłem jedną ocenę "8" czyli "bardzo dobry", którą później obniżyłem o jedno oczko, bo ostatecznie to inny film był moim top1. Zdecydowana większość były to produkcje średnie i to zarówno pod względem technicznej realizacji jak i samego pomysłu. Tuż po ostatnim seansie wybrałem się do kina na "Stare grzechy mają długie cienie" i od razu wleciała ósemeczka, bo pierwszy z brzegu film z repertuaru, był i technicznie dopieszczony i fabularnie intrygujący. Tylko, że był to hiszpański kryminał (czyli kino gatunkowe) pod skrzydłami Warner Brothers, którzy go dystrybuowali (czyli w sumie trochę mainstream), ale, ale! Po tych dziesięciu seansach upewniłem się w tym, że to takiego kina poszukuję, co często może zaburzać moją ocenę. Najlepiej ogląda mi się mniej lub bardziej niezależne produkcje, które wchodzą w romanse z kinem gatunkowym. W zeszłym roku wielkie wrażenie zrobiło na mnie "Coś za mną chodzi", które jest w sumie niskobudżetowym (dwa miliony dolców?) horrorem, w tym dobrze się bawiłem na "Starych grzechach..." i pewnie jeszcze kiedyś do tego filmu wrócę (a przynajmniej będę go polecał znajomym).

A co na Scopie? Problemy społeczne, snujący się bohaterowie: czasem gorzej jak w "Las Altas Presiones", czasem lepiej jak w "The Apostate", jeden film dla super snobów ("Evolution" - jeśli wygra, to zacznę kręcić własne filmy, bo bez przesady) i zasadniczo miałkość.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że trzeba propsować twórców, którzy kino kochają albo takich, którzy mają na tyle popieprzone w głowach, że oglądanie ich wizji na ekranach jest ciekawym zajęciem. A jak to się przenosi na konkrety? Idźcie do kina na "Nienawistną ósemkę" Tarantino, a od piątku czekajcie na "Anomalisę" Kaufmana (to ten pan od scenariuszy "Zakochanego bez pamięci", "Być jak John Malkovich" i "Adaptacji"). Sobie i wam życzę więcej twórców, którzy faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia, a nie snobują udając, że tak jest. Na koniec moje top5 ze Scope100:

1. Chevalier (http://www.filmweb.pl/film/Chevalier-2015-739837)
2. The Apostate (http://www.filmweb.pl/film/El+ap%C3%B3stata-2015-746578)
3. Mediterranea (http://www.filmweb.pl/film/Mediterranea-2015-742900)
...
4. Much Loved (http://www.filmweb.pl/film/Much+Loved-2015-750218)
5. My golden days (http://www.filmweb.pl/film/Trois+souvenirs+de+ma+jeunesse-2015-730188)


Trzymajcie się i udanego tygodnia.





...zaległoś, zaległoś

czwartek, 7 stycznia 2016

Duży potencjał, większy zawód - recenzja filmu "Córki Dancingu"

Co jakiś czas w polskim kinie pojawia się film odbiegający od standardów. Mieliśmy "Disco Polo", którzy jedni uznali za przykład postmodernistycznej gry z widzem inni zaś za szczyt kiczu, mieliśmy "Hiszpankę", która podzieliła widownię, ale głównie ją zawiodła. Mamy wreszcie "Córki dancingu" i już na wstępie trzeba zaznaczyć, że jest to film sprzeczny. Z jednej strony punktem wyjściowym jest nietuzinkowy pomysł o genealogii fantastycznej. Z drugiej idea ta puszczona zostaje samopas, jakby twórcy liczyli, że to wystarczy, żeby udźwignąć półtoragodzinną produkcję. Zadanie skomplikowane zostało dodatkowo niezdecydowaniem twórców co do klimatu, w jakim utrzymany powinien być film. Przyglądamy się zatem nocnemu życiu peerelowskiej Warszawy, trochę kiczowatemu, słodko-landrynkowemu, ale co jakiś czas przełamywane jest to scenami rodem z horroru: krew się leje, trup się ściele, a potwory wychodzą na ulice.



Bohaterkami filmu Agnieszki Smoczyńskiej są dwie syreny Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek). Nie ma w tym żadnej metafory, dziewczyny jeśli akurat mają nogi, to wyglądają jak lalki barbie, zaś po pochlapaniu wodą dolne kończyny transformują się w rybie ogony, na których pojawiają się też organy rozrodcze. Znalezione na plaży przez zespół Figi i Daktyle w składzie Kinga Preis na wokalu, Jakub Gierszał na basie i Andrzej Konopka na bębnach, stają się atrakcją nocnego klubu, w którym robią chórki i striptizy. Pojawia się wątek zachowywania własnej, "potwornej" tożsamości, któremu przeciwstawiany jest drugi, typowo miłosny.

Największym zarzutem wobec filmu Smoczyńskiej jest chyba jego niewykorzystany potencjał. Twórcom udało się zebrać na planie naprawdę wysokiej klasy aktorki. Na ekranie pojawiają się Magdalena Cielecka, Katarzyna Herman czy Roma Gąsiorowska... i znikają po chwili. Utalentowane panie zostają wykorzystane w zasadzie tylko po to, żeby pobujać się w rytm muzyki w drugiej scenie, ewentualnie zrobić jeden striptiz (Cielecka) czy przeprowadzić jeden, dłuższy dialog (Herman). Niewykorzystany zostaje też potencjał tkwiący w pomyśle. Fakt, że mamy do czynienia z syrenami, postaciami ze świata fantastyki, zostaje w zasadzie kompletnie zignorowany. Nikt się temu nie dziwi, wszyscy zachowują się jakby co tydzień w klubie gwiazdą była inna istota z mitologii, a same zainteresowane wplątane zostają w dosyć zwyczajne problemy natury miłosnej.



W "Córkach dancingu" widać niezdecydowanie. To z jednej strony film muzyczny, w którym piosenki stanowią istotną część narracji, a klimat opowieści przez większość czasu jest raczej przyjazny, z drugiej, od czasu do czasu w syrenach budzą się mordercze zapędy, których realizacje są pokazywane w dosyć naturalistyczny sposób. Rodzi się tu opozycja filmu lekkiego i cukierkowego wobec mrocznej, brutalnej opowieści. Ten konflikt widać w samym świecie przedstawionym, w pewnym momencie jedna z bohaterek trafia bowiem do makabrycznej wariacji na temat nocnego klubu, w którym występuje na co dzień, a w którym śpiewający Tryton noszący blizny po wyrwanych rogach, idealnie pasuje do klimatu miejsca.


Film Smoczyńskiej reklamowany jest gwiazdorską obsadą, klimatem jak w "Disco Polo" i obietnicą dobrej zabawy. Tymczasem pod tą warstwą, która faktycznie jest obecna (z pewnymi zastrzeżeniami) kryje się równorzędna, skrajnie różna, ale zdecydowanie bardziej ryzykowna i przez to mniej atrakcyjna marketingowo. Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na jeden kierunek, zamiast próbować dosyć karkołomnego połączenia, które ostatecznie się nie udało. Być może wtedy otrzymalibyśmy spójny, świeży film, zamiast obrazu, którym niektórzy mogą się poczuć oszukani, czy nawet zniechęceni do dawania szansy polskim produkcjom. Ostatecznie "Córki...
 miały ciekawy punkt wyjścia, tylko że wyszło jak zwykle.

niedziela, 3 stycznia 2016

Scope100 #3 - "Mediterranea", "Peur de rien" i "Trois souvenirs de ma jeunesse"

Drodzy Państwo czy mogę zacząć od dryfu? Dziękuję.

Dawno, dawno temu na kulturoznawstwie miałem zajęcia ze scenariopisarstwa. Zadaniem zaliczeniowym było napisanie treatmentu do początku historii, który wymyśliliśmy wspólnie na zajęciach. Historia miała być o mechaniku Heńku (albo jakoś inaczej na "H"), do którego warsztatu przybywa kobieta, oddaje mu samochód do naprawy, a w tym samochodzie Heniek znajduje coś i to coś wpływa na jego dalsze losy.

Czytaliśmy te treatmenty jeden po drugim. W takim ciągu w pewnym momencie historie zaczynają się zlewać jeśli występują w nich podobne elementy. Heniek najczęściej znajdował krew albo jakiś przedmiot, który przypominał mu o jakiejś smutnej historii z wypadkiem samochodowym. Zwykle skręcało to w stronę "polskiego dramatu" czyli pojawiał się alkohol albo śmierć, generalnie raczej przybijające motywy. Mnie na szczęście udało się jakoś od tego odbić (chociaż mój Heniek także znajdował krew... ">>Heniek patrzy na zderzak i zauważa...<< - Jak Państwo myślicie, co zauważył? -KREW! ->>zauważa plamę krwi<<"), bo poszedłem w schematy gatunkowe, które jakoś starałem się ogrywać, ale puentą jest to, jak czasem nieświadomie wpadamy w pewne pułapki tematyczne.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż trzy filmy, o których chciałem krótko napisać oglądałem w ciągu, w takiej kolejności w jakiej są zawarte w tytule, tyle, że zaczynając od "Trzech pamiątek...".

"Trzy pamiątki z mojej młodości" Arnauda Despechina to film składający się z trzech historii Paula Dedalusa. Z tych trzech historii, z których pierwsza jest o matce psychopatce, druga o pomaganiu imigrantom ze wschodu w ucieczce z Paryża, a trzecia o młodzieńczej miłości do Ester, to ta trzecia jest głównym tematem filmu. Film, który trwa dwie godziny startuje w zasadzie po trzydziestu minutach i można go spokojnie zacząć oglądać, dopiero od trzeciego rozdziału. Widz, który znał wcześniejszą twórczość reżysera, na moje pytanie czy tylko mnie się wydaje, że przedłużony początek jest niepotrzebny wyjaśnił, że Mathieu Amalric (grający dorosłego Paula, który relacjonuje te wszystkie historie) grał go już wcześniej, stąd jego udział jest uzasadniony (ja argumentowałem, że wydaje się być wciśnięty na siłę, tylko po to, żeby film miał znane nazwisko w obsadzie). W każdym razie, ta trzecia historia robi z "Trzech pamiątek..." film o dorastaniu, pierwszych uczuciach, poważniejszych relacjach, życiowych decyzjach...

...to zupełnie jak "Lęk przed niczym"!
"Peur de rien" Danielle Arbid, to trochę autobiograficzna opowieść o młodej dziewczynie z Libii, jeśli dobrze pamiętam, która przybywa do Paryża i próbuje sobie ułożyć tam życie. Nie jest to proste, bowiem musi uciekać z domu, w którym miała mieszkać, gdyż wujek próbuje się do niej dobrać. Widz podąża więc za Liną, która miota się między kolejnymi, skrajnymi ideologicznie znajomymi (od skinheada nacjonalisty, po lewicowego wydawcę undergroundowej gazety), poznaje kolejnych mężczyzn, z których większość patrzy na nią jedynie jako na osobę do seksu. Gdzieś między jednym ważnym wydarzeniem a drugim, Lina zmienia się w dojrzałą kobietę, która ma jakąś przyszłość na obczyźnie. Film z jednej strony pokazuje trudy wchodzenia w dorosłość, a z drugiej życie imigranta w kraju, w którym jako komuś obcemu nie jest wcale lekko...

...to prawie jak w "Mediterranerze", tylko że z perspektywy innej płci!
Bohaterem "Meditarranei" Jonasa Carpignano jest Ayiva, który ucieka z Burkina Faso w poszukiwaniu lepszego życia i środków do utrzymania swojej rodziny. Ayiva trafia do Włoch, gdzie, dzięki pomocy innych imigrantów, udaje mu się dostać pracę na plantacji pomarańczy. Mężczyzna szybko się uczy i ciężko pracuje, toteż zostaje zauważony przez jednego z pracodawców i otrzymuje dodatkowe zlecenia przy rozładunku i tym podobnych sprawach. Ayiva część pieniędzy wysyła swojej partnerce i córce, które zostały w kraju, a dla których nie ma w zasadzie miejsca we Włoszech (nie ma bowiem pracy dla kobiet, a i z dachem nad głową nie jest kolorowo). Na imigrantów krzywo patrzą włoscy dresiarze, którzy chętnie okazują to wyzywając ich czy zaczepiając na ulicy. Ostatecznie to napięcie, podniesione dodatkowe śmiercią dwóch czarnych w policyjnej strzelaninie prowadzi do ulicznych zamieszek, przejawów chuligaństwa i konfrontacji z dresiarzami. Film Carpignano stara się obiektywnie pokazać los imigrantów, którzy z jednej strony chcą ciężko pracować, z drugiej idą często na skróty kradnąc coś czy kombinując w inny sposób. Ostatecznie obraz jaki wyłania się z tego filmu jest raczej pozytywny i moim zdaniem to ta produkcja, a nie "Dheepan" powinna wejść do polskiej dystrybucji pod tytułem "Imigranci". Chcemy porozmawiać o problemie, to zróbmy to w rzetelny sposób.

Jeśli chodzi o związek między "Mediterraneą" a "Peur de rien", to powtarzają się tu pewne motywy związane z byciem imigrantem w europejskim kraju, sam temat jest już podobny, różne są jednak kierunku. O ile bowiem historia Liny, idzie raczej w stronę filmu o młodych dorosłych, o tyle losy Ayivy, spaja problematyka imigrancka.

To prawdopodobnie przedostatni wpis dotyczący Festiwalu Scope, zostały mi do zrelacjonowania trzy seanse, z których do jednego nie mam pojęcia jak podejść, drugi to film o marokańskich prostytutkach, a trzeci to chyba najprzyjemniejsza produkcja ze wszystkich, ale i tak raczej top2 niż top1. Muszę to jeszcze przemyśleć.

Udanej niedzieli :)