wtorek, 22 września 2015

Hellboy filmowy i komiksowy

Miałem dzisiaj napisać o różnych obliczach grozy w popkulturze podpierając się przykładami komiksów o Hellboyu Mike'a Mignoli i opowiadaniami Lovecrafta, ale robiąc swego rodzaju research obejrzałem dzisiaj "Hellboya II: Złotą Armię" i wiem, że jeśli teraz się do tego nie odniosę, to nie zrobię tego już nigdy, bo to film, który dosyć szybko wyleci mi z pamięci.

Warto zacząć od tego, że samą postać Hellboya bardzo lubię. Poznałem go gdzieś w liceum, kiedy okazało się, że ze Szczecińskiej biblioteki można wypożyczać komiksy. Przeczytałem dwa tomiki, pierwszy oraz jakiś losowy. Chociaż nie pamiętam wiele z historii, która była dosyć prosta, ani nawet jaki był tytuł tego drugiego tomiku, to został mi w pamięci pewien klimat i specyficzna kreska. Zaowocowało to tym, że od tygodnia pochłaniam kolejne części przygód czerwonego demona pracującego dla B.P.R.D (Bureau for Paranormal Research and Defense). Chcąc nie chcąc, świadomość, że Guillermo Del Toro zrealizował o tym bohaterze już dwa filmy (a ostatnio przebąkiwał coś o tym, że Hellboy zasługuje na trylogię) skłoniła mnie w końcu do tego, żeby obejrzeć "Złotą Armię". Niestety, jak mówił Arnold Schwarzenegger w "Bohaterze Ostatniej Akcji": "Big mistake...".

Zacznę może od specyfiki komiksu. Hellboy to najczęściej krótkie, kilkudziesięcio, czasem mniej, stronnicowe opowiadania, w których główny bohater podróżuje po świecie spotykając i najczęściej walcząc z różnymi zjawiskami paranormalnymi w większości zaczerpniętymi z lokalnego folkloru. Z czymkolwiek Hellboy by się nie mierzył schemat opowieści przebiega mniej więcej tak samo:

coś się dzieje-przybywa Hellboy-ktoś jest w niebezpieczeństwie-Hellboy tłucze się z jakimś wielkoludem

Bardzo ciekawy jest zwłaszcza ten ostatni aspekt, bowiem Hellboy jest "detektywem okultystycznym". Fakt, że większość jego spraw da się rozwiązać mocnym uderzeniem prawej ręki, trochę nie pasuje do tego wizerunku, z drugiej jednak strony sprawia, że komiksy te stają się niezobowiązującą rozrywką, w której nie brak jest klimatu, budowanego najczęściej przez odniesienia do legend czy mitologii oraz świetne kadry, na których Hellboy wygląda na nieziemskiego (dosłownie) kozaka.



Wracając do przyczyny powstania tego wpisu. W filmie Guillermo Del Toro podejmuje co prawda próbę budowania paranormalnego klimatu, kończy się ona jednak na scenografiach i kostiumach. Del Toro do minimum ogranicza efekty komputerowe, używając ich tylko do pokazywania wielkich stworzeń czy przestrzeni, których zbudowanie na planie mogłoby być zbyt kosztowne. Świat zaludniają więc statyści poprzebierani w dziwaczne kostiumy, kojarzące się niekiedy bardzo z "Labiryntem Fauna". Niestety, ten inscenizacyjny rozmach nie wychodzi filmowi na dobre. Siła opowiadań tkwi bowiem najczęściej w skromnej inscenizacji. Bohaterowie przemierzają ruiny zamków, nawiedzone lasy czy opustoszałe wioski, na swojej drodze spotykając niewielu bohaterów pobocznych. Pomaga to skupić się na tym co naprawdę istotne, Hellboyu, jego przeciwniku i drodze do jego zlikwidowania. W filmie natomiast wątków jest sporo, historia rozwija się powoli i opowiadana jest z dwóch perspektyw. Mamy złego, zbuntowanego księcia Elfów, który chce zdobyć władzę nad Złotą Armią i zrobić porządek z ludźmi (ależ sztampa) i mamy drużynę z B.P.R.D, która stara się mu w tym przeszkodzić. Zanim jednak dojdzie do jakiegokolwiek starcia między tymi dwiema stronami, oglądamy wątek miłosny Hellboya i Liz mającej zdolności pirotechniczne. W tle pojawia się wtedy ckliwa muzyczka, a bohater wygłasza refleksje, jakie wygłaszało przed nim wielu, prawdopodobnie wypadając przy tym szczerzej. Pojawia się też aspekt irracjonalnej niechęci społeczeństwa do drużyny, opierającej się na strachu przed ich innością. Ten wątek także wypada sztucznie, bo choć ma przybliżać stosunek Hellboya do świata i vice versa, to sprawia raczej wrażenie zapychacza dla dwugodzinnego metrażu.

Opierający się na kultowym komiksie film niemal całkowicie rezygnuje z tego fundamentu, budując na ogranych, filmowych schematach. Od początku wiadomo jak historia się rozwinie, bohaterowie przypominają marionetki, które robią co im kazał scenarzysta, udając, że mają psychologiczne motywacje tych działań, sprawia to, że film jest nużący i nawet sceny akcji (ograniczające się najczęściej do pojedynków 1 na 1) nie są w stanie wciągnąć w opowieść. Cierpi na tym materiał źródłowy, bo Hellboy jawi się tu jako trochę głupkowaty, zdziecinniały koks, który biega z wielką giwerą i w zasadzie daje się sprowokować każdemu, kto ma z nim jakiś problem. Komiks co prawda też ogranicza jego ekspresję do radosnego łupania przeciwników po mniej lub bardziej brzydkich mordach, jednak w oryginale detektyw dysponuje jakąś wiedzą, przeżywa dylematy związane ze swoim pochodzeniem i przeznaczeniem, więc coś tam się dzieje. Do tego jego wizerunek budowany jest na przestrzeni kolejnych tomów, które nawiązują do siebie, rozwijając poszczególne kwestie.

Ostatnio staję się przeciwnikiem samego siebie, bo zawsze byłem zwolennikiem poglądu, że książki należy oddzielać od ich filmowych adaptacji. Tylko z literaturą jest jakoś inaczej, bo opierający się na niej twórcy częściej potrafią stworzyć coś własnego i dobrego autonomicznie. Przykładami takich filmów niech będą "Łowca Androidów" bazujący na książce Dicka czy "Wróg" inspirowany "Podwojeniem" Saramago. Dwa filmy, w których widać powiązania z oryginałami, ale które są od nich niezależne i wzajemnie się nie spoilują. Tymczasem taka "Liga niezwykłych dżentelmenów", która wyciąga z komiksu w zasadzie tylko ideę dziwnej grupy czy drugi Hellboy, który także czerpie tylko postaci to filmy co najwyżej średnie, próbujące budować coś własnego, ale uciekające w znane terytoria ogranych schematów filmowych. Mam szczerą nadzieję, że Del Toro nie zrobi kolejnego Hellboya, a nawet, że nie powstanie kolejna Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Adaptacje komiksów nie zachęcają bowiem do czytania ich nawet jeśli są udane. Mam natomiast szczerą nadzieję, że ktoś w końcu zacznie zauważać w komiksach coś ponad postaci czy pomysły na fabuły. Zdecydowanie na to zasługują.


poniedziałek, 21 września 2015

"Młodość" Paolo Sorrentino - recenzja



Paolo Sorrentino tworzy od lat, jednak w masowej świadomości zaistniał dopiero rok temu, kiedy to "Wielkim Pięknem" zgarnął Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Kiedy więc na ekrany zawitała "Młodość" wszyscy "fani Sorrentino" rzucili się do kin. Słusznie, bo ten włoski artysta ma wszelkie predyspozycje do tego, by stać jednym z najważniejszych europejskich twórców.

Fabuła w "Młodości" właściwie nie istnieje. Nie ma tu jednej spójnej historii, która dąży do jakiegoś określonego z góry finału. Jest za to miejsce akcji - luksusowy ośrodek wypoczynkowy, do którego przybywają sławy z całego świata i są bohaterowie, których losy składają się na tę dwugodzinną opowieść. Na pierwszym planie oglądamy Michaela Caine'a oraz Harveya Keitela. Pierwszy wciela się w rolę apatycznego kompozytora, Freda Ballingera, który, choć stworzył w życiu wiele wspaniałych utworów pamiętany jest tylko z jednego, najbardziej przystępnego szerokiej publiczności. Jego przyjaciel - Mick, jest reżyserem, który wraz z grupką młodych scenarzystów opracowuje tekst swojego kolejnego dzieła, mającego być jego filmowym testamentem. Rachel Weisz wciela się w córkę Ballingera, wprowadzając do historii ważny wątek rodzinny, z kolei grający znanego aktora Paul Dano, to cichy obserwator, który zbiera doświadczenia innych bohaterów, co jakiś czas je komentując.

Film Sorrentino już samym zamysłem celuje w wielkość. Pod pewnymi względami jest bardzo podobny do "Wielkiego Piękna": bardzo spokojna narracja, refleksyjne, filozoficzne niemal dialogi, piękna muzyka dodająca obrazowi klimatu, no i oczywiście zachwycające zdjęcia. Wszystkie te przymiotniki wydawać się mogą puste, czy bardzo subiektywne, "Młodość" stworzona została bowiem po to, by zachwycać i trudno z początku odbierać ją na poziomie innym niż emocjonalny. Warstwa merytoryczna filmu jest jednak bardzo bogata. Przez ilość bohaterów, również tych epizodycznych, poruszanych jest tu wiele, różnorodnych wątków. Głównym jest oczywiście kwestia spuścizny, jaką człowiek, a zwłaszcza twórca, pozostawia po sobie na świecie, czy z jaką jest utożsamiany. Większość bohaterów zmaga się tu z problemem niezrozumienia. Ballinger nagrał "Simple Songs" i teraz Królowa Wielkiej Brytanii chce, żeby zagrano to na urodzinach księcia Filipa. Mick popełnił w swojej filmografii wiele gniotów, dlatego tak bardzo zabiega o stworzenie wieńczącego jego karierę arcydzieła. Jimmy Tree (Dano) pracował z największymi reżyserami, ale i tak publiczność kojarzy go głównie z roli Mistera Q, robota, którego kostium zakrywał nawet twarz aktora. Sorrentino dodaje do tego postać masażystki, które reprezentuje skrajnie inną postawę życiową i w pewnym sensie najbliższa będzie tym widzom, którzy oglądając losy bohaterów-artystów odczują strach przed byciem zwyczajnym.

W warstwie technicznej wszystko w "Młodości" jest z najwyższej półki. Na uwagę zasługują przede wszystkim aktorzy, z których każdy miał szansę pokazać na co tak naprawdę go stać. Najlepiej widać to u Michaela Caine'a, przez ostatnie lata grającego mądrych starszych panów (głównie w filmach Nolana). U Sorrentino wciela się w bohatera, który zmęczony jest takim wizerunkiem, w związku z czym zaczyna włóczyć się bez celu, a w jego wypowiedziach książkowe mądrości ustępują pola życiowym obserwacjom, często o wydźwięku humorystycznym. Kroku dotrzymuje mu Keitel, który najlepsze role ma już prawdopodobnie za sobą, jednak w kinie mniej mainstreamowym ("Kongres" Folmana, "Grand Budapest Hotel" Andersona [zanim okazał się być hitem, ale to pierwszy szał na taką skalę w przypadku Andersona]) od kilku lat udowadnia, że chociaż jego nazwisko nie sprzedaje już filmów, to wciąż niesie ze sobą jakość. Także Rachel Weisz zdecydowanie więcej pokazuje w filmach bardziej artystycznych (ostatnio chociażby "Lobster"), Paul Dano z kolei konsekwentnie buduje swoją markę i trzeba przyznać, że idzie mu to co raz lepiej.

"Młodość" to film, na którym albo zaśniecie, albo go pokochacie. Jeśli zaśniecie to prawdopodobnie nie zgodzicie się z ani jednym słowem, napisanym przeze mnie w tej recenzji, a filmy, które się przez nią przewinęły omijaliście do tej pory z daleka. Jeśli natomiast jesteście fanami "Wielkiego Piękna", a kino zdarza się wam traktować jak poezję, przy której można odpocząć, to "Młodości" nie możecie przegapić. Nie tylko dlatego, że teraz wiele osób będzie się nią zachwycać i prawdopodobnie zgarnie worek nagród. Głównie dlatego, że to film, który przypomina w jaki sposób kino może być sztuką, a to coś czego doświadczać możemy co raz rzadziej.

niedziela, 20 września 2015

Problem z konwentami, czyli co mogłoby być lepsze.

Dzisiaj w nocy wróciłem z Torunia, w którym odbywa się jeszcze Copernicon, czyli konwent fantastyki. Nie mam dużego konwentowego doświadczenia, byłem raptem na dwóch Pyrkonach, dwóch PDFach (Poznańskie Dni Fantastyki) i tym jednym wczorajszym wydarzeniu. Nigdy nie uważałem się za nerda, grałem w gry komputerowe, od czasu do czasu gram w nie nadal. Przerzuciłem się na planszówki, ostatnio zacząłem czytać komiksy i jestem co prawda na bieżąco z chyba wszystkimi filmami Marvela i DC, natomiast nie jestem fanem. Moje filmowa pasja zawsze jednak korespondowała jakoś z tym, co można znaleźć na konwentach, toteż na mój pierwszy Pyrkon trzy lata temu wybrałem się z wielkim entuzjazmem, na drugi z mniejszym, tegoroczny odpuściłem... Dlaczego?

Moje doświadczenie z konwentami ma swój początek w tym samym czasie, co rozpoczęcie przeze mnie studiów. Piszę to dlatego, że prawdopodobnie niezależnie od uczelni, jeśli tylko mieliście styczność z akademickim sposobem przekazywania wiedzy, to w jakiś sposób zmieniła ona wasze przyzwyczajenia. Siedzenie przez półtorej godziny i słuchanie jak ktoś się produkuje, w dodatku podpierając się źródłami, zmienia pojęcie o przekazywaniu informacji. Do końca liceum niewielu nauczycieli darzyłem autorytetem. Na studiach, nawet jeśli nudziły mnie wykłady, czy uważałem kogoś za średniego wykładowcę, to u większości podziwiałem wiedzę. Po co to piszę? Bo problem nie wywieraniem wrażenia osoby, która zna się na tym o czym mówi, to chyba najpoważniejszy zarzut wobec konwentowych prelegentów.

Rozumiem, ludzie różnie znoszą stres, nie wszyscy przyzwyczajeni są do występowania przed innymi ludźmi, czasem też coś się schrzani i prelekcja nie zaczyna się tak jak powinna. To wszystko są okoliczności łagodzące, natomiast w momencie, w którym wchodzę na prelekcję z tematu, którego nie jestem znawcą (czyli całego mnóstwa zagadnień), a jednak na podstawie własnej wiedzy, mam wątpliwości czy osoba prezentująca wie o czym mówi, to coś jest chyba nie tak.

Wczoraj wyszedłem z dwóch prelekcji, jedna dotyczyła starych filmów o superbohaterach, druga roli antybohaterów w filmie. Ta pierwsza zaczęła się zerwaniem ekranu i problemami z odpaleniem prezentacji. Abstrahując od tego, że w środowisku fantastycznym często brakuje poczucia profesjonalizmu i nikt nie powiedział nam "Jak państwo widzą, mamy problemy techniczne, przepraszamy, za chwilę zaczniemy", a zamiast tego cała akcja rozgrywała się na naszych oczach,  bo przez organizatorów była traktowana jak żart, to kiedy prelegentka zaczęła mówić o filmie "Batman" z 1966 roku witki mi opadły. Pech chciał, że widziałem ten film i znam kontekst, w którym powstał. Stary "Batman" to przykład filmu campowego, to znaczy takiego, który nobilituje zły gust, kicz i nieudolność i na tym buduje swoją narrację. Zrealizowanie filmu o tym bohaterze w takiej konwencji, było konsekwencją nie myślenia o komiksach w sposób poważny. Nie dotyczy to zresztą tylko Batmana, podobny los spotkał chociażby "Barbarellę". Z prelekcji dowiedziałem się natomiast, że "film jest świetny", "tak wtedy robiono filmy" i "jest to produkcja klasy Z" (szczerze wątpię, żeby przenoszenie na wielki ekran popularnego serialu o jednym z najpopularniejszych superbohaterów można uznać za kino klasy Z, którym to określeniem można by zbyć na przykład taki film jak "Zabójcze ryjówki").

Ja rozumiem, że można się jarać jakimś tematem, rozumiem, że środowisko dąży do zacieśniania więzi (na przykład na Pyrkonach preferuje się zwracanie na "ty" zamiast form grzecznościowych), co nie znaczy, że opowiadanie o czymś nie wymaga robienia researchu czy operowania szerszym zakresem pojęciowym niż "super" i "beznadziejny" (które to określenia reprezentują zresztą subiektywną opinię, niewiele wnoszącą w życie osób, nie znających osobiście autora słów). Jako osoba, która z każdy kolejnym zetknięciem ze środowiskiem fantastycznym, czuje się od niego co raz bardziej oddalać, życzyłbym sobie, żeby ktoś pomyślał o ludziach takich jak ja. Ludziach, którzy niekoniecznie są podjarani tematami, którzy są nimi zainteresowani i szukają nowych tropów, ale których trzeba zachęcić w sposób inny niż mówienie "super, musisz zobaczyć". Myślę, że jest to coś, co organizatorzy konwentów powinni rozważyć (wprowadzając choćby jakieś wymogi odnośnie przygotowania prelekcji), bo chociaż taki Pyrkon z roku na rok przyciąga co raz więcej ludzi, to jednocześnie staje się środowiskiem bardzo hermetycznym.

Fantaści wychodzą z cienia, jednak nie staną się grupą respektowaną, której zdanie może być brane pod uwagę, jeśli te same osoby, na wszystkich możliwych konwentach będą robić te same prelekcje przez kilka lat z rzędu. Nie zmieni się to również, jeśli poziom merytoryczny prelekcji nie stanie wreszcie na jakimś przyzwoitym poziomie. Bo co z tego, że ludzi przyciągnie temat, jeśli wyjdą stwierdzając, że pieniądze wydane na wejście, nie zwróciły się w wartości doświadczenia.

niedziela, 13 września 2015

Kwestia konwencji, czyli potencjalne kije w d*pie

Ostatnio przy okazji radosnego skakania po kanałach trafiliśmy z matulą na "Klątwę Laleczki Chucky" z roku 2013. Żadne z nas nie ogląda raczej horrorów, mama się boi, ja zwykle ograniczam się do klasyki, bo za dużo fuszerki powstaje w tym gatunku. Nie mniej jednak, skoro zaczęliśmy już oglądać (bo prawdopodobnie spóźniliśmy się na planszę z tytułem, więc chcąc się dowiedzieć co to za film, czytaliśmy nazwiska kolejnych twórców), postanowiliśmy to przetrwać.

Nie jestem fanem serii, niedawno widziałem część pierwszą (przy okazji czego napisałem wpis o Głupich dorosłych i ich biednych dzieciach) i o ile mimo pewnych skrótów i szeleszczących papierem postaci nawet mi się podobało, o tyle przy "Klątwie...", która jest szóstą odsłoną serii załamywałem już ręce i co chwila wybuchałem śmiechem.

Horror jest gatunkiem filmowym, który wymaga od widza kilku rzeczy. Przede wszystkim, jeśli w historii występują wątki paranormalne, to widz, chcąc się dobrze bawić, musi zawiesić swoją niewiarę. To możliwe, że w szafie czai się potwór, że zmarli ożyli i chcą nas zjeść, że jakieś dziecko, zostało opętane, albo że dostało lalkę, w której tkwi dusza mordercy. Jest to część KONWENCJI (słowo klucz w niniejszym wpisie), która zakłada również występowanie innych motywów, by realizować założenia gatunku, a ostatecznie sprawniej straszyć. Niestety, z tworzeniem kina gatunkowego wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Najczęstsze jest takie, że realizując pewne schematy, twórca posłuży się kliszą, która przestała już spełniać swojej podstawowej roli i stała się raczej pustym, za to dobrze rozpoznawalnym znakiem, który burzy realność przedstawionego świata i wybija z toku narracji.

Zmarły niedawno Wes Craven w swoim kultowym już "Krzyku" postawił na autotematyczność. Jego bohaterowie oglądają dużo horrorów i nie wahają się ich dekonstruować. Głupia bohaterka zamiast wybiegać z domu, w którym jest morderca, wbiega na piętro skąd nie ma ucieczki. Jeśli, ktoś mówi, że zaraz wróci, to najprawdopodobniej zginie jako kolejny...


W "Klątwie Laleczki Chucky" takich motywów była cała masa i mam nadzieje, że nikt nie będzie miał mi za złe, że zacznę teraz rzucać spoilerami. Powrócił oczywiście motyw głupich dorosłych, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że z lalką, która pojawia się i znika w tajemniczych okolicznościach może być coś nie tak. Dziewczynka, która dostała lalkę jest natomiast pozbawiona jakiejkolwiek refleksji i kiedy Chucky rzuca w nią wulgaryzmami ta cieszy się i myśli, że nadal są najlepszymi przyjaciółmi. U wszystkich bohaterów szwankuje też świadomość przestrzeni (space awareness), ich oczy są w stanie skoncentrować się tylko na jednym punkcie, a szyja pozostaje nieruchoma. Ja rozumiem, że trzeba jakoś pchać akcję do przodu i że bohaterowie są do jakiegoś stopnia odczłowieczani na rzecz tworzenia z nich typów wnoszących coś w narrację, ale nie uwierzę, że kiedy siedzisz sobie na łóżku z laptopem, a twoja kochanka, która przez video czat pokazuje ci palcem na coś co jest za tobą, to nawet nie zerkniesz o co jej może chodzić. Albo że chodząc po opuszczonym strychu (na który weszłaś, bo zobaczyłaś uchylone drzwi, więc zamiast sprawdzić czy twojej córki faktycznie nie ma w łóżku, postanowiłaś eksplorować nowe terytoria zakładając, że tam właśnie ją znajdziesz) nie rozglądasz się dookoła. Ba, znajdując ogromny nóż schowany w ogrodniczkach lalki, kładziesz go obok niej i nigdy już nie patrzysz w jej stronę, bo coś odwróciło twoją uwagę. Szczytem idiotyzmu jest natomiast zdrapywanie makijażu z tejże lalki, która w cudowny sposób pojawiła się w nowym miejscu (kto ją tam przyniósł? a może sama się przyniosła? W takim razie albo zacznij krzyczeć na głupiego żartownisia, albo trzaśnij ją latarką w plastikowy łeb).



Gdy załamywałem ręce i śmiałem się z żałości moja mama stwierdziła, że to część konwencji. Otóż nie. Wielokrotnie pod moimi recenzjami filmwebowicze zarzucali mi nie rozpoznanie konwencji. Ostatnio nawet kazano mi (nie bezpośrednio, ale jednak) wyjąć sobie kij z dupy i dobrze się bawić, na filmie, który po to własnie powstał (Kryptonim U.N.C.L.E). Widzę konwencję, potrafię dostrzec, że coś stara się parodiować pewne motywy, co nie znaczy, że skoro jakiś aspekt został ujęty w nawias, to nie można go skrytykować za złą realizację. "Kryptonim..." odwoływał się do kina szpiegowskiego, ale na jego polu był średnią realizacją. "Klątwa..." musiała zmierzyć się z dorobkiem kinematograficznym sięgającym w zasadzie początków kina i nie popaść w schematyzm i przegrała na tym polu. To nie jest tak, że bohaterami filmu muszą być idioci, żeby dało się ich zabić i pchać akcję w przód. W "Coś za mną chodzi" podejście nastolatków do problemu jest całkiem realistyczne. Nie wiedzą co za nimi chodzi, wiedzą, że nie mogą dać się dotknąć. Kiedy więc w szkole pojawia się babcia ubrana w piżamę pacjenta i nie reaguje na mówienie do niej, to nie ma co ryzykować i trzeba spier*alać.

Na sam koniec krótka refleksja o dwóch filmach, przy których wiele osób ma prawdziwy problem z rozpoznaniem konwencji. "Dom w głębi lasu" i "Mordercza opona". Oba brzmią i wyglądają jak horrory, żaden z nich horrorem nie jest. Ten pierwszy to w zasadzie komedia, pastisz horrorów, wykorzystujący, ale też demaskujący gatunkowe schematu w czym tkwi jego wartość. Drugi tytuł, to film o filmie, śledzenie losów opony, jest pretekstem do swobodnych refleksji na temat tego jaka rolę pełni widz dla filmu oraz dlaczego pewnych rzeczy się w kinie unika.


I to jest brak zrozumienia, to czego niektórzy chcą, żebyśmy się nie czepiali, "bo taka była konwencja", to po prostu kiepskie filmy.

wtorek, 8 września 2015

Filmy i komiksy, czyli co się dzieje przy zetknięciu dwóch mediów?

Jakiś czas temu stałem się zapalonym czytaczem komiksów. Zaczęło się, prawdopodobnie, od filmu. Jeszcze w liceum sięgnąłem po kilka części komiksu Mike'a Mignoli o Hellboyu, które wówczas wydały mi się uboższe w stosunku do filmu, jednak posiadały specyficzny klimacik, który gdzieś we mnie osiadł, nie pozwalając o serii zapomnieć.

Jakieś dwa lata temu, gdy byłem na swoim pierwszym Pyrkonie trafiłem na prelekcję pana, który w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu zajmuje się zbiorem komiksów. Opowiadał o kolekcji, o tym skąd się wzięła, w jaki sposób się powiększa, trochę o tym jak z niej korzystać... Pan miał na imię Rafał, a ja potrzebowałem kolejnego roku, żeby wreszcie się tam wybrać.

Zrobiłem to przy okazji przygotowań do mojej prelekcji przy okazji seansu "Scott Pilgrim kontra świat" i przeczytałem wtedy dwa tomy przygód Scotta Pilgrima, który jest nerdowym, kanadyjskim dwudziestokilkulatkiem. Tak jak George Orwell umieszczając słowo "orgazm" na bodajże szóstej stronie "Roku 1984" zmienił moje postrzeganie książek (okazało się, że nie to nie tylko nudne lektury szkolne), tak Brian Lee O'Malley zachęcił mnie do zagłębiania się w świat komiksów. Słuszność tego kierunku potwierdził Adrian Tomine, ale największe wrażenie dotychczas, zrobiły chyba na mnie powieści graficzne Alana Moore'a, z którego nazwiskiem prawdopodobnie wielu z was już gdzieś się spotkało.

Alan Moore jest autorem scenariuszy do takich komiksów jak "Strażnicy", "V jak Vendetta" czy "Liga Niezwykłych Dżentelmenów". Trzy tytuły najlepiej chyba znane, ze względu na filmowe adaptacje, których się doczekały. Sam Moore za kinem nie przepada, gdyż uważa, że istnieją lepsze media oraz formy spędzania czasu. Poza tym miał nieprzyjemności związane z adaptowaniem jego prac. Widziałem te trzy filmy i muszę przyznać... miał podstawy.

Na "V jak Vendetta" byłem w kinie, ocenę na Filmwebie mam z 2008 roku. "7" czyli nawet jako nastolatek film mnie nie oszołomił. Powieść Moore'a i Davida Lloyda skończyłem czytać dzisiaj i o ile początek ma odrobinę niezgrabny (komiks pojawiał się od 1982 roku do 1988, miał więc czas ewoluować), to jako całość robi potężne wrażenie.

Jest to wizja przyszłości dziejąca się pod koniec lat 90', kiedy to Anglia jest w zasadzie jedynym krajem ocalałym po wojnie nuklearnej. Panuje w niej ustrój totalitarny, na którego czele stoi dyktator, kontrolujący wszystko za pomocą superkomputera Fatum oraz poszczególnych departamentów inwigilujących obywateli. V jest tajemniczym terrorystą, który postanawia obalić reżim.

Powieść Moore'a i Lloyda jest mroczna, przesiąknięta cytatami (Szekspiry i inne) i skłaniająca do refleksji. To jeden z tych utworów, który pokazuje co się dzieje, gdy ludzie godzą się z sytuacją, na którą godzić się nie powinni, gdy unikają wzięcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie. To także tekst, udowadniający, że komiksy mogą dotykać trudnych tematów i wychodzić zwycięsko ze starcia z nimi. Z tego co pamiętam film Jamesa McTeigue'a, choć nie był zupełnie pozbawiony polityczno-społecznej refleksji, skupiał się raczej na akcji i pokazywaniu spektakularnych starć V z oddziałami policji. 

Podobnie rzecz się ma ze "Strażnikami" Zacka Snydera, którzy po obejrzeniu stali się dla mnie jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) filmem o superbohaterach. Fakt, duża była w tym zasługa głównego złego, którego tożsamości nie wyjawię, gdyż jest to pewne zaskoczenie, jednak nie tak duże jak sposób w jaki "zagina" on głównych bohaterów. "Strażnicy" portretują świat, w którym superbohaterowie to w większości byli funkcjonariusze prawa, wkładający kostium by poza prawem móc walczyć z przestępczością. Ich czas jednak w pewnym momencie dobiega końca i zostają zdelegalizowani (trochę jak w "Iniemamocnych" - wyczuwam inspirację ze strony scenarzystów Pixara), ktoś jednak odnajduje byłych herosów i zaczyna ich zabijać...

Film Snydera podobał mi się ze względu na poważniejsze podejście do tematu i sprawne wymykanie się schematom. Świat, w którym funkcjonowali bohaterowie nie był czarno-biały, często ludzie mający bronić porządku podejmowali niejednoznaczne moralnie decyzje. Sami bohaterowie byli interesujący od posiadającego niemal boskie moce doktora Manhattana, którego wątek wprowadzał niemalże teologiczną refleksję po posiadającego żelazny kodeks moralny Rorschacha, którego metodom, chociaż brutalnym, nie można było odmówić skuteczności.

Kilka miesięcy temu przeczytałem jednak "Strażników" Moore'a i Gibbonsa i sorry Snyder, ale twój film ma się nijak. Powieść to cegła, spędziłem nad nią kilka kolejnych dni, po około dwie godziny w czytelni zagłębiając się w ten świat. Wątków jest tu mnóstwo, część z nich została zmieniona na potrzeby filmu, część byłaby trudna do przeniesienia, więc została zupełnie wycięta. To właśnie w tych wątkach dostawaliśmy jednak tło społeczne dla całej historii, czyli to, o co tak naprawdę w opowieści o "Strażnikach" chodziło. Dowiadywaliśmy się jak ludzie reagują na kolejne rewelacje o występkach bohaterów, jak media manipulują przekazami, jak za pomocą mediów zmienia się percepcja. Moore i Gibbons stworzyli cały świat, który wypełnili, mającymi własne życia postaciami uwiarygodniając całą historię. Znowu okazało się, że filmowcy postawili na akcję, na efekciarstwo pozbawiając swoją opowieść refleksji, która stanowiła tak naprawdę trzon wszystkiego.

Nie chodzi tu o pradawne pytanie "czy film jest lepszy od książki?". Rzadko jest, czasem jedynie bazując na tekście idzie w inne rejony, tak się stało z "Łowcą Androidów", który jest adaptacją książki Philipa K. Dicka "Czy Androidy śnią o elektrycznych łowcach?" tak było w przypadku filmu "Wróg" z Jake'iem Gyllenhaalem, który stanowił adaptację "Podwojenia" Jose Saramago. "Liga niezwykłych dżentelmenów" biorąc z komiksu jedynie postaci (a i tak dodając własne) poszła w zupełnie innym kierunku niż komiks i wyszła z tego kupa. Może filmowcy traktują komiksy jako zbiór pomysłów na fabuły czy bohaterów, albo po prostu znane marki, na których można dodatkowo zarobić. Dlatego o ile twórców filmowych adaptacji powieści Moore'a trudno mi nazwać artystami, ich utwory świadczą raczej o statusie "rzemieślnika", o tyle samego Moore'a artystą określę bez wahania. 
I to artystą wielkiego formatu.