Miałem dzisiaj napisać o różnych obliczach grozy w popkulturze podpierając się przykładami komiksów o Hellboyu Mike'a Mignoli i opowiadaniami Lovecrafta, ale robiąc swego rodzaju research obejrzałem dzisiaj "Hellboya II: Złotą Armię" i wiem, że jeśli teraz się do tego nie odniosę, to nie zrobię tego już nigdy, bo to film, który dosyć szybko wyleci mi z pamięci.
Warto zacząć od tego, że samą postać Hellboya bardzo lubię. Poznałem go gdzieś w liceum, kiedy okazało się, że ze Szczecińskiej biblioteki można wypożyczać komiksy. Przeczytałem dwa tomiki, pierwszy oraz jakiś losowy. Chociaż nie pamiętam wiele z historii, która była dosyć prosta, ani nawet jaki był tytuł tego drugiego tomiku, to został mi w pamięci pewien klimat i specyficzna kreska. Zaowocowało to tym, że od tygodnia pochłaniam kolejne części przygód czerwonego demona pracującego dla B.P.R.D (Bureau for Paranormal Research and Defense). Chcąc nie chcąc, świadomość, że Guillermo Del Toro zrealizował o tym bohaterze już dwa filmy (a ostatnio przebąkiwał coś o tym, że Hellboy zasługuje na trylogię) skłoniła mnie w końcu do tego, żeby obejrzeć "Złotą Armię". Niestety, jak mówił Arnold Schwarzenegger w "Bohaterze Ostatniej Akcji": "Big mistake...".
Zacznę może od specyfiki komiksu. Hellboy to najczęściej krótkie, kilkudziesięcio, czasem mniej, stronnicowe opowiadania, w których główny bohater podróżuje po świecie spotykając i najczęściej walcząc z różnymi zjawiskami paranormalnymi w większości zaczerpniętymi z lokalnego folkloru. Z czymkolwiek Hellboy by się nie mierzył schemat opowieści przebiega mniej więcej tak samo:
coś się dzieje-przybywa Hellboy-ktoś jest w niebezpieczeństwie-Hellboy tłucze się z jakimś wielkoludem
Bardzo ciekawy jest zwłaszcza ten ostatni aspekt, bowiem Hellboy jest "detektywem okultystycznym". Fakt, że większość jego spraw da się rozwiązać mocnym uderzeniem prawej ręki, trochę nie pasuje do tego wizerunku, z drugiej jednak strony sprawia, że komiksy te stają się niezobowiązującą rozrywką, w której nie brak jest klimatu, budowanego najczęściej przez odniesienia do legend czy mitologii oraz świetne kadry, na których Hellboy wygląda na nieziemskiego (dosłownie) kozaka.
Wracając do przyczyny powstania tego wpisu. W filmie Guillermo Del Toro podejmuje co prawda próbę budowania paranormalnego klimatu, kończy się ona jednak na scenografiach i kostiumach. Del Toro do minimum ogranicza efekty komputerowe, używając ich tylko do pokazywania wielkich stworzeń czy przestrzeni, których zbudowanie na planie mogłoby być zbyt kosztowne. Świat zaludniają więc statyści poprzebierani w dziwaczne kostiumy, kojarzące się niekiedy bardzo z "Labiryntem Fauna". Niestety, ten inscenizacyjny rozmach nie wychodzi filmowi na dobre. Siła opowiadań tkwi bowiem najczęściej w skromnej inscenizacji. Bohaterowie przemierzają ruiny zamków, nawiedzone lasy czy opustoszałe wioski, na swojej drodze spotykając niewielu bohaterów pobocznych. Pomaga to skupić się na tym co naprawdę istotne, Hellboyu, jego przeciwniku i drodze do jego zlikwidowania. W filmie natomiast wątków jest sporo, historia rozwija się powoli i opowiadana jest z dwóch perspektyw. Mamy złego, zbuntowanego księcia Elfów, który chce zdobyć władzę nad Złotą Armią i zrobić porządek z ludźmi (ależ sztampa) i mamy drużynę z B.P.R.D, która stara się mu w tym przeszkodzić. Zanim jednak dojdzie do jakiegokolwiek starcia między tymi dwiema stronami, oglądamy wątek miłosny Hellboya i Liz mającej zdolności pirotechniczne. W tle pojawia się wtedy ckliwa muzyczka, a bohater wygłasza refleksje, jakie wygłaszało przed nim wielu, prawdopodobnie wypadając przy tym szczerzej. Pojawia się też aspekt irracjonalnej niechęci społeczeństwa do drużyny, opierającej się na strachu przed ich innością. Ten wątek także wypada sztucznie, bo choć ma przybliżać stosunek Hellboya do świata i vice versa, to sprawia raczej wrażenie zapychacza dla dwugodzinnego metrażu.
Opierający się na kultowym komiksie film niemal całkowicie rezygnuje z tego fundamentu, budując na ogranych, filmowych schematach. Od początku wiadomo jak historia się rozwinie, bohaterowie przypominają marionetki, które robią co im kazał scenarzysta, udając, że mają psychologiczne motywacje tych działań, sprawia to, że film jest nużący i nawet sceny akcji (ograniczające się najczęściej do pojedynków 1 na 1) nie są w stanie wciągnąć w opowieść. Cierpi na tym materiał źródłowy, bo Hellboy jawi się tu jako trochę głupkowaty, zdziecinniały koks, który biega z wielką giwerą i w zasadzie daje się sprowokować każdemu, kto ma z nim jakiś problem. Komiks co prawda też ogranicza jego ekspresję do radosnego łupania przeciwników po mniej lub bardziej brzydkich mordach, jednak w oryginale detektyw dysponuje jakąś wiedzą, przeżywa dylematy związane ze swoim pochodzeniem i przeznaczeniem, więc coś tam się dzieje. Do tego jego wizerunek budowany jest na przestrzeni kolejnych tomów, które nawiązują do siebie, rozwijając poszczególne kwestie.
Ostatnio staję się przeciwnikiem samego siebie, bo zawsze byłem zwolennikiem poglądu, że książki należy oddzielać od ich filmowych adaptacji. Tylko z literaturą jest jakoś inaczej, bo opierający się na niej twórcy częściej potrafią stworzyć coś własnego i dobrego autonomicznie. Przykładami takich filmów niech będą "Łowca Androidów" bazujący na książce Dicka czy "Wróg" inspirowany "Podwojeniem" Saramago. Dwa filmy, w których widać powiązania z oryginałami, ale które są od nich niezależne i wzajemnie się nie spoilują. Tymczasem taka "Liga niezwykłych dżentelmenów", która wyciąga z komiksu w zasadzie tylko ideę dziwnej grupy czy drugi Hellboy, który także czerpie tylko postaci to filmy co najwyżej średnie, próbujące budować coś własnego, ale uciekające w znane terytoria ogranych schematów filmowych. Mam szczerą nadzieję, że Del Toro nie zrobi kolejnego Hellboya, a nawet, że nie powstanie kolejna Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Adaptacje komiksów nie zachęcają bowiem do czytania ich nawet jeśli są udane. Mam natomiast szczerą nadzieję, że ktoś w końcu zacznie zauważać w komiksach coś ponad postaci czy pomysły na fabuły. Zdecydowanie na to zasługują.



