Zuza stwierdziła kiedyś, że nie mogę wydawać sądów na temat polskiego kina, bo za mało go widziałem. Faktycznie, unikałem wtedy polskich filmów, tak jak i innych produkcji europejskich. Ostatnio sprawdzałem swoje statystyki na Filmwebie i okazało się, że jakby w odpowiedzi na ten zarzut, w tym roku podwoiłem liczbę oglądanych rocznie filmów polskich. Nadal jest to jednak niewiele, bo jakieś 34 pozycje. Usprawiedliwiając się trochę tym, że to mniej więcej tyle, co wyprowadzona na przestrzeni kilku ostatnich lat średnia ilość produkowanych rocznie filmów w naszym kraju oraz tym, że przeciętny widz zaczynający zdanie od "A polskie kino to..." ogląda prawdopodobnie jeszcze mniej rodzimych produkcji, postanowiłem wyrazić swoje zdanie na temat współczesnych, polskich dzieł. Ze względu jednak na powyższe statystyki, proszę mnie traktować raczej jak widza, który zauważa pewne zjawiska, niż eksperta, który o ich istnieniu jest przekonany.
Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy kilka razy udało mi się oglądać filmy "parami". Chodzi o to, że kiedy oglądałem dwa filmy tego samego dnia, to okazywało się, że są do siebie na tyle podobne, że można je ze sobą zderzać i na tej podstawie snuć refleksje. Najpierw taką parę stanowił "Kanał" Wajdy i "Miasto 44" Komasy, dwa dni później "Wielki Sen" i "Sin City 2". Ostatnio z kolei sparowałem "Dziewczynkę z kotem" Asi Argento i "Obietnicę" Anny Kazejak. Jaki obraz powstaje na bazie tych zderzeń? Niestety niezbyt ładny.
To co widać na pierwszy rzut oka, to jakaś ciążąca na twórcach presja, albo ich wewnętrzne poczucie obowiązku mówienia o tematach ważnych. Marcin Adamczak w swojej książce "Globalne Hollywood..." rozciąga to zjawisko na wszystkie kinematografie europejskie, które zostały niejako zepchnięte do roli kina artystycznego czy społecznego, po konfrontacji z wolnym rynkiem i panującym na nim kinem hollywoodzkim. Faktycznie, nie jest to przypadek jedynie polski, aczkolwiek chociażby w parze "Obietnica"&"Dziewczynka z kotem" widać pewne bolączki, z którymi zmaga się polski film. Po pierwsze jest to swoista łopatologia. Słowo niezbyt zgrabne, ale celnie oddaje zjawisko i z tego względu lubię go używać. Zwłaszcza, że jest raczej zrozumiałe. Zarówno włoski jak i polski film traktują zasadniczo o tym samym - o dziecku i jego potrzebie zainteresowania ze strony rodziców. Bohaterkami obu filmów są dziewczynki z rozbitych rodzin, którym brakuje rodzicielskiej miłości. O ile jednak Asia Argento posługuje się specyficzną estetyką do zobrazowania zjawiska, o tyle Anna Kazejak wykorzystuje w tym celu ekstremum sytuacji morderstwa, które choć zapowiada się na główną oś fabularną filmu, jest jedynie przyczynkiem do pokazywania spustoszenia, jakiego może dokonać brak uwagi rodziców. Morderstwo jako konsekwencja, obraz środowiska młodych ludzi, w który nie jesteśmy w stanie uwierzyć, a także prezentowanie Szczecina jako hipsterskiej metropolii, w której ludzie jeżdżą na plażę by tam imprezować (co godzi w mój lokalny patriotyzm) sprawia, że z opowieści zaangażowanej, mocno osadzonej w rzeczywistości, "Obietnica" przeradza się w parabolę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przestrogi, które autorzy chcieli ewidentnie przekazać widzom, nie są ani specjalnie odkrywcze, ani nie pogłębiają wiedzy już posiadanej. To raczej rzeczy oczywiste, o których wiemy, a o których niektórzy być może czasem zapominają. Sposób przypominania o tym, jest jednak nietrafiony, przypominający fabularyzowaną wersję tragedii z pierwszych stron gazet, niż autentycznie refleksyjne kino.
Ostatnio obejrzałem "Hardkor Disko", o którym słyszałem raczej jednogłośne opinie. Wszyscy się krzywili, ale zastrzegali, że film jest ładny. Faktycznie, strona techniczno-wizualna jest na naprawdę niespotykanym w polskim kinie poziomie, gdyby takie były normy, to mielibyśmy na czym budować naszą narodową kinematografię (heh). Tym bardziej irytuje fakt, że poza oprawą wizualną nie ma w tej produkcji wiele. Jest symbolika, są odniesienia do innych filmów, są jakieś niejasności, które teoretycznie powinniśmy chcieć klarować, ale wszystko to razem tak bardzo nie współgra, że ja po wyjściu z sali, naprawdę nie miałem ochoty rozmyślać o co twórcom chodziło. Co ciekawe reżyser i scenarzysta w jednej osobie, czyli Krzysztof Skonieczny, udzielił kilku wywiadów, w których tłumaczy co też pokazał w swoim filmie. Używa przy tym wyrazów, które klasyfikują go raczej jako nadętego buraka z tomiszczem słownika, niż inteligenta, który "trudnymi" słowami operuje w codziennych rozmowach. To również przykre, że polscy, młodzi twórcy czują potrzebę opowiadania, czy tłumaczenia swojej sztuki. O ile mam poważne zastrzeżenia do moich zajęć z "Wiedzy o moralności" to padła na nich ostatnio dość mądra kwestia: sztuka, która potrzebuje manifestów by być zrozumiała, nie jest dobrą sztuką. Przypomina mi się sytuacji, w której to pani Barbara Białowąs postanowiła wykłócać się z Michałem Walkiewiczem o jego recenzję filmu "Big Love", sugerując mu, że źle go interpretuje (!?). Rozumiem, że zrobienie dobrego filmu nie jest zadaniem łatwym, ale pożądaną w tym przypadku postawą byłoby chyba raczej pokorne pochylenie głowy i poczekanie na werdykt publiczności i krytyków, zamiast kreowania się na artystę niosącego pokoleniowe przesłanie.
Porównując jednak ten rok z poprzednim można chyba mieć jakąś nadzieję na przyszłość. Nie było w tym roku żadnej "Bitwy pod czymśtam" było co prawda "Miasto 44" i dokument o powstaniu warszawskim, ale mamy też rocznicę, więc jest to z jednej strony uzasadnione, a z drugiej takie na przykład "Miasto 44" było pewną próbą zrobienia hollywodzkiego filmu wojennego... inna sprawa, że bardzo nieudaną. Z pozytywów można wymieniać "Bogów", którzy nie robili ze Zbigniewa Religii postaci tragicznej i nie wynosili go na piedestał, raczej skupiając się na opowiedzeniu, bądź co bądź schematycznej w ramach gatunku, ale jednak gatunkowej (bio-pic), a mimo to na wskroś polskiej historii. Osobiście opiewał będę "Jezioraka", bo reprezentuje to czego mi w polskim kinie brakuje najbardziej, czyli kino gatunkowe w pełnej krasie, które jest u nas chyba kojarzone z czymś gorszym. A ile byśmy się nauczyli, gdybyśmy zamiast takich kolejnych "Obietnic" robili na przykład kryminały... Może tędy droga? Taka "Ida" na przykład, będąca ostatnio w centrum zainteresowania, też poniekąd ociera się o gatunkowość... jest trochę noirowata.
Nie jest dobrze, ale nic to, bo miejmy nadzieję, że rok 2014 nie jest tylko gatunkowym ewenementem na skalę narodową, a tendencją, która się utrzyma. Ja jako ja, bardzo chciałbym oglądać polskie filmy niepotrzebne, takie, które nie mają nieść ze sobą żadnych głębszych treści, nie mają nikogo uczyć, ani budować świadomości historycznej. Chciałbym oglądać robione za standardowe budżety filmy bawiące się formą i treśćią i pokazujące, że w Polsce też mieszkają pasjonaci, a nie jedynie moralizatorzy.
Tego sobie i wam na nadchodzący rok 2015 (i na przyszłe) życzę.
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :)
poniedziałek, 22 grudnia 2014
sobota, 13 grudnia 2014
Wyzwanie Zwierza, czyli 10 filmów, które warto zobaczyć, żeby zrozumieć świat filmu
Ostatnio Zwierz Popkulturalny rzucił wyzwanie swoim znajomym blogerom (wśród których nie jestem), na zrobienie tytułowej listy. Jako, że filmy to mój konik i trochę tak jak Zwierz, uważam, że edukacja filmowa jest czymś co powinno zaistnieć chociażby w zbiorowej świadomości postanowiłem samodzielnie nominować się do zrobienia takiego spisu. Nie są to "must see" światowej kinematografii, bo z tymi sam mam problem (nie obejrzałem jeszcze wszystkich must seesów z listy mojej wykładowczyni od historii filmu, ale ten dzień nadejdzie). To raczej subiektywny dobór produkcji, które jakoś we mnie zostały i czegoś mnie o kinie nauczyły. Są tam produkcje różne gatunkowo, w większości amerykańskie (bo nie oszukujmy się, Holywood rządzi tym rynkiem) i często ironiczne, gdyż najbardziej mnie boli, gdy ktoś robi filmowi zarzut z czegoś, co miało być traktowane jako żart. Zaczynajmy zatem!
Hiszpański więzień (1997) reż. David Mamet
Z tego co pamiętam jest to film, który obejrzałem dosyć przypadkowo. Na pewno był puszczony w telewizji, co mnie jednak skłoniło, do obejrzenia? Wydaje mi się, że Woody Allen mógł coś o nim wspomnieć w wywiadzie-rzece, który akurat wtedy przeczytałem. W każdym razie mój seans wyglądał tak, że połowę filmu siedziałem oglądając co prawda uważnie, ale bez większych emocji. Gdy jednak w filmie nastąpił twist, zupełnie zmieniający treść byłem w takim szoku i co chwile spadało na mnie nowe "wow", że drugą połowę dosłownie stałem przed ekranem z opadniętą szczęką.
"Hiszpański więzień" to film, po którym zacząłem doceniać scenarzystów filmowych i zwracać na nich uwagę szukając filmów do obejrzenia (wcześniej kryterium byli aktorzy... co miało sens póki nie wyrosłem z filmów z Van Dammem). David Mamet, który jest jednocześnie reżyserem i autorem scenariusza świetnie rozprowadza tropy. Nie chcę mówić za wiele, ale w tym filmie nic nie jest bez znaczenia. To też taka produkcja, która pokazuje jak ważny jest tekst filmu. Mamet nie jest wybitnym reżyserem, jego film pod tym względem nie wyróżnia się spośród innych produkcji lat dziewięćdziesiątych. To co jednak czyni go zapamiętywalnym to misternie skonstruowana fabuła, która sprawi, że nigdy już nie zlekceważycie roli scenarzysty.
Na zakończenie Mamet zrobił wcześniej film "Dom Gry", który bazuje na podobnym pomyśle co więzień, ale jest skromniejszy i nie tak dopracowany. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy skupcie się tylko na "Więźniu".
Psychoza (1960) reż. Alfred Hitchcock
Tu chyba bez zaskoczenia. Chociaż zajęcia z analizy dzieła filmowego trochę obrzydziły mi ten film (a także "Obywatela Kane'a" oraz "Lśnienie", bo widocznie na wielokrotnym pokazywaniu tych filmów można omówić całą problematykę związaną z kinematografią), to jest on wciąż obrazem wybitnym, ale trzeba sobie jednak uświadomić dlaczego.
Po pierwszym seansie "Psychozy" oceniłem go na Filmwebowe 9, trochę na wyrost. Tkwiło we mnie wtedy przeświadczenie, że klasyki muszę doceniać (z tego samego względu tą samą notą uraczyłem "Popiół i diament"). Film Hitchcocka jest znany ze względu na słynną scenę morderstwa pod prysznicem i towarzyszącą mu piskliwą melodię i faktycznie jest to element kluczowy. Warto jednak poświęcić chwilę na zrozumienie dlaczego jest to tak istotna scena. Tu zaczynają się SPOILERY, aczkolwiek mam nadzieję, że wszyscy już arcydzieło Hitchcocka widzieli. Fenomen tego czym jest ten film polega na zabiciu głównej bohaterki w 40 minucie filmu. Jest to spory szok, nawet jeśli ma się świadomość w "Psychozie" jest scena morderstwa pod prysznicem. Pamiętam jak jako 16 latek myślałem sobie "No dobrze, ale to pewnie nie ona ginie", bo tak niemożliwym było dla mnie zabicie głównej postaci. Mało tego, po jej śmierci śledzimy losy idącego jej tropem detektywa, myślimy sobie "Czyli to jednak on jest głównym bohaterem, to historia o nim", a tu nagle ciach i on też ginie. Hitchcock się z nami nie patyczkuje, jest władcą umysłów, a jego bezwzględność sprawia, że na przykład oglądając "Ptaki" nie mogłem siedzieć spokojnie, wiedząc, że ktoś przeżyje "bo jest głównym bohaterem". Hitchcock nie ma takich sentymentów. /SPOILER
Fargo (1996) reż. Bracia Coen
"Fargo" od początku do końca oglądałem tylko raz 4 lata temu. Ten jeden seans wystarczył mi, żeby włączyć go w poczet moich "filmów na 10". Co sprawiło, że film zasłużył na tak wysoką ocenę?
Po pierwsze Coenowie bawią się z przekraczaniem granicy między fikcją i rzeczywistością. Napisy początkowe informują nas o tym, że jest to film oparty na faktach. Przy całej brutalności tej historii ma to tym większe oddziaływanie. Cała zabawa polega na tym, że wspomniane fakty to jedynie wymysł Coenów, co z tego skoro wydaje się to być takie rzeczywiste? Tym co mnie urzekło w "Fargo" są dialogi i bohaterowie. To w większości idioci, którzy mają durne pomysły i często uciekają się do użycia siły, gdy mają problem z rozwiązaniem swoich problemów. To kolejny po "Psychozie" film, w którym nikt nie może czuć się bezpieczny, bohaterowie padają bowiem jak muchy, ale nie brutalność czy śmiertelność bohaterów decyduje o tym, że film się pamięta. Mnie w pamięci pozostały dwie sceny. Jedna to scena przesłuchania dwóch dziewczyn, z którymi uciekający zabójcy spędzili noc
Przesłuchanie dziewczyn... ya.
Druga, mam ochotę klaskać ilekroć ją obejrzę, to scena rozmowy policjanta z mieszkającym w sąsiedztwie mężczyzną, który wie, gdzie ukrywają się bandyci.
Chit-chat
Coenowie są mistrzami w pokazywaniu ludzkiej głupoty i tego jaki problem można mieć z hierarchizowaniem świata. To co w tym drugim fragmencie jest najbardziej uderzające, to swoboda z jaką rozmowa z tematyki morderstw schodzi na pogodę. Mnie to miażdży.
Łowca Androidów (1982) reż. Ridley Scott
To jeden z tych filmów, do których się dojrzewa. Pamiętam jak dawno temu tata po raz pierwszy obejrzał ze mną "Łowcę...", wtedy w wersji producenckiej. Film mi się spodobał, ale raczej nie zostało ze mną nic poza pojedynczymi obrazami: Harrisona Forda w deszczu, psychopatycznego Rutgera Hauera. Po latach wróciliśmy do niego, z przyczyn, których nie pamiętam i obejrzeliśmy wtedy wersję reżyserską (czego dowiedziałem się dopiero po fakcie). Jest to fakt o tyle istotny, że wersje te (poza pewnymi istotnymi szczegółami, których nie zdradzę) różnią się obecnością narracji z offu i zakończeniem. Wpływ tego drugiego na wrażenie z jakim pozostawia cię produkcja Scotta jest ogromny. Pamiętałem zakończenie "oryginału" Deckard i Rachael jadą śmiesznym samochodzikiem w słoneczny dzień, a Deckard opowiada z offu o tym, jak to okazało się, że Rachael nie umrze (replikanci mieli bowiem wbudowany 4 letni okres działania) i wszystko będzie fajnie. Zakończenie reżyserskie tymczasem urywa film, nie dopowiadając takich rzeczy. Dzisiaj wiem, że jest to zdecydowanie lepsze pod względem dramaturgicznym zakończenie, co zresztą można było wywnioskować z szoku, który przeżyłem, gdy nagle zobaczyłem napisy końcowe, a do moich uszu doszła niepokojąca muzyka Vangelisa (świetna ścieżka dźwiękowa swoją drogą).
"Blade Runner" jest filmem ważnym, dlatego że to przykład idealnie wyważonego science-fiction, balansującego między intrygą, a refleksją nad tematami ważnymi (element obowiązkowy w tym gatunku opowieści). Pokazuje on także potęgę analogowych efektów specjalnych. Mimo ponad 30 lat, które minęły od czasu premiery film ani trochę się nie zestarzał i chociaż pokazuje rok 2019, a perspektywa stworzenia sztucznego człowieka i kolonizowania innych planet jest raczej mglista, to cała struktura świata jest dziwnie podobna do tego co zobaczyć możemy na ulicach: stroje, fryzury, wszędobylskie neony i reklamy. To także przykład filmu, moim zdaniem, lepszego od książki, bowiem powieść Dicka "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" była bardzo chaotyczna, a w "Łowcy..." czuć realizatorską precyzję.
By jeszcze lepiej zrozumieć fenomen tego filmu, polecam obejrzenie dokumentu o jego powstawaniu "Dangerous Days: Making Blade Runner", do zdobycia w specjalnej edycji dvd, którą do dziś można zdobyć w sklepach.
Mandarynki (2013) reż. Zaza Urushadze
Na chwilę opuścimy Amerykę, by przyjrzeć się temu estońsko-gruzińskiemu filmowi, który zrobił na mnie ogromne wrażenie podczas 41. Ińskiego Lata Filmowego (otrzymał tam również nagrodę). Dzięki tej kameralnej opowieści o konflikcie gruzińsko-abchazkim zrozumiałem, że kino artystyczne (bo je utożsamia się automatycznie z kinem europejskim) nie tylko nie różni się pod względem narracyjnym od produkcji Zachodnich, ale niesie często wiele więcej wartości. Dokładnie z tego powodu umieszczam go na swojej liście. To film, który urzeka, wciąga i skłania do refleksji, a jednocześnie otwiera oczy na inne kinematografie. Warto go zobaczyć, żeby przezwyciężyć dręczące z pewnością wielu poczucie, że "kino artystyczne to nudy". Otóż nie i "Mandarynki" pokazują dlaczego.
Nie wiem jak długo, ale film zobaczyć możecie TUTAJ, więc hej! czemu nie zrobić tego dziś?
Sokół Maltański (1941) reż. John Hudson
Ten film zasługuje na miejsce na liście z kilka względów. Po pierwsze jest to film noir, jeśli ktoś nie wie czym jest film noir, to jest to doskonały przykład tego gatunku. Po drugie gra w nim Humphrey Bogart. Z Bogartem jest trochę jak z Marylin Monroe, tzn. wszyscy o nim słyszeli, ale już nie każdy widział jakiś jego film. "Sokół Maltańskich" to jeden z Bogartowskich klasyków (obok "Casablanki" i "Wielkiego Snu"), gdzie aktor ten kreuje postać, którą gra w kilku innych tytułach (chociażby wymienionych przed chwilą). Po trzecie, choć ma to związek z "po pierwszym" jest tu niesamowity klimat: gęsta atmosfera, intrygujące postaci i te dialogi... Zdanie zamykające "Sokoła Maltańskiego" uważam za jedno z lepszych ostatnich zdań ze wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.
Pociąg (1959) reż. Jerzy Kawalerowicz
Kolejny film, który widziałem tylko raz, ale do którego mam wielką ochotę powrócić, bo od razu mnie kupił. "Pociąg" Kawalerowicza to przykład tego, że w Polsce mogą powstawać absolutnie genialne filmy, które spokojnie możemy nazywać "arcydziełami". Dobrze też, że film ten występuje w bezpośrednim sąsiedztwie "Sokoła Maltańskiego", bo nie brak tu elementów wspólnych. To co łączy dzieło Kawalerowicza z kinem noir to estetyka i główny bohater. Akcja filmu dzieje się przede wszystkich w jadących wagonach, kręcony jest więc w bardzo bliskich planach, bo na niewielkich powierzchniach, duży akcent położony jest zatem na grę aktorską. I tu docieramy do tego, co w tym filmie takiego wspaniałego. Nie zrozumie się fenomenu Leona Niemczyka (którego pewnie większość z was zna jako "Króla Sedesów" z "Chłopaki nie płaczą"), jeśli nie zobaczy się "Pociągu"... i "Noża w wodzie", ale o tym może innym razem. Niemczyk noszący ciemne okulary, buduje postać tajemniczą, która przez jego grę aktorską zapada w pamięć na długie lata i robi nie mniejsze wrażenie niż "Bogart" w "Casablance" czy "Sokole". "Pociąg" to pozycja obowiązkowa, jeśli chce się cokolwiek powiedzieć o tym jakie to polskie kino nie jest... to film, który pokazuje jakie może być. I za to dozgonna wdzięczność.
Martwe Zło (1,2 i 0) reż. Sam Raimi
Znowu powracamy do Ameryki. "Martwe Zła" (l.mn.) obejrzałem niedawno, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie jako osobie żywo zainteresowanej filmem oraz jego powstawaniem (również od strony praktycznej). "Martwego Zła" nie można obejrzeć i na tym zakończyć, dla całościowego oglądu warto zobaczyć "Martwe Zło 2", które jest tym czym mogła być jedynka, gdyby miała większy budżet, a także "Within the woods", czyli krótkometrażówkę, którą Raimi i Campbell zrobili, żeby pozyskać fundusze na realizację filmu.
"Martwe Zło" konstytuuje archetyp domku w głębi lasu oraz zamkniętych w nim nastolatków, którzy po kolei giną. Mamy więc cnotkę, mamy jej bardziej "otwartą" koleżankę. Jest boidudek i jest kozak. Akcenty oczywiście zmieniają się w czasie filmu. To co w tej produkcji ważne, to fakt, że powstając za małe pieniądze (bodajże 30 000$) zgarnęła miliony (też jakieś 30). Jest to przykład produkcji w zasadzie amatorskiej, która osiągnęła ogromny sukces, co w przypadku horrorów jest zjawiskiem występującym do dziś ("Paranormal Activity", "Blair Witch Project"). Już "Martwe Zło 2" jest filmem, który z tymi horrorowymi schematami sobie pogrywa, często je ironizując (czego dowodem fakt, że w zasadzie cała fabuła części pierwszej, w dwójce, będącej swoistym remakiem, rozegrana zostaje w trzy minuty). To również pozycja ważna ze względu na swojego bohatera, czyli Asha (granego przez Bruce'a Campbella). Dostarczane przez niego kwestie weszły do mowy potocznej i zostały dodatkowo wzmocnione przez nie mniej, a może nawet bardziej, ikonicznego bohatera jakim był Duke Nukem. "Martwe Zło" to film, który wciąż potrafi straszyć, "Martwe Zło 2" to film "epicki", który do dziś bawi i uczy, a "Within the woods" to ciekawostka dla tych wszystkich, którzy lubią oglądać making ofy, behind the scenesy, albo zastanawia się jak tanio zrobić straszny horror. Absolutnie warte zobaczenia.
Annie Hall (1977) reż. Woody Allen
Jestem kolekcjonerem filmów Woody'ego Allena, to zobaczenia wszystkich produkcji, które wyreżyserował brakuje mi trzech pozycji (co uważam za wynik bardzo dobry). Porównując jednak ze sobą kolejne tytuły nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nigdy nie udało mu się stworzyć nic lepszego niż "Annie Hall" właśnie.
"Annie Hall" opowiada o Alvym Singerze (Allen) i jego związku z Annie Hall (Diane Keaton). To film, bez którego współczesne komedie romantyczne, ze swoimi sprytno-inteligenckimi dialogami nie mogły by istnieć. Jeśli na przykład zestawi się ten film z "Kiedy Harry poznał Sally" to widać sporo podobieństw w bohaterach, sposobie narracji, fabule czy dialogach właśnie. Allen słynny jest ze swoich dialogów, które są niezwykle głębokie i erudycyjne. To także film, który w jeden z przyjemniejszych sposobów łamie zasadę czwartej ściany (zwracając się bezpośrednio do widza). Pamiętam jak lubiłem wracać do sceny, kiedy Singer stoi w kolejce i słucha wymądrzajęcego się mężczyzny stojącego za nim, rozwiązanie tej sytuacji było przekomiczne. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to film, który ma swoje mocne momenty, ale trochę zgrzyta jako całość. "Annie Hall" żartami i refleksjami Allena stoi i leży u podstaw tego, jak dzisiaj wyglądają filmy o relacjach damsko-męskich. To film dziś już niemal historyczny, który jednak ciągle jest wartościowy, a w kontekście współczesnych obrazów o podobnej tematyce, może nawet bardziej niż kiedyś.
Mordercza Opona (2010) reż. Quentin Dupieux
Do "Morderczej..." lubię wracać myślami. Umieściłem ją na mojej liście filmów, które dużo mówią o rozmówcy, a teraz dorzucam ją na ostatnią pozycję listy filmów, które warto obejrzeć by dowiedzieć się czegoś o kinematografii. "Mordercza Opona" to w zasadzie taki traktat, analiza pewnych zjawisk zachodzących na ekranie i przed nim - w świadomości widza. To produkcja głęboko ironiczna, o czym świadczy już pierwsza scena, gdy zwracając się wprost do widza (ach czyżby?) szeryf, pyta nas rzeczy z różnych filmów ("Dlaczego E.T jest brązowy?" "Dlaczego w <> nie widzimy jak ludzie idą do łazienki, czy myją ręce?") ostatecznie odpowiadając, że rzeczy te nie mają swojego uzasadnienia. Choć "...Opona" zapowiadana jest jako film hołd dla "braku powodów" (ang. no reason), to jest czymś znacznie więcej. To swoista gra między reżyserem a widzem, w której widz jest w zasadzie jej pełnoprawnym uczestnikiem, mającym wpływ na to, co dzieje się na ekranie. Pokusiłbym się nawet o opinię, że funkcjonuje tu podobny mechanizm co w "Funny Games" Hannekego, tyle że jest on podany w znacznie lżejszej i bardziej odjechanej formie.
I to już koniec mojej listy. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić część z was do obejrzenia przynajmniej części z tych pozycji. Jednocześnie przepraszam za wszystkie powtórzenia ("to") i błędy, ale to mój najdłuższy tekst od bardzo dawna i jako, że chcę się zmieścić w sobotnich ramach, nie czytałem go ponownie.
Tematów do wypowiedzi w tym tygodniu mam dziwnie sporo, więc możliwe, że do wtorku pojawi się tu coś jeszcze. Stay tuned!
Hiszpański więzień (1997) reż. David Mamet
Z tego co pamiętam jest to film, który obejrzałem dosyć przypadkowo. Na pewno był puszczony w telewizji, co mnie jednak skłoniło, do obejrzenia? Wydaje mi się, że Woody Allen mógł coś o nim wspomnieć w wywiadzie-rzece, który akurat wtedy przeczytałem. W każdym razie mój seans wyglądał tak, że połowę filmu siedziałem oglądając co prawda uważnie, ale bez większych emocji. Gdy jednak w filmie nastąpił twist, zupełnie zmieniający treść byłem w takim szoku i co chwile spadało na mnie nowe "wow", że drugą połowę dosłownie stałem przed ekranem z opadniętą szczęką.
"Hiszpański więzień" to film, po którym zacząłem doceniać scenarzystów filmowych i zwracać na nich uwagę szukając filmów do obejrzenia (wcześniej kryterium byli aktorzy... co miało sens póki nie wyrosłem z filmów z Van Dammem). David Mamet, który jest jednocześnie reżyserem i autorem scenariusza świetnie rozprowadza tropy. Nie chcę mówić za wiele, ale w tym filmie nic nie jest bez znaczenia. To też taka produkcja, która pokazuje jak ważny jest tekst filmu. Mamet nie jest wybitnym reżyserem, jego film pod tym względem nie wyróżnia się spośród innych produkcji lat dziewięćdziesiątych. To co jednak czyni go zapamiętywalnym to misternie skonstruowana fabuła, która sprawi, że nigdy już nie zlekceważycie roli scenarzysty.
Na zakończenie Mamet zrobił wcześniej film "Dom Gry", który bazuje na podobnym pomyśle co więzień, ale jest skromniejszy i nie tak dopracowany. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy skupcie się tylko na "Więźniu".
Psychoza (1960) reż. Alfred Hitchcock
Tu chyba bez zaskoczenia. Chociaż zajęcia z analizy dzieła filmowego trochę obrzydziły mi ten film (a także "Obywatela Kane'a" oraz "Lśnienie", bo widocznie na wielokrotnym pokazywaniu tych filmów można omówić całą problematykę związaną z kinematografią), to jest on wciąż obrazem wybitnym, ale trzeba sobie jednak uświadomić dlaczego.
Po pierwszym seansie "Psychozy" oceniłem go na Filmwebowe 9, trochę na wyrost. Tkwiło we mnie wtedy przeświadczenie, że klasyki muszę doceniać (z tego samego względu tą samą notą uraczyłem "Popiół i diament"). Film Hitchcocka jest znany ze względu na słynną scenę morderstwa pod prysznicem i towarzyszącą mu piskliwą melodię i faktycznie jest to element kluczowy. Warto jednak poświęcić chwilę na zrozumienie dlaczego jest to tak istotna scena. Tu zaczynają się SPOILERY, aczkolwiek mam nadzieję, że wszyscy już arcydzieło Hitchcocka widzieli. Fenomen tego czym jest ten film polega na zabiciu głównej bohaterki w 40 minucie filmu. Jest to spory szok, nawet jeśli ma się świadomość w "Psychozie" jest scena morderstwa pod prysznicem. Pamiętam jak jako 16 latek myślałem sobie "No dobrze, ale to pewnie nie ona ginie", bo tak niemożliwym było dla mnie zabicie głównej postaci. Mało tego, po jej śmierci śledzimy losy idącego jej tropem detektywa, myślimy sobie "Czyli to jednak on jest głównym bohaterem, to historia o nim", a tu nagle ciach i on też ginie. Hitchcock się z nami nie patyczkuje, jest władcą umysłów, a jego bezwzględność sprawia, że na przykład oglądając "Ptaki" nie mogłem siedzieć spokojnie, wiedząc, że ktoś przeżyje "bo jest głównym bohaterem". Hitchcock nie ma takich sentymentów. /SPOILER
Fargo (1996) reż. Bracia Coen
"Fargo" od początku do końca oglądałem tylko raz 4 lata temu. Ten jeden seans wystarczył mi, żeby włączyć go w poczet moich "filmów na 10". Co sprawiło, że film zasłużył na tak wysoką ocenę?
Po pierwsze Coenowie bawią się z przekraczaniem granicy między fikcją i rzeczywistością. Napisy początkowe informują nas o tym, że jest to film oparty na faktach. Przy całej brutalności tej historii ma to tym większe oddziaływanie. Cała zabawa polega na tym, że wspomniane fakty to jedynie wymysł Coenów, co z tego skoro wydaje się to być takie rzeczywiste? Tym co mnie urzekło w "Fargo" są dialogi i bohaterowie. To w większości idioci, którzy mają durne pomysły i często uciekają się do użycia siły, gdy mają problem z rozwiązaniem swoich problemów. To kolejny po "Psychozie" film, w którym nikt nie może czuć się bezpieczny, bohaterowie padają bowiem jak muchy, ale nie brutalność czy śmiertelność bohaterów decyduje o tym, że film się pamięta. Mnie w pamięci pozostały dwie sceny. Jedna to scena przesłuchania dwóch dziewczyn, z którymi uciekający zabójcy spędzili noc
Przesłuchanie dziewczyn... ya.
Druga, mam ochotę klaskać ilekroć ją obejrzę, to scena rozmowy policjanta z mieszkającym w sąsiedztwie mężczyzną, który wie, gdzie ukrywają się bandyci.
Chit-chat
Coenowie są mistrzami w pokazywaniu ludzkiej głupoty i tego jaki problem można mieć z hierarchizowaniem świata. To co w tym drugim fragmencie jest najbardziej uderzające, to swoboda z jaką rozmowa z tematyki morderstw schodzi na pogodę. Mnie to miażdży.
Łowca Androidów (1982) reż. Ridley Scott
To jeden z tych filmów, do których się dojrzewa. Pamiętam jak dawno temu tata po raz pierwszy obejrzał ze mną "Łowcę...", wtedy w wersji producenckiej. Film mi się spodobał, ale raczej nie zostało ze mną nic poza pojedynczymi obrazami: Harrisona Forda w deszczu, psychopatycznego Rutgera Hauera. Po latach wróciliśmy do niego, z przyczyn, których nie pamiętam i obejrzeliśmy wtedy wersję reżyserską (czego dowiedziałem się dopiero po fakcie). Jest to fakt o tyle istotny, że wersje te (poza pewnymi istotnymi szczegółami, których nie zdradzę) różnią się obecnością narracji z offu i zakończeniem. Wpływ tego drugiego na wrażenie z jakim pozostawia cię produkcja Scotta jest ogromny. Pamiętałem zakończenie "oryginału" Deckard i Rachael jadą śmiesznym samochodzikiem w słoneczny dzień, a Deckard opowiada z offu o tym, jak to okazało się, że Rachael nie umrze (replikanci mieli bowiem wbudowany 4 letni okres działania) i wszystko będzie fajnie. Zakończenie reżyserskie tymczasem urywa film, nie dopowiadając takich rzeczy. Dzisiaj wiem, że jest to zdecydowanie lepsze pod względem dramaturgicznym zakończenie, co zresztą można było wywnioskować z szoku, który przeżyłem, gdy nagle zobaczyłem napisy końcowe, a do moich uszu doszła niepokojąca muzyka Vangelisa (świetna ścieżka dźwiękowa swoją drogą).
"Blade Runner" jest filmem ważnym, dlatego że to przykład idealnie wyważonego science-fiction, balansującego między intrygą, a refleksją nad tematami ważnymi (element obowiązkowy w tym gatunku opowieści). Pokazuje on także potęgę analogowych efektów specjalnych. Mimo ponad 30 lat, które minęły od czasu premiery film ani trochę się nie zestarzał i chociaż pokazuje rok 2019, a perspektywa stworzenia sztucznego człowieka i kolonizowania innych planet jest raczej mglista, to cała struktura świata jest dziwnie podobna do tego co zobaczyć możemy na ulicach: stroje, fryzury, wszędobylskie neony i reklamy. To także przykład filmu, moim zdaniem, lepszego od książki, bowiem powieść Dicka "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" była bardzo chaotyczna, a w "Łowcy..." czuć realizatorską precyzję.
By jeszcze lepiej zrozumieć fenomen tego filmu, polecam obejrzenie dokumentu o jego powstawaniu "Dangerous Days: Making Blade Runner", do zdobycia w specjalnej edycji dvd, którą do dziś można zdobyć w sklepach.
Mandarynki (2013) reż. Zaza Urushadze
Na chwilę opuścimy Amerykę, by przyjrzeć się temu estońsko-gruzińskiemu filmowi, który zrobił na mnie ogromne wrażenie podczas 41. Ińskiego Lata Filmowego (otrzymał tam również nagrodę). Dzięki tej kameralnej opowieści o konflikcie gruzińsko-abchazkim zrozumiałem, że kino artystyczne (bo je utożsamia się automatycznie z kinem europejskim) nie tylko nie różni się pod względem narracyjnym od produkcji Zachodnich, ale niesie często wiele więcej wartości. Dokładnie z tego powodu umieszczam go na swojej liście. To film, który urzeka, wciąga i skłania do refleksji, a jednocześnie otwiera oczy na inne kinematografie. Warto go zobaczyć, żeby przezwyciężyć dręczące z pewnością wielu poczucie, że "kino artystyczne to nudy". Otóż nie i "Mandarynki" pokazują dlaczego.
Nie wiem jak długo, ale film zobaczyć możecie TUTAJ, więc hej! czemu nie zrobić tego dziś?
Sokół Maltański (1941) reż. John Hudson
Ten film zasługuje na miejsce na liście z kilka względów. Po pierwsze jest to film noir, jeśli ktoś nie wie czym jest film noir, to jest to doskonały przykład tego gatunku. Po drugie gra w nim Humphrey Bogart. Z Bogartem jest trochę jak z Marylin Monroe, tzn. wszyscy o nim słyszeli, ale już nie każdy widział jakiś jego film. "Sokół Maltańskich" to jeden z Bogartowskich klasyków (obok "Casablanki" i "Wielkiego Snu"), gdzie aktor ten kreuje postać, którą gra w kilku innych tytułach (chociażby wymienionych przed chwilą). Po trzecie, choć ma to związek z "po pierwszym" jest tu niesamowity klimat: gęsta atmosfera, intrygujące postaci i te dialogi... Zdanie zamykające "Sokoła Maltańskiego" uważam za jedno z lepszych ostatnich zdań ze wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.
Pociąg (1959) reż. Jerzy Kawalerowicz
Kolejny film, który widziałem tylko raz, ale do którego mam wielką ochotę powrócić, bo od razu mnie kupił. "Pociąg" Kawalerowicza to przykład tego, że w Polsce mogą powstawać absolutnie genialne filmy, które spokojnie możemy nazywać "arcydziełami". Dobrze też, że film ten występuje w bezpośrednim sąsiedztwie "Sokoła Maltańskiego", bo nie brak tu elementów wspólnych. To co łączy dzieło Kawalerowicza z kinem noir to estetyka i główny bohater. Akcja filmu dzieje się przede wszystkich w jadących wagonach, kręcony jest więc w bardzo bliskich planach, bo na niewielkich powierzchniach, duży akcent położony jest zatem na grę aktorską. I tu docieramy do tego, co w tym filmie takiego wspaniałego. Nie zrozumie się fenomenu Leona Niemczyka (którego pewnie większość z was zna jako "Króla Sedesów" z "Chłopaki nie płaczą"), jeśli nie zobaczy się "Pociągu"... i "Noża w wodzie", ale o tym może innym razem. Niemczyk noszący ciemne okulary, buduje postać tajemniczą, która przez jego grę aktorską zapada w pamięć na długie lata i robi nie mniejsze wrażenie niż "Bogart" w "Casablance" czy "Sokole". "Pociąg" to pozycja obowiązkowa, jeśli chce się cokolwiek powiedzieć o tym jakie to polskie kino nie jest... to film, który pokazuje jakie może być. I za to dozgonna wdzięczność.
Martwe Zło (1,2 i 0) reż. Sam Raimi
Znowu powracamy do Ameryki. "Martwe Zła" (l.mn.) obejrzałem niedawno, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie jako osobie żywo zainteresowanej filmem oraz jego powstawaniem (również od strony praktycznej). "Martwego Zła" nie można obejrzeć i na tym zakończyć, dla całościowego oglądu warto zobaczyć "Martwe Zło 2", które jest tym czym mogła być jedynka, gdyby miała większy budżet, a także "Within the woods", czyli krótkometrażówkę, którą Raimi i Campbell zrobili, żeby pozyskać fundusze na realizację filmu.
"Martwe Zło" konstytuuje archetyp domku w głębi lasu oraz zamkniętych w nim nastolatków, którzy po kolei giną. Mamy więc cnotkę, mamy jej bardziej "otwartą" koleżankę. Jest boidudek i jest kozak. Akcenty oczywiście zmieniają się w czasie filmu. To co w tej produkcji ważne, to fakt, że powstając za małe pieniądze (bodajże 30 000$) zgarnęła miliony (też jakieś 30). Jest to przykład produkcji w zasadzie amatorskiej, która osiągnęła ogromny sukces, co w przypadku horrorów jest zjawiskiem występującym do dziś ("Paranormal Activity", "Blair Witch Project"). Już "Martwe Zło 2" jest filmem, który z tymi horrorowymi schematami sobie pogrywa, często je ironizując (czego dowodem fakt, że w zasadzie cała fabuła części pierwszej, w dwójce, będącej swoistym remakiem, rozegrana zostaje w trzy minuty). To również pozycja ważna ze względu na swojego bohatera, czyli Asha (granego przez Bruce'a Campbella). Dostarczane przez niego kwestie weszły do mowy potocznej i zostały dodatkowo wzmocnione przez nie mniej, a może nawet bardziej, ikonicznego bohatera jakim był Duke Nukem. "Martwe Zło" to film, który wciąż potrafi straszyć, "Martwe Zło 2" to film "epicki", który do dziś bawi i uczy, a "Within the woods" to ciekawostka dla tych wszystkich, którzy lubią oglądać making ofy, behind the scenesy, albo zastanawia się jak tanio zrobić straszny horror. Absolutnie warte zobaczenia.
Annie Hall (1977) reż. Woody Allen
Jestem kolekcjonerem filmów Woody'ego Allena, to zobaczenia wszystkich produkcji, które wyreżyserował brakuje mi trzech pozycji (co uważam za wynik bardzo dobry). Porównując jednak ze sobą kolejne tytuły nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nigdy nie udało mu się stworzyć nic lepszego niż "Annie Hall" właśnie.
"Annie Hall" opowiada o Alvym Singerze (Allen) i jego związku z Annie Hall (Diane Keaton). To film, bez którego współczesne komedie romantyczne, ze swoimi sprytno-inteligenckimi dialogami nie mogły by istnieć. Jeśli na przykład zestawi się ten film z "Kiedy Harry poznał Sally" to widać sporo podobieństw w bohaterach, sposobie narracji, fabule czy dialogach właśnie. Allen słynny jest ze swoich dialogów, które są niezwykle głębokie i erudycyjne. To także film, który w jeden z przyjemniejszych sposobów łamie zasadę czwartej ściany (zwracając się bezpośrednio do widza). Pamiętam jak lubiłem wracać do sceny, kiedy Singer stoi w kolejce i słucha wymądrzajęcego się mężczyzny stojącego za nim, rozwiązanie tej sytuacji było przekomiczne. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to film, który ma swoje mocne momenty, ale trochę zgrzyta jako całość. "Annie Hall" żartami i refleksjami Allena stoi i leży u podstaw tego, jak dzisiaj wyglądają filmy o relacjach damsko-męskich. To film dziś już niemal historyczny, który jednak ciągle jest wartościowy, a w kontekście współczesnych obrazów o podobnej tematyce, może nawet bardziej niż kiedyś.
Mordercza Opona (2010) reż. Quentin Dupieux
Do "Morderczej..." lubię wracać myślami. Umieściłem ją na mojej liście filmów, które dużo mówią o rozmówcy, a teraz dorzucam ją na ostatnią pozycję listy filmów, które warto obejrzeć by dowiedzieć się czegoś o kinematografii. "Mordercza Opona" to w zasadzie taki traktat, analiza pewnych zjawisk zachodzących na ekranie i przed nim - w świadomości widza. To produkcja głęboko ironiczna, o czym świadczy już pierwsza scena, gdy zwracając się wprost do widza (ach czyżby?) szeryf, pyta nas rzeczy z różnych filmów ("Dlaczego E.T jest brązowy?" "Dlaczego w <
I to już koniec mojej listy. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić część z was do obejrzenia przynajmniej części z tych pozycji. Jednocześnie przepraszam za wszystkie powtórzenia ("to") i błędy, ale to mój najdłuższy tekst od bardzo dawna i jako, że chcę się zmieścić w sobotnich ramach, nie czytałem go ponownie.
Tematów do wypowiedzi w tym tygodniu mam dziwnie sporo, więc możliwe, że do wtorku pojawi się tu coś jeszcze. Stay tuned!
sobota, 6 grudnia 2014
Typologia Klientów Kinowych część II, czyli mniej zauważalni lecz wciąż irytujący
Jako, że wiecie już o co chodzi, nie będę przedłużał i przejdę od razu do rzeczy. Ci z was, którzy myśleli że są tylko cztery typy dziwnych zachowań w przestrzeni kinowej srodze się zawiodą.
6. PRZESTAWIACZE
Pamiętam jak w liceum jeden z moich kolegów zostawił na środku stołu papierek po kanapce czy jakiejś innej formie posiłku, na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiadając "Daję sprzątaczkom zajęcie" (czy coś podobnego o tym sensie). Pracując później w multipleksie zrozumiałem, że ludzie pracujący zawodowo jako sprzątacze absolutnie nie narzekają na brak zajęcia, a takie w oczywisty sposób chamskie posunięcia tylko pogarszają ich dzień.
Przestawiacze to grupa ludzi, która wyspecjalizowała się właśnie w takim uprzykrzaniu życia osobom pracującym w kinie, za życiową misję zakładając sobie wprowadzenie własnego "porządku" w kinową przestrzeń. Nie są to śmieciarze, bo rzeczy, które zazwyczaj trzeba sprzątnąć swój początek mają w kinie z tym że zwykle w innym miejscu (na barze, w gablocie z ulotkami itp.). To tacy ludzie, którzy rozpoczynają jakąś czynność, doprowadzają ją do punktu kulminacyjnego, następnie jej nie kończąc. Czyli na przykład ulotki, które przeczytali zostawiają w miejscu, w którym skończyli je czytać. Albo kubek po kawie pozostawiają tam, gdzie wypili ostatni łyk. Nie wiem co jest tego przyczyną, pewnie zwyczajne buractwo, bo trudno zapomnieć albo nie zauważyć kubka, który leży bezpośrednio przed twoimi oczami. Co innego filiżanka ze spodeczkiem, rozumiem, że w tym przypadku, ktoś może po prostu kupować obsługę w cenie (chociaż uprzejmym gestem jest odniesienie naczyń przy wyjściu, jeśli nie jest to typowy lokal, w którym po prostu odchodzi się od stolika).
W skrócie: to ludzie, którzy na nowo wymyślają dla mnie przestrzeń, znajdując nowe miejsca dla rzeczy, do których usytuowania już zdążyłem się przyzwyczaić.
7. NIEUFNI
To dla mnie zjawisko nowe. W kinie, w którym obecnie pracuję bilety drukowane są na dość dużych kartonikach koloru białego z wyraźnie zapisanymi na nim danymi filmu.
Kasowanie takiego biletu wygląda następująco:
a) klient podchodzi
b) klient podaje bilet
c) bileter odbiera bilet i sprawdza dane
d) bileter przedziera bilet/robi dziurkę magicznym dziurkaczem
e) bileter oddaje bilet
f) klient wchodzi na salę
Oczywiście ten proces opatrzony jest licznymi dodatkami werbalnymi, takimi jak chociażby zwroty grzecznościowe. Na poziomie stricte wizualnym wygląda jednak tak, jak to opisałem powyżej. Okazuje się, że nie dla wszystkich ten schemat jest do zaakceptowania, zdarzają się bowiem klienci, którzy modyfikują znacząco punkt "c", w którym bileter pozbawia ich na kilka sekund biletu. Klienci ci nie godzą się na taki stan rzeczy i silnie trzymają się swojej już przecież własności, zmuszając tym samym do zbliżenia się i przeprowadzenia całego procesu "na ich rękach". Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to bezsensowne wydłużenie czasu obsługi (zawsze to te parę, nikomu niepotrzebnych sekund), bo muszę go przeznaczyć na doznanie szoku, przestawienie swojego myślenia na "o nie, znowu jeden z tych", a następnie skrócenie dystansu w celu wykonania pozostałych czynności. Nie mam pomysłu skąd się to bierze. Odkąd pamiętam bilety oddawało się osobie sprawdzającej, które następnie je oddawała. Ewentualnie to osoba sprawdzająca mogła zdecydować o tym, że nie chce go odbierać, bo widzi/nie musi/wie/pamięta/cokolwiek. Ale takie siłowanie się o kawałek papieru jest niemalże wbrew tradycji! Nie wspominając już o tym, że wygląda tak, jakby klient miał mi coś do powiedzenia... Na zewnątrz... Na gołe klaty.
8. NIEDOINFORMOWANI
Wynalazek internetu dał ludziom dostęp do mnóstwa informacji, będących w zasięgu kliknięcia. Nie musi to być wcale wiedza tajemna, skomplikowane terminy czy prawdy objawione, może to być na przykład repertuar waszego ulubionego kina, albo informacja o tym, gdzie grany jest film, który chce się zobaczyć. Oczywiście nie dyskredytuję ludzi, którzy internetu nie mają lub też nie potrafią z niego korzystać, ale tego typu wiedzę można również czerpać z różnych gazet bądź bezpośrednio z kina, a jej źródłem wcale nie musi być obsługa. Kina zawsze mają wywieszone repertuary, ulotki konkretnych tytułów oraz wyświetlają zwiastuny (które można także obejrzeć w internecie), każdy kto chce być zorientowany, może łatwo to zrobić. Dlatego, gdy ktoś podchodzi do mnie z pytaniem "Co teraz gracie?" albo "O czym jest ten film? A ten? A tamten?" chcąc być dostać streszczenie fabuły każdego tytułu w ofercie, albo gdy absolutnie zabija mnie pragnąć odpowiedzi na "A dobry jest", to troszku się irytuję.
Rozumiem, że można nie dopuszczać do siebie płynących ze świata informacji (co leży u podstaw Analfabetów z poprzedniej części Typologii...), ale żądanie ode mnie rozstrzygnięcia kwestii absolutnie subiektywnej w obliczu mojej kompletnej nieznajomości gustu, charakteru czy preferencji danej osoby jest co najmniej naiwne... by nie powiedzieć po prostu głupie. Myślę, że każdy może dojść do takiego stopnia samoświadomości, by autonomicznie podejmować decyzje o wyborze filmu, na którym będzie skłonny spędzić półtorej godziny życia.
9. ZAUWAŻALNI
Nazwa nie do końca oddaje to o czym zaraz napiszę, ale już za długo próbuję nazwać tę grupę, wiec po prostu ją opiszę.
To ludzie czasami będący podgrupą Niedoinformowanych, czasem zupełnie nie mając z nimi związku. Tym co jest wyznacznikiem przynależności do niej jest fakt żądania od obsługi by ta skupiła na nich swoją uwagę. W jaki sposób to robią? Najczęściej szokując... przeważnie głupimi pytaniami w rodzaju "Przepraszam czy mogę wyjść do toalety?", "Przepraszam czy mogę [wyjść] jeszcze coś kupić?" albo "Przepraszam, czy jeśli wyjdę to pan mnie wpuści?". Nawet nie macie pojęcia jak wielkie jest parcie, by odpowiedzieć stanowczym "NIE".
Rozumiem, że kino jest specyficznym obiektem, ze swoim jasnym podziałem na salę projekcyjną i część przejściową przeznaczoną zwykle do czekania na seans. To jednak klient finansuje tego typu obiekt, zostawiając w nim swoje pieniądze, jest więc osobą uprzywilejowaną. Poza tym, to nie teatr, żeby nie można było wejść na salę po rozpoczęciu seansu. Oczywiście, film udowodnił, że może być kulturą wysoką (jeśli wciąż utrzymujemy, że podział na k. wysoką i k. niską istnieje), ciągle jednak ciągnie się za nim łatka "jarmarcznej rozrywki", w której ma swoje początki, z czym wiążą się przyzwolenia na pewne zachowania. I o ile trudno jest wyobrazić sobie spektakl teatralny, w którym widownia żywo reagowałaby na to co dzieje się na scenie, np. wyśmiewając nieudolną grę aktorską, o tyle taka sytuacja w podczas seansu kina klasy B (podczas seansu VHS HELL chociażby - polecam), jest jak najbardziej do przyjęcia, a może nawet polepszyć odbiór.
Przedstawiciele tej grupy nie zawsze zadają pytania, często jednak tematycznie krążą wokół fizjologii machając na przykład i głośno mówiąc "Idę do toalety", jakby chcieli być pewni, że ich wyjście zostało zauważone... A wystarczyłoby przecież zabrać przedarty bilet, na który weszli, żeby taką pewność zachować.
Apeluję zatem o myślenie w kinie i próbę zdania sobie sprawy z pewnych zachodzących w nim procesów. Nie wyobrażam sobie bowiem sytuacji, w której pracownik jakiegokolwiek przedsiębiorstwa powstrzymuje klienta od oddania większej ilości pieniędzy temu przedsiębiorstwu lub zabrania mu wyjścia do toalety, by ten się zsikał i więcej tam nie wrócił.
Zakończę może pewną myślą, której autorem jest Bertrand Russel:
Wielu ludzi szybciej umrze, niż pomyśli. I wielu tak umiera.
6. PRZESTAWIACZE
Pamiętam jak w liceum jeden z moich kolegów zostawił na środku stołu papierek po kanapce czy jakiejś innej formie posiłku, na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiadając "Daję sprzątaczkom zajęcie" (czy coś podobnego o tym sensie). Pracując później w multipleksie zrozumiałem, że ludzie pracujący zawodowo jako sprzątacze absolutnie nie narzekają na brak zajęcia, a takie w oczywisty sposób chamskie posunięcia tylko pogarszają ich dzień.
Przestawiacze to grupa ludzi, która wyspecjalizowała się właśnie w takim uprzykrzaniu życia osobom pracującym w kinie, za życiową misję zakładając sobie wprowadzenie własnego "porządku" w kinową przestrzeń. Nie są to śmieciarze, bo rzeczy, które zazwyczaj trzeba sprzątnąć swój początek mają w kinie z tym że zwykle w innym miejscu (na barze, w gablocie z ulotkami itp.). To tacy ludzie, którzy rozpoczynają jakąś czynność, doprowadzają ją do punktu kulminacyjnego, następnie jej nie kończąc. Czyli na przykład ulotki, które przeczytali zostawiają w miejscu, w którym skończyli je czytać. Albo kubek po kawie pozostawiają tam, gdzie wypili ostatni łyk. Nie wiem co jest tego przyczyną, pewnie zwyczajne buractwo, bo trudno zapomnieć albo nie zauważyć kubka, który leży bezpośrednio przed twoimi oczami. Co innego filiżanka ze spodeczkiem, rozumiem, że w tym przypadku, ktoś może po prostu kupować obsługę w cenie (chociaż uprzejmym gestem jest odniesienie naczyń przy wyjściu, jeśli nie jest to typowy lokal, w którym po prostu odchodzi się od stolika).
W skrócie: to ludzie, którzy na nowo wymyślają dla mnie przestrzeń, znajdując nowe miejsca dla rzeczy, do których usytuowania już zdążyłem się przyzwyczaić.
7. NIEUFNI
To dla mnie zjawisko nowe. W kinie, w którym obecnie pracuję bilety drukowane są na dość dużych kartonikach koloru białego z wyraźnie zapisanymi na nim danymi filmu.
Kasowanie takiego biletu wygląda następująco:
a) klient podchodzi
b) klient podaje bilet
c) bileter odbiera bilet i sprawdza dane
d) bileter przedziera bilet/robi dziurkę magicznym dziurkaczem
e) bileter oddaje bilet
f) klient wchodzi na salę
Oczywiście ten proces opatrzony jest licznymi dodatkami werbalnymi, takimi jak chociażby zwroty grzecznościowe. Na poziomie stricte wizualnym wygląda jednak tak, jak to opisałem powyżej. Okazuje się, że nie dla wszystkich ten schemat jest do zaakceptowania, zdarzają się bowiem klienci, którzy modyfikują znacząco punkt "c", w którym bileter pozbawia ich na kilka sekund biletu. Klienci ci nie godzą się na taki stan rzeczy i silnie trzymają się swojej już przecież własności, zmuszając tym samym do zbliżenia się i przeprowadzenia całego procesu "na ich rękach". Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to bezsensowne wydłużenie czasu obsługi (zawsze to te parę, nikomu niepotrzebnych sekund), bo muszę go przeznaczyć na doznanie szoku, przestawienie swojego myślenia na "o nie, znowu jeden z tych", a następnie skrócenie dystansu w celu wykonania pozostałych czynności. Nie mam pomysłu skąd się to bierze. Odkąd pamiętam bilety oddawało się osobie sprawdzającej, które następnie je oddawała. Ewentualnie to osoba sprawdzająca mogła zdecydować o tym, że nie chce go odbierać, bo widzi/nie musi/wie/pamięta/cokolwiek. Ale takie siłowanie się o kawałek papieru jest niemalże wbrew tradycji! Nie wspominając już o tym, że wygląda tak, jakby klient miał mi coś do powiedzenia... Na zewnątrz... Na gołe klaty.
8. NIEDOINFORMOWANI
Wynalazek internetu dał ludziom dostęp do mnóstwa informacji, będących w zasięgu kliknięcia. Nie musi to być wcale wiedza tajemna, skomplikowane terminy czy prawdy objawione, może to być na przykład repertuar waszego ulubionego kina, albo informacja o tym, gdzie grany jest film, który chce się zobaczyć. Oczywiście nie dyskredytuję ludzi, którzy internetu nie mają lub też nie potrafią z niego korzystać, ale tego typu wiedzę można również czerpać z różnych gazet bądź bezpośrednio z kina, a jej źródłem wcale nie musi być obsługa. Kina zawsze mają wywieszone repertuary, ulotki konkretnych tytułów oraz wyświetlają zwiastuny (które można także obejrzeć w internecie), każdy kto chce być zorientowany, może łatwo to zrobić. Dlatego, gdy ktoś podchodzi do mnie z pytaniem "Co teraz gracie?" albo "O czym jest ten film? A ten? A tamten?" chcąc być dostać streszczenie fabuły każdego tytułu w ofercie, albo gdy absolutnie zabija mnie pragnąć odpowiedzi na "A dobry jest", to troszku się irytuję.
Rozumiem, że można nie dopuszczać do siebie płynących ze świata informacji (co leży u podstaw Analfabetów z poprzedniej części Typologii...), ale żądanie ode mnie rozstrzygnięcia kwestii absolutnie subiektywnej w obliczu mojej kompletnej nieznajomości gustu, charakteru czy preferencji danej osoby jest co najmniej naiwne... by nie powiedzieć po prostu głupie. Myślę, że każdy może dojść do takiego stopnia samoświadomości, by autonomicznie podejmować decyzje o wyborze filmu, na którym będzie skłonny spędzić półtorej godziny życia.
9. ZAUWAŻALNI
Nazwa nie do końca oddaje to o czym zaraz napiszę, ale już za długo próbuję nazwać tę grupę, wiec po prostu ją opiszę.
To ludzie czasami będący podgrupą Niedoinformowanych, czasem zupełnie nie mając z nimi związku. Tym co jest wyznacznikiem przynależności do niej jest fakt żądania od obsługi by ta skupiła na nich swoją uwagę. W jaki sposób to robią? Najczęściej szokując... przeważnie głupimi pytaniami w rodzaju "Przepraszam czy mogę wyjść do toalety?", "Przepraszam czy mogę [wyjść] jeszcze coś kupić?" albo "Przepraszam, czy jeśli wyjdę to pan mnie wpuści?". Nawet nie macie pojęcia jak wielkie jest parcie, by odpowiedzieć stanowczym "NIE".
Rozumiem, że kino jest specyficznym obiektem, ze swoim jasnym podziałem na salę projekcyjną i część przejściową przeznaczoną zwykle do czekania na seans. To jednak klient finansuje tego typu obiekt, zostawiając w nim swoje pieniądze, jest więc osobą uprzywilejowaną. Poza tym, to nie teatr, żeby nie można było wejść na salę po rozpoczęciu seansu. Oczywiście, film udowodnił, że może być kulturą wysoką (jeśli wciąż utrzymujemy, że podział na k. wysoką i k. niską istnieje), ciągle jednak ciągnie się za nim łatka "jarmarcznej rozrywki", w której ma swoje początki, z czym wiążą się przyzwolenia na pewne zachowania. I o ile trudno jest wyobrazić sobie spektakl teatralny, w którym widownia żywo reagowałaby na to co dzieje się na scenie, np. wyśmiewając nieudolną grę aktorską, o tyle taka sytuacja w podczas seansu kina klasy B (podczas seansu VHS HELL chociażby - polecam), jest jak najbardziej do przyjęcia, a może nawet polepszyć odbiór.
Przedstawiciele tej grupy nie zawsze zadają pytania, często jednak tematycznie krążą wokół fizjologii machając na przykład i głośno mówiąc "Idę do toalety", jakby chcieli być pewni, że ich wyjście zostało zauważone... A wystarczyłoby przecież zabrać przedarty bilet, na który weszli, żeby taką pewność zachować.
Apeluję zatem o myślenie w kinie i próbę zdania sobie sprawy z pewnych zachodzących w nim procesów. Nie wyobrażam sobie bowiem sytuacji, w której pracownik jakiegokolwiek przedsiębiorstwa powstrzymuje klienta od oddania większej ilości pieniędzy temu przedsiębiorstwu lub zabrania mu wyjścia do toalety, by ten się zsikał i więcej tam nie wrócił.
Zakończę może pewną myślą, której autorem jest Bertrand Russel:
Wielu ludzi szybciej umrze, niż pomyśli. I wielu tak umiera.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Przebudzenie mocy w blasku księżyca, czyli pytania o sens i wtórność
Jest coś takiego w tych sobotach, że do momentu ich nastąpienia zbiera się we mnie tyle, że akurat wystarcza na post. A potem przegapiam sobotę i w niedzielę już nie jest tak łatwo. A w poniedziałek... oh... Ale jak twierdzą bracia Stugaccy "Poniedziałek zaczyna się w sobotę", zatem przejdźmy do sedna.
W piątek swoją premierę miały drażniący zwiastun (ang. teaser trailer :D) nowych Gwiezdnych Wojen. Zapanowała globalna podjarka, aczkolwiek znalazły się też głosy negatywne naśmiewające się głównie z nowego designu filmowego miecza świetlnego, chociaż byli i tacy, którzy mieli swoje zarzuty wobec lekko zmodyfikowanych hełmów szturmowców. Od razu pojawiły się też parodie i przeróbki, aczkolwiek jest to tej wielkości wydarzenie, że ewenementem byłby ich brak.
W czwartek z kolei byłem na premierze "Magii w blasku księżyca" Woody'ego Allena, który umknął mi jakoś, gdy gościł na ekranach kin. Prawda jest po części taka, że miałem zbyt wiele wątpliwości co do potencjalnej jakości filmu i nie za bardzo chciałem wydawać na niego pieniądze. I gdy się tak zastanawiałem zdążył zejść z ekranów, albo pojawiać się już tylko w godzinach, które mi nie odpowiadały. Na seansie byłem w Kinie Muza z okazji Taniego Czwartku. Frekwencja w ten dzień jest zwykle przyzwoita, choć nie oszałamiająca średnio jakieś pół do 3/4 sali. Jakoś nie zetknęło mi się w mózgu, że tańsze bilety i moda na Woody'ego Allena sprawią, że kino przeżyło oblężenie. Pierwszy raz siedziałem na skraju trzeciego rzędu... nie było najgorzej.
Co łączy te dwa wydarzenia? Otóż jest to pewna wtórność przekazu. "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (z VII bądź bez) niewątpliwie okażą się box office'owym sukcesem. Nieważne czy krytycy będą krytykować czy publiczność psioczyć i tak mnóstwo osób pójdzie zobaczyć ten film wiedząc o nim tylko tyle, że nazywa się "Gwiezdne Wojny" i jest pełnometrażowym filmem aktorskim. Przypuszczam, że jak zawsze fani podzielą się na tych, którzy polubią nową trylogię i na tych, którzy za jedyną właściwą uważać będą tę najstarszą (bo termin "Stara Trylogia" straci swe znaczenie). Nie ma to znaczenia. Mniejszą popularnością cieszyć się będą zapewne spin-offy (dla niewiedzących: opowieść skupiające się na pobocznym elemencie oryginału, np. "Wolverine" to spin-off "X-Men", a "Pingwiny z Madagaskaru" to spin-off "Madagaskaru"... a "Buka" byłaby spin-offem "Muminków" - czekam), które mają się pojawiać na przemian z kolejnymi częściami.
Czy jest sens robienia kolejnych części? To pytanie, które nie ma trochę racji bytu w tym kontekście. Chodzi bowiem o pieniądze, które niewątpliwie zostaną zarobione. Przypuszczam czy kwestia "zasadności" albo gorzej "potrzeby" robienia kolejnych Gwiezdnych Wojen nikogo zbytnio nie obchodzi. To trochę tak jak z Ridleyem Scottem i "Obcym" albo "Łowcą Androidów". Świat nie potrzebuje "Prometeuszy" i "Łowcy Androidów 2" (tego na pewno nie potrzebuje), ale co z tego, skoro są to marki, zdolne przyciągnąć widzów do kin i dlatego te filmy powstaną.
Co to ma wspólnego z Allenem? Otóż Allen w pewnym momencie wyrobił sobie markę i nie jest bynajmniej marka nierentownego, artysty robiącego niszowe filmy, tak było kiedyś. Filmy Allena zwykle na siebie nie zarabiały, ba, było dobrze, jeśli wychodziły na zero. Dobrze wyglądały jednak w portfolio poszczególnych twórców, przynosząc częstokroć prestiżowe nagrody (Allen jest bodaj najczęściej nagradzanym twórcą). Obecnie jest jednak twórcą kojarzonym z komediami romantycznymi o inteligenckim rysie, które spełnią potrzebę i naiwnej rozrywki i obcowania z czymś mądrym (ot taki paradoks), stąd też być może bierze się jego popularność. Pamiętam, jak kiedyś, bodajże przy premierze "Co nas kręci, co nas podnieca" (genialny tytuł...) na plakacie zobaczyłem napis: "Woody Allen, twórca <>". To był moment, kiedy Allen zaczął być przejmowany przez kulturę popularną. Zasadniczo Allen jako twórca kultury popularnej zaczynałby się właśnie od "Vicky, Cristina..." wcześniejszego jego filmy jeszcze nie do końca pasują do późniejszej wizji. Popularność, pieniądze, sukcesy frekwencyjne, ale już nie nagrody. Te pojawiły się przy okazji "O północy w Paryżu", który był czymś więcej niż Allenowską komedią romantyczną, i "Blue Jasmine", który to film zupełnie wychodził poza tę szufladkę i pewnie właśnie dlatego był reklamowany jako komedia właśnie (zarówno zwiastun jak i ulotki).
Pytanie o sens w kontekście wartości takich jak jakość czy treść, nie jest pytaniem zasadnym w odniesieniu do blockbusterów. Pytanie, które można postawić względem nich, jest kwestia potencjału komercyjnego. Zastanówcie się, który z blockbusterów, które obejrzeliście w ciągu minionej dekady coś zmienił? Był w jakiś sposób odświeżający czy wprowadzał jakieś novum do świata filmu. Ja myślę i mam problem. "Incepcja" Nolana miała ciekawy pomysł i była dobrze zrobiona, nie niosła jednak ze sobą nic co zostawało by w człowieku (nie licząc charakterystycznego "BAAAAAAAAAAAAAUM!"). "Mroczny Rycerz" tegoż twórcy, jako film pokazujący poważnych i cierpiących superbohaterów, to tylko kontynuacja pewnej koncepcji, która pobrzmiewa już gdzieś przy okazji pierwszego "Hulka" w reżyserii Anga Lee (swoją drogą całkiem nowatorskiego jeśli chodzi o formę i treść w filmie superbohaterskim, ale blockbusterem ciężko go nazwać: zarobił 132 miliony, ale kosztował 137, także tego...). W kontrze do Batmana stanęli "Avengersi", którzy reprezentowali "luźne" podejście. Wszystko to jednak filmy, bezpieczne, ze znanymi twarzami i równie znanymi rozwiązaniami technicznymi. "Avengers" było nazywane "Iron Manem 3" ze względu właśnie na konstrukcję, humor i ważność postaci, które to elementy zostały mniej lub bardziej uwidocznione. To, co zmienia kino pojawia się na obrzeżach, to produkcje tańsze, mniejsze, albo wręcz przeciwnie, wielkie i drogie, ale nie odnoszące sukcesu (jak wspomniany "Hulk", który wiedział, że dzwoni, ale nie wiedział gdzie). Nie neguję wartości wielkich produkcji, każdy z nas lubi się czasem "rozerwać" i z pewnością wybiorę się na "Gwiezdne Wojny VII". Warto jednak pamiętać, że w relacji twórcy-widzowie, chodzi bardzo często od wyciągnięcie pieniędzy tych drugich przez tych pierwszych i że nie wszystko co nam dają, nadaje się do spożycia. Z tego też względu nie przewiduję swojej obecności na "Hobbicie 3", a ewentualnego "Łowcę Androidów 2" ominę szerokim łukiem, tak jak "Szklaną Pułapkę 5", której do dzisiaj nie obejrzałem, nie chcąc psuć sobie dobrego zdania o tej serii. Zamiast tego poświęcę zaoszczędzony czas na projekcję czegoś, co nie ma jeszcze numerka.
W piątek swoją premierę miały drażniący zwiastun (ang. teaser trailer :D) nowych Gwiezdnych Wojen. Zapanowała globalna podjarka, aczkolwiek znalazły się też głosy negatywne naśmiewające się głównie z nowego designu filmowego miecza świetlnego, chociaż byli i tacy, którzy mieli swoje zarzuty wobec lekko zmodyfikowanych hełmów szturmowców. Od razu pojawiły się też parodie i przeróbki, aczkolwiek jest to tej wielkości wydarzenie, że ewenementem byłby ich brak.
W czwartek z kolei byłem na premierze "Magii w blasku księżyca" Woody'ego Allena, który umknął mi jakoś, gdy gościł na ekranach kin. Prawda jest po części taka, że miałem zbyt wiele wątpliwości co do potencjalnej jakości filmu i nie za bardzo chciałem wydawać na niego pieniądze. I gdy się tak zastanawiałem zdążył zejść z ekranów, albo pojawiać się już tylko w godzinach, które mi nie odpowiadały. Na seansie byłem w Kinie Muza z okazji Taniego Czwartku. Frekwencja w ten dzień jest zwykle przyzwoita, choć nie oszałamiająca średnio jakieś pół do 3/4 sali. Jakoś nie zetknęło mi się w mózgu, że tańsze bilety i moda na Woody'ego Allena sprawią, że kino przeżyło oblężenie. Pierwszy raz siedziałem na skraju trzeciego rzędu... nie było najgorzej.
Co łączy te dwa wydarzenia? Otóż jest to pewna wtórność przekazu. "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (z VII bądź bez) niewątpliwie okażą się box office'owym sukcesem. Nieważne czy krytycy będą krytykować czy publiczność psioczyć i tak mnóstwo osób pójdzie zobaczyć ten film wiedząc o nim tylko tyle, że nazywa się "Gwiezdne Wojny" i jest pełnometrażowym filmem aktorskim. Przypuszczam, że jak zawsze fani podzielą się na tych, którzy polubią nową trylogię i na tych, którzy za jedyną właściwą uważać będą tę najstarszą (bo termin "Stara Trylogia" straci swe znaczenie). Nie ma to znaczenia. Mniejszą popularnością cieszyć się będą zapewne spin-offy (dla niewiedzących: opowieść skupiające się na pobocznym elemencie oryginału, np. "Wolverine" to spin-off "X-Men", a "Pingwiny z Madagaskaru" to spin-off "Madagaskaru"... a "Buka" byłaby spin-offem "Muminków" - czekam), które mają się pojawiać na przemian z kolejnymi częściami.
Czy jest sens robienia kolejnych części? To pytanie, które nie ma trochę racji bytu w tym kontekście. Chodzi bowiem o pieniądze, które niewątpliwie zostaną zarobione. Przypuszczam czy kwestia "zasadności" albo gorzej "potrzeby" robienia kolejnych Gwiezdnych Wojen nikogo zbytnio nie obchodzi. To trochę tak jak z Ridleyem Scottem i "Obcym" albo "Łowcą Androidów". Świat nie potrzebuje "Prometeuszy" i "Łowcy Androidów 2" (tego na pewno nie potrzebuje), ale co z tego, skoro są to marki, zdolne przyciągnąć widzów do kin i dlatego te filmy powstaną.
Co to ma wspólnego z Allenem? Otóż Allen w pewnym momencie wyrobił sobie markę i nie jest bynajmniej marka nierentownego, artysty robiącego niszowe filmy, tak było kiedyś. Filmy Allena zwykle na siebie nie zarabiały, ba, było dobrze, jeśli wychodziły na zero. Dobrze wyglądały jednak w portfolio poszczególnych twórców, przynosząc częstokroć prestiżowe nagrody (Allen jest bodaj najczęściej nagradzanym twórcą). Obecnie jest jednak twórcą kojarzonym z komediami romantycznymi o inteligenckim rysie, które spełnią potrzebę i naiwnej rozrywki i obcowania z czymś mądrym (ot taki paradoks), stąd też być może bierze się jego popularność. Pamiętam, jak kiedyś, bodajże przy premierze "Co nas kręci, co nas podnieca" (genialny tytuł...) na plakacie zobaczyłem napis: "Woody Allen, twórca <
Pytanie o sens w kontekście wartości takich jak jakość czy treść, nie jest pytaniem zasadnym w odniesieniu do blockbusterów. Pytanie, które można postawić względem nich, jest kwestia potencjału komercyjnego. Zastanówcie się, który z blockbusterów, które obejrzeliście w ciągu minionej dekady coś zmienił? Był w jakiś sposób odświeżający czy wprowadzał jakieś novum do świata filmu. Ja myślę i mam problem. "Incepcja" Nolana miała ciekawy pomysł i była dobrze zrobiona, nie niosła jednak ze sobą nic co zostawało by w człowieku (nie licząc charakterystycznego "BAAAAAAAAAAAAAUM!"). "Mroczny Rycerz" tegoż twórcy, jako film pokazujący poważnych i cierpiących superbohaterów, to tylko kontynuacja pewnej koncepcji, która pobrzmiewa już gdzieś przy okazji pierwszego "Hulka" w reżyserii Anga Lee (swoją drogą całkiem nowatorskiego jeśli chodzi o formę i treść w filmie superbohaterskim, ale blockbusterem ciężko go nazwać: zarobił 132 miliony, ale kosztował 137, także tego...). W kontrze do Batmana stanęli "Avengersi", którzy reprezentowali "luźne" podejście. Wszystko to jednak filmy, bezpieczne, ze znanymi twarzami i równie znanymi rozwiązaniami technicznymi. "Avengers" było nazywane "Iron Manem 3" ze względu właśnie na konstrukcję, humor i ważność postaci, które to elementy zostały mniej lub bardziej uwidocznione. To, co zmienia kino pojawia się na obrzeżach, to produkcje tańsze, mniejsze, albo wręcz przeciwnie, wielkie i drogie, ale nie odnoszące sukcesu (jak wspomniany "Hulk", który wiedział, że dzwoni, ale nie wiedział gdzie). Nie neguję wartości wielkich produkcji, każdy z nas lubi się czasem "rozerwać" i z pewnością wybiorę się na "Gwiezdne Wojny VII". Warto jednak pamiętać, że w relacji twórcy-widzowie, chodzi bardzo często od wyciągnięcie pieniędzy tych drugich przez tych pierwszych i że nie wszystko co nam dają, nadaje się do spożycia. Z tego też względu nie przewiduję swojej obecności na "Hobbicie 3", a ewentualnego "Łowcę Androidów 2" ominę szerokim łukiem, tak jak "Szklaną Pułapkę 5", której do dzisiaj nie obejrzałem, nie chcąc psuć sobie dobrego zdania o tej serii. Zamiast tego poświęcę zaoszczędzony czas na projekcję czegoś, co nie ma jeszcze numerka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












