poniedziałek, 22 grudnia 2014

Zawsze może być gorzej, czyli co sądzę o współczesnym kinie polskim

Zuza stwierdziła kiedyś, że nie mogę wydawać sądów na temat polskiego kina, bo za mało go widziałem. Faktycznie, unikałem wtedy polskich filmów, tak jak i innych produkcji europejskich. Ostatnio sprawdzałem swoje statystyki na Filmwebie i okazało się, że jakby w odpowiedzi na ten zarzut, w tym roku podwoiłem liczbę oglądanych rocznie filmów polskich. Nadal jest to jednak niewiele, bo jakieś 34 pozycje. Usprawiedliwiając się trochę tym, że to mniej więcej tyle, co wyprowadzona na przestrzeni kilku ostatnich lat średnia ilość produkowanych rocznie filmów w naszym kraju oraz tym, że przeciętny widz zaczynający zdanie od "A polskie kino to..." ogląda prawdopodobnie jeszcze mniej rodzimych produkcji, postanowiłem wyrazić swoje zdanie na temat współczesnych, polskich dzieł. Ze względu jednak na powyższe statystyki, proszę mnie traktować raczej jak widza, który zauważa pewne zjawiska, niż eksperta, który o ich istnieniu jest przekonany.

Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy kilka razy udało mi się oglądać filmy "parami". Chodzi o to, że kiedy oglądałem dwa filmy tego samego dnia, to okazywało się, że są do siebie na tyle podobne, że można je ze sobą zderzać i na tej podstawie snuć refleksje. Najpierw taką parę stanowił "Kanał" Wajdy i "Miasto 44" Komasy, dwa dni później "Wielki Sen" i "Sin City 2". Ostatnio z kolei sparowałem "Dziewczynkę z kotem" Asi Argento i "Obietnicę" Anny Kazejak. Jaki obraz powstaje na bazie tych zderzeń? Niestety niezbyt ładny.


To co widać na pierwszy rzut oka, to jakaś ciążąca na twórcach presja, albo ich wewnętrzne poczucie obowiązku mówienia o tematach ważnych. Marcin Adamczak w swojej książce "Globalne Hollywood..." rozciąga to zjawisko na wszystkie kinematografie europejskie, które zostały niejako zepchnięte do roli kina artystycznego czy społecznego, po konfrontacji z wolnym rynkiem i panującym na nim kinem hollywoodzkim. Faktycznie, nie jest to przypadek jedynie polski, aczkolwiek chociażby w parze "Obietnica"&"Dziewczynka z kotem" widać pewne bolączki, z którymi zmaga się polski film. Po pierwsze jest to swoista łopatologia. Słowo niezbyt zgrabne, ale celnie oddaje zjawisko i z tego względu lubię go używać. Zwłaszcza, że jest raczej zrozumiałe. Zarówno włoski jak i polski film traktują zasadniczo o tym samym - o dziecku i jego potrzebie zainteresowania ze strony rodziców. Bohaterkami obu filmów są dziewczynki z rozbitych rodzin, którym brakuje rodzicielskiej miłości. O ile jednak Asia Argento posługuje się specyficzną estetyką do zobrazowania zjawiska, o tyle Anna Kazejak wykorzystuje w tym celu ekstremum sytuacji morderstwa, które choć zapowiada się na główną oś fabularną filmu, jest jedynie przyczynkiem do pokazywania spustoszenia, jakiego może dokonać brak uwagi rodziców. Morderstwo jako konsekwencja, obraz środowiska młodych ludzi, w który nie jesteśmy w stanie uwierzyć, a także prezentowanie Szczecina jako hipsterskiej metropolii, w której ludzie jeżdżą na plażę by tam imprezować (co godzi w mój lokalny patriotyzm) sprawia, że z opowieści zaangażowanej, mocno osadzonej w rzeczywistości, "Obietnica" przeradza się w parabolę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przestrogi, które autorzy chcieli ewidentnie przekazać widzom, nie są ani specjalnie odkrywcze, ani nie pogłębiają wiedzy już posiadanej. To raczej rzeczy oczywiste, o których wiemy, a o których niektórzy być może czasem zapominają. Sposób przypominania o tym, jest jednak nietrafiony, przypominający fabularyzowaną wersję tragedii z pierwszych stron gazet, niż autentycznie refleksyjne kino.


Ostatnio obejrzałem "Hardkor Disko", o którym słyszałem raczej jednogłośne opinie. Wszyscy się krzywili, ale zastrzegali, że film jest ładny. Faktycznie, strona techniczno-wizualna jest na naprawdę niespotykanym w polskim kinie poziomie, gdyby takie były normy, to mielibyśmy na czym budować naszą narodową kinematografię (heh). Tym bardziej irytuje fakt, że poza oprawą wizualną nie ma w tej produkcji wiele. Jest symbolika, są odniesienia do innych filmów, są jakieś niejasności, które teoretycznie powinniśmy chcieć klarować, ale wszystko to razem tak bardzo nie współgra, że ja po wyjściu z sali, naprawdę nie miałem ochoty rozmyślać o co twórcom chodziło. Co ciekawe reżyser i scenarzysta w jednej osobie, czyli Krzysztof Skonieczny, udzielił kilku wywiadów, w których tłumaczy co też pokazał w swoim filmie. Używa przy tym wyrazów, które klasyfikują go raczej jako nadętego buraka z tomiszczem słownika, niż inteligenta, który "trudnymi" słowami operuje w codziennych rozmowach. To również przykre, że polscy, młodzi twórcy czują potrzebę opowiadania, czy tłumaczenia swojej sztuki. O ile mam poważne zastrzeżenia do moich zajęć z "Wiedzy o moralności" to padła na nich ostatnio dość mądra kwestia: sztuka, która potrzebuje manifestów by być zrozumiała, nie jest dobrą sztuką. Przypomina mi się sytuacji, w której to pani Barbara Białowąs postanowiła wykłócać się z Michałem Walkiewiczem o jego recenzję filmu "Big Love", sugerując mu, że źle go interpretuje (!?). Rozumiem, że zrobienie dobrego filmu nie jest zadaniem łatwym, ale pożądaną w tym przypadku postawą byłoby chyba raczej pokorne pochylenie głowy i poczekanie na werdykt publiczności i krytyków, zamiast kreowania się na artystę niosącego pokoleniowe przesłanie.


Porównując jednak ten rok z poprzednim można chyba mieć jakąś nadzieję na przyszłość. Nie było w tym roku żadnej "Bitwy pod czymśtam" było co prawda "Miasto 44" i dokument o powstaniu warszawskim, ale mamy też rocznicę, więc jest to z jednej strony uzasadnione, a z drugiej takie na przykład "Miasto 44" było pewną próbą zrobienia hollywodzkiego filmu wojennego... inna sprawa, że bardzo nieudaną. Z pozytywów można wymieniać "Bogów", którzy nie robili ze Zbigniewa Religii postaci tragicznej i nie wynosili go na piedestał, raczej skupiając się na opowiedzeniu, bądź co bądź schematycznej w ramach gatunku, ale jednak gatunkowej (bio-pic), a mimo to na wskroś polskiej historii. Osobiście opiewał będę "Jezioraka", bo reprezentuje to czego mi w polskim kinie brakuje najbardziej, czyli kino gatunkowe w pełnej krasie, które jest u nas chyba kojarzone z czymś gorszym. A ile byśmy się nauczyli, gdybyśmy zamiast takich kolejnych "Obietnic" robili na przykład kryminały... Może tędy droga? Taka "Ida" na przykład, będąca ostatnio w centrum zainteresowania, też poniekąd ociera się o gatunkowość... jest trochę noirowata.

Nie jest dobrze, ale nic to, bo miejmy nadzieję, że rok 2014 nie jest tylko gatunkowym ewenementem na skalę narodową, a tendencją, która się utrzyma. Ja jako ja, bardzo chciałbym oglądać polskie filmy niepotrzebne, takie, które nie mają nieść ze sobą żadnych głębszych treści, nie mają nikogo uczyć, ani budować świadomości historycznej. Chciałbym oglądać robione za standardowe budżety filmy bawiące się formą i treśćią i pokazujące, że w Polsce też mieszkają pasjonaci, a nie jedynie moralizatorzy.

Tego sobie i wam na nadchodzący rok 2015 (i na przyszłe) życzę.

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :)

sobota, 13 grudnia 2014

Wyzwanie Zwierza, czyli 10 filmów, które warto zobaczyć, żeby zrozumieć świat filmu

Ostatnio Zwierz Popkulturalny rzucił wyzwanie swoim znajomym blogerom (wśród których nie jestem), na zrobienie tytułowej listy. Jako, że filmy to mój konik i trochę tak jak Zwierz, uważam, że edukacja filmowa jest czymś co powinno zaistnieć chociażby w zbiorowej świadomości postanowiłem samodzielnie nominować się do zrobienia takiego spisu. Nie są to "must see" światowej kinematografii, bo z tymi sam mam problem (nie obejrzałem jeszcze wszystkich must seesów z listy mojej wykładowczyni od historii filmu, ale ten dzień nadejdzie). To raczej subiektywny dobór produkcji, które jakoś we mnie zostały i czegoś mnie o kinie nauczyły. Są tam produkcje różne gatunkowo, w większości amerykańskie (bo nie oszukujmy się, Holywood rządzi tym rynkiem) i często ironiczne, gdyż najbardziej mnie boli, gdy ktoś robi filmowi zarzut z czegoś, co miało być traktowane jako żart. Zaczynajmy zatem!


Hiszpański więzień (1997) reż. David Mamet


Z tego co pamiętam jest to film, który obejrzałem dosyć przypadkowo. Na pewno był puszczony w telewizji, co mnie jednak skłoniło, do obejrzenia? Wydaje mi się, że Woody Allen mógł coś o nim wspomnieć w wywiadzie-rzece, który akurat wtedy przeczytałem. W każdym razie mój seans wyglądał tak, że połowę filmu siedziałem oglądając co prawda uważnie, ale bez większych emocji. Gdy jednak w filmie nastąpił twist, zupełnie zmieniający treść byłem w takim szoku i co chwile spadało na mnie nowe "wow", że drugą połowę dosłownie stałem przed ekranem z opadniętą szczęką.

"Hiszpański więzień" to film, po którym zacząłem doceniać scenarzystów filmowych i zwracać na nich uwagę szukając filmów do obejrzenia (wcześniej kryterium byli aktorzy... co miało sens póki nie wyrosłem z filmów z Van Dammem). David Mamet, który jest jednocześnie reżyserem i autorem scenariusza świetnie rozprowadza tropy. Nie chcę mówić za wiele, ale w tym filmie nic nie jest bez znaczenia. To też taka produkcja, która pokazuje jak ważny jest tekst filmu. Mamet nie jest wybitnym reżyserem, jego film pod tym względem nie wyróżnia się spośród innych produkcji lat dziewięćdziesiątych. To co jednak czyni go zapamiętywalnym to misternie skonstruowana fabuła, która sprawi, że nigdy już nie zlekceważycie roli scenarzysty.

Na zakończenie Mamet zrobił wcześniej film "Dom Gry", który bazuje na podobnym pomyśle co więzień, ale jest skromniejszy i nie tak dopracowany. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy skupcie się tylko na "Więźniu".


Psychoza (1960) reż. Alfred Hitchcock


Tu chyba bez zaskoczenia. Chociaż zajęcia z analizy dzieła filmowego trochę obrzydziły mi ten film (a także "Obywatela Kane'a" oraz "Lśnienie", bo widocznie na wielokrotnym pokazywaniu tych filmów można omówić całą problematykę związaną z kinematografią), to jest on wciąż obrazem wybitnym, ale trzeba sobie jednak uświadomić dlaczego.

Po pierwszym seansie "Psychozy" oceniłem go na Filmwebowe 9, trochę na wyrost. Tkwiło we mnie wtedy przeświadczenie, że klasyki muszę doceniać (z tego samego względu tą samą notą uraczyłem "Popiół i diament"). Film Hitchcocka jest znany ze względu na słynną scenę morderstwa pod prysznicem i towarzyszącą mu piskliwą melodię i faktycznie jest to element kluczowy. Warto jednak poświęcić chwilę na zrozumienie dlaczego jest to tak istotna scena. Tu zaczynają się SPOILERY, aczkolwiek mam nadzieję, że wszyscy już arcydzieło Hitchcocka widzieli. Fenomen tego czym jest ten film polega na zabiciu głównej bohaterki w 40 minucie filmu. Jest to spory szok, nawet jeśli ma się świadomość w "Psychozie" jest scena morderstwa pod prysznicem. Pamiętam jak jako 16 latek myślałem sobie "No dobrze, ale to pewnie nie ona ginie", bo tak niemożliwym było dla mnie zabicie głównej postaci. Mało tego, po jej śmierci śledzimy losy idącego jej tropem detektywa, myślimy sobie "Czyli to jednak on jest głównym bohaterem, to historia o nim", a tu nagle ciach i on też ginie. Hitchcock się z nami nie patyczkuje, jest władcą umysłów, a jego bezwzględność sprawia, że na przykład oglądając "Ptaki" nie mogłem siedzieć spokojnie, wiedząc, że ktoś przeżyje "bo jest głównym bohaterem". Hitchcock nie ma takich sentymentów. /SPOILER


Fargo (1996) reż. Bracia Coen


"Fargo" od początku do końca oglądałem tylko raz 4 lata temu. Ten jeden seans wystarczył mi, żeby włączyć go w poczet moich "filmów na 10". Co sprawiło, że film zasłużył na tak wysoką ocenę?

Po pierwsze Coenowie bawią się z przekraczaniem granicy między fikcją i rzeczywistością. Napisy początkowe informują nas o tym, że jest to film oparty na faktach. Przy całej brutalności tej historii ma to tym większe oddziaływanie. Cała zabawa polega na tym, że wspomniane fakty to jedynie wymysł Coenów, co z tego skoro wydaje się to być takie rzeczywiste? Tym co mnie urzekło w "Fargo" są dialogi i bohaterowie. To w większości idioci, którzy mają durne pomysły i często uciekają się do użycia siły, gdy mają problem z rozwiązaniem swoich problemów. To kolejny po "Psychozie" film, w którym nikt nie może czuć się bezpieczny, bohaterowie padają bowiem jak muchy, ale nie brutalność czy śmiertelność bohaterów decyduje o tym, że film się pamięta. Mnie w pamięci pozostały dwie sceny. Jedna to scena przesłuchania dwóch dziewczyn, z którymi uciekający zabójcy spędzili noc

Przesłuchanie dziewczyn... ya.

Druga, mam ochotę klaskać ilekroć ją obejrzę, to scena rozmowy policjanta z mieszkającym w sąsiedztwie mężczyzną, który wie, gdzie ukrywają się bandyci.

Chit-chat

Coenowie są mistrzami w pokazywaniu ludzkiej głupoty i tego jaki problem można mieć z hierarchizowaniem świata. To co w tym drugim fragmencie jest najbardziej uderzające, to swoboda z jaką rozmowa z tematyki morderstw schodzi na pogodę. Mnie to miażdży.


Łowca Androidów (1982) reż. Ridley Scott


To jeden z tych filmów, do których się dojrzewa. Pamiętam jak dawno temu tata po raz pierwszy obejrzał ze mną "Łowcę...", wtedy w wersji producenckiej. Film mi się spodobał, ale raczej nie zostało ze mną nic poza pojedynczymi obrazami: Harrisona Forda w deszczu, psychopatycznego Rutgera Hauera. Po latach wróciliśmy do niego, z przyczyn, których nie pamiętam i obejrzeliśmy wtedy wersję reżyserską (czego dowiedziałem się dopiero po fakcie). Jest to fakt o tyle istotny, że wersje te (poza pewnymi istotnymi szczegółami, których nie zdradzę) różnią się obecnością narracji z offu i zakończeniem. Wpływ tego drugiego na wrażenie z jakim pozostawia cię produkcja Scotta jest ogromny. Pamiętałem zakończenie "oryginału" Deckard i Rachael jadą śmiesznym samochodzikiem w słoneczny dzień, a Deckard opowiada z offu o tym, jak to okazało się, że Rachael nie umrze (replikanci mieli bowiem wbudowany 4 letni okres działania) i wszystko będzie fajnie. Zakończenie reżyserskie tymczasem urywa film, nie dopowiadając takich rzeczy. Dzisiaj wiem, że jest to zdecydowanie lepsze pod względem dramaturgicznym zakończenie, co zresztą można było wywnioskować z szoku, który przeżyłem, gdy nagle zobaczyłem napisy końcowe, a do moich uszu doszła niepokojąca muzyka Vangelisa (świetna ścieżka dźwiękowa swoją drogą).

"Blade Runner" jest filmem ważnym, dlatego że to przykład idealnie wyważonego science-fiction, balansującego między intrygą, a refleksją nad tematami ważnymi (element obowiązkowy w tym gatunku opowieści). Pokazuje on także potęgę analogowych efektów specjalnych. Mimo ponad 30 lat, które minęły od czasu premiery film ani trochę się nie zestarzał i chociaż pokazuje rok 2019, a perspektywa stworzenia sztucznego człowieka i kolonizowania innych planet jest raczej mglista, to cała struktura świata jest dziwnie podobna do tego co zobaczyć możemy na ulicach: stroje, fryzury, wszędobylskie neony i reklamy. To także przykład filmu, moim zdaniem, lepszego od książki, bowiem powieść Dicka "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" była bardzo chaotyczna, a w "Łowcy..." czuć realizatorską precyzję.
By jeszcze lepiej zrozumieć fenomen tego filmu, polecam obejrzenie dokumentu o jego powstawaniu "Dangerous Days: Making Blade Runner", do zdobycia w specjalnej edycji dvd, którą do dziś można zdobyć w sklepach.


Mandarynki (2013) reż. Zaza Urushadze


Na chwilę opuścimy Amerykę, by przyjrzeć się temu estońsko-gruzińskiemu filmowi, który zrobił na mnie ogromne wrażenie podczas 41. Ińskiego Lata Filmowego (otrzymał tam również nagrodę). Dzięki tej kameralnej opowieści o konflikcie gruzińsko-abchazkim zrozumiałem, że kino artystyczne (bo je utożsamia się automatycznie z kinem europejskim) nie tylko nie różni się pod względem narracyjnym od produkcji Zachodnich, ale niesie często wiele więcej wartości. Dokładnie z tego powodu umieszczam go na swojej liście. To film, który urzeka, wciąga i skłania do refleksji, a jednocześnie otwiera oczy na inne kinematografie. Warto go zobaczyć, żeby przezwyciężyć dręczące z pewnością wielu poczucie, że "kino artystyczne to nudy". Otóż nie i "Mandarynki" pokazują dlaczego.

Nie wiem jak długo, ale film zobaczyć możecie TUTAJ, więc hej! czemu nie zrobić tego dziś?


Sokół Maltański (1941) reż. John Hudson


Ten film zasługuje na miejsce na liście z kilka względów. Po pierwsze jest to film noir, jeśli ktoś nie wie czym jest film noir, to jest to doskonały przykład tego gatunku. Po drugie gra w nim Humphrey Bogart. Z Bogartem jest trochę jak z Marylin Monroe, tzn. wszyscy o nim słyszeli, ale już nie każdy widział jakiś jego film. "Sokół Maltańskich" to jeden z Bogartowskich klasyków (obok "Casablanki" i "Wielkiego Snu"), gdzie aktor ten kreuje postać, którą gra w kilku innych tytułach (chociażby wymienionych przed chwilą). Po trzecie, choć ma to związek z "po pierwszym" jest tu niesamowity klimat: gęsta atmosfera, intrygujące postaci i te dialogi... Zdanie zamykające "Sokoła Maltańskiego" uważam za jedno z lepszych ostatnich zdań ze wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.


Pociąg (1959) reż. Jerzy Kawalerowicz


Kolejny film, który widziałem tylko raz, ale do którego mam wielką ochotę powrócić, bo od razu mnie kupił. "Pociąg" Kawalerowicza to przykład tego, że w Polsce mogą powstawać absolutnie genialne filmy, które spokojnie możemy nazywać "arcydziełami". Dobrze też, że film ten występuje w bezpośrednim sąsiedztwie "Sokoła Maltańskiego", bo nie brak tu elementów wspólnych. To co łączy dzieło Kawalerowicza z kinem noir to estetyka i główny bohater. Akcja filmu dzieje się przede wszystkich w jadących wagonach, kręcony jest więc w bardzo bliskich planach, bo na niewielkich powierzchniach, duży akcent położony jest zatem na grę aktorską. I tu docieramy do tego, co w tym filmie takiego wspaniałego. Nie zrozumie się fenomenu Leona Niemczyka (którego pewnie większość z was zna jako "Króla Sedesów" z "Chłopaki nie płaczą"), jeśli nie zobaczy się "Pociągu"... i "Noża w wodzie", ale o tym może innym razem. Niemczyk noszący ciemne okulary, buduje postać tajemniczą, która przez jego grę aktorską zapada w pamięć na długie lata i robi nie mniejsze wrażenie niż "Bogart" w "Casablance" czy "Sokole". "Pociąg" to pozycja obowiązkowa, jeśli chce się cokolwiek powiedzieć o tym jakie to polskie kino nie jest... to film, który pokazuje jakie może być. I za to dozgonna wdzięczność.


Martwe Zło (1,2 i 0) reż. Sam Raimi


Znowu powracamy do Ameryki. "Martwe Zła" (l.mn.) obejrzałem niedawno, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie jako osobie żywo zainteresowanej filmem oraz jego powstawaniem (również od strony praktycznej). "Martwego Zła" nie można obejrzeć i na tym zakończyć, dla całościowego oglądu warto zobaczyć "Martwe Zło 2", które jest tym czym mogła być jedynka, gdyby miała większy budżet, a także "Within the woods", czyli krótkometrażówkę, którą Raimi i Campbell zrobili, żeby pozyskać fundusze na realizację filmu.

"Martwe Zło" konstytuuje archetyp domku w głębi lasu oraz zamkniętych w nim nastolatków, którzy po kolei giną. Mamy więc cnotkę, mamy jej bardziej "otwartą" koleżankę. Jest boidudek i jest kozak. Akcenty oczywiście zmieniają się w czasie filmu. To co w tej produkcji ważne, to fakt, że powstając za małe pieniądze (bodajże 30 000$) zgarnęła miliony (też jakieś 30). Jest to przykład produkcji w zasadzie amatorskiej, która osiągnęła ogromny sukces, co w przypadku horrorów jest zjawiskiem występującym do dziś ("Paranormal Activity", "Blair Witch Project"). Już "Martwe Zło 2" jest filmem, który z tymi horrorowymi schematami sobie pogrywa, często je ironizując (czego dowodem fakt, że w zasadzie cała fabuła części pierwszej, w dwójce, będącej swoistym remakiem, rozegrana zostaje w trzy minuty). To również pozycja ważna ze względu na swojego bohatera, czyli Asha (granego przez Bruce'a Campbella). Dostarczane przez niego kwestie weszły do mowy potocznej i zostały dodatkowo wzmocnione przez nie mniej, a może nawet bardziej, ikonicznego bohatera jakim był Duke Nukem. "Martwe Zło" to film, który wciąż potrafi straszyć, "Martwe Zło 2" to film "epicki", który do dziś bawi i uczy, a "Within the woods" to ciekawostka dla tych wszystkich, którzy lubią oglądać making ofy, behind the scenesy, albo zastanawia się jak tanio zrobić straszny horror. Absolutnie warte zobaczenia.


Annie Hall (1977) reż. Woody Allen


Jestem kolekcjonerem filmów Woody'ego Allena, to zobaczenia wszystkich produkcji, które wyreżyserował brakuje mi trzech pozycji (co uważam za wynik bardzo dobry). Porównując jednak ze sobą kolejne tytuły nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nigdy nie udało mu się stworzyć nic lepszego niż "Annie Hall" właśnie.

"Annie Hall" opowiada o Alvym Singerze (Allen) i jego związku z Annie Hall (Diane Keaton). To film, bez którego współczesne komedie romantyczne, ze swoimi sprytno-inteligenckimi dialogami nie mogły by istnieć. Jeśli na przykład zestawi się ten film z "Kiedy Harry poznał Sally" to widać sporo podobieństw w bohaterach, sposobie narracji, fabule czy dialogach właśnie. Allen słynny jest ze swoich dialogów, które są niezwykle głębokie i erudycyjne. To także film, który w jeden z przyjemniejszych sposobów łamie zasadę czwartej ściany (zwracając się bezpośrednio do widza). Pamiętam jak lubiłem wracać do sceny, kiedy Singer stoi w kolejce i słucha wymądrzajęcego się mężczyzny stojącego za nim, rozwiązanie tej sytuacji było przekomiczne. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to film, który ma swoje mocne momenty, ale trochę zgrzyta jako całość. "Annie Hall" żartami i refleksjami Allena stoi i leży u podstaw tego, jak dzisiaj wyglądają filmy o relacjach damsko-męskich. To film dziś już niemal historyczny, który jednak ciągle jest wartościowy, a w kontekście współczesnych obrazów o podobnej tematyce, może nawet bardziej niż kiedyś.


Mordercza Opona (2010) reż. Quentin Dupieux


Do "Morderczej..." lubię wracać myślami. Umieściłem ją na mojej liście filmów, które dużo mówią o rozmówcy, a teraz dorzucam ją na ostatnią pozycję listy filmów, które warto obejrzeć by dowiedzieć się czegoś o kinematografii. "Mordercza Opona" to w zasadzie taki traktat, analiza pewnych zjawisk zachodzących na ekranie i przed nim - w świadomości widza. To produkcja głęboko ironiczna, o czym świadczy już pierwsza scena, gdy zwracając się wprost do widza (ach czyżby?) szeryf, pyta nas rzeczy z różnych filmów ("Dlaczego E.T jest brązowy?" "Dlaczego w <> nie widzimy jak ludzie idą do łazienki, czy myją ręce?") ostatecznie odpowiadając, że rzeczy te nie mają swojego uzasadnienia. Choć "...Opona" zapowiadana jest jako film hołd dla "braku powodów" (ang. no reason), to jest czymś znacznie więcej. To swoista gra między reżyserem a widzem, w której widz jest w zasadzie jej pełnoprawnym uczestnikiem, mającym wpływ na to, co dzieje się na ekranie. Pokusiłbym się nawet o opinię, że funkcjonuje tu podobny mechanizm co w "Funny Games" Hannekego, tyle że jest on podany w znacznie lżejszej i bardziej odjechanej formie.


I to już koniec mojej listy. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić część z was do obejrzenia przynajmniej części z tych pozycji. Jednocześnie przepraszam za wszystkie powtórzenia ("to") i błędy, ale to mój najdłuższy tekst od bardzo dawna i jako, że chcę się zmieścić w sobotnich ramach, nie czytałem go ponownie.

Tematów do wypowiedzi w tym tygodniu mam dziwnie sporo, więc możliwe, że do wtorku pojawi się tu coś jeszcze. Stay tuned!

sobota, 6 grudnia 2014

Typologia Klientów Kinowych część II, czyli mniej zauważalni lecz wciąż irytujący

Jako, że wiecie już o co chodzi, nie będę przedłużał i przejdę od razu do rzeczy. Ci z was, którzy myśleli że są tylko cztery typy dziwnych zachowań w przestrzeni kinowej srodze się zawiodą.

6. PRZESTAWIACZE

Pamiętam jak w liceum jeden z moich kolegów zostawił na środku stołu papierek po kanapce czy jakiejś innej formie posiłku, na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiadając "Daję sprzątaczkom zajęcie" (czy coś podobnego o tym sensie). Pracując później w multipleksie zrozumiałem, że ludzie pracujący zawodowo jako sprzątacze absolutnie nie narzekają na brak zajęcia, a takie w oczywisty sposób chamskie posunięcia tylko pogarszają ich dzień.

Przestawiacze to grupa ludzi, która wyspecjalizowała się właśnie w takim uprzykrzaniu życia osobom pracującym w kinie, za życiową misję zakładając sobie wprowadzenie własnego "porządku" w kinową przestrzeń. Nie są to śmieciarze, bo rzeczy, które zazwyczaj trzeba sprzątnąć swój początek mają w kinie z tym że zwykle w innym miejscu (na barze, w gablocie z ulotkami itp.). To tacy ludzie, którzy rozpoczynają jakąś czynność, doprowadzają ją do punktu kulminacyjnego, następnie jej nie kończąc. Czyli na przykład ulotki, które przeczytali zostawiają w miejscu, w którym skończyli je czytać. Albo kubek po kawie pozostawiają tam, gdzie wypili ostatni łyk. Nie wiem co jest tego przyczyną, pewnie zwyczajne buractwo, bo trudno zapomnieć albo nie zauważyć kubka, który leży bezpośrednio przed twoimi oczami. Co innego filiżanka ze spodeczkiem, rozumiem, że w tym przypadku, ktoś może po prostu kupować obsługę w cenie (chociaż uprzejmym gestem jest odniesienie naczyń przy wyjściu, jeśli nie jest to typowy lokal, w którym po prostu odchodzi się od stolika).
W skrócie: to ludzie, którzy na nowo wymyślają dla mnie przestrzeń, znajdując nowe miejsca dla rzeczy, do których usytuowania już zdążyłem się przyzwyczaić.


7. NIEUFNI

To dla mnie zjawisko nowe. W kinie, w którym obecnie pracuję bilety drukowane są na dość dużych kartonikach koloru białego z wyraźnie zapisanymi na nim danymi filmu.
Kasowanie takiego biletu wygląda następująco:
a) klient podchodzi
b) klient podaje bilet
c) bileter odbiera bilet i sprawdza dane
d) bileter przedziera bilet/robi dziurkę magicznym dziurkaczem
e) bileter oddaje bilet
f) klient wchodzi na salę

Oczywiście ten proces opatrzony jest licznymi dodatkami werbalnymi, takimi jak chociażby zwroty grzecznościowe. Na poziomie stricte wizualnym wygląda jednak tak, jak to opisałem powyżej. Okazuje się, że nie dla wszystkich ten schemat jest do zaakceptowania, zdarzają się bowiem klienci, którzy modyfikują znacząco punkt "c", w którym bileter pozbawia ich na kilka sekund biletu. Klienci ci nie godzą się na taki stan rzeczy i silnie trzymają się swojej już przecież własności, zmuszając tym samym do zbliżenia się i przeprowadzenia całego procesu "na ich rękach". Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to bezsensowne wydłużenie czasu obsługi (zawsze to te parę, nikomu niepotrzebnych sekund), bo muszę go przeznaczyć na doznanie szoku, przestawienie swojego myślenia na "o nie, znowu jeden z tych", a następnie skrócenie dystansu w celu wykonania pozostałych czynności. Nie mam pomysłu skąd się to bierze. Odkąd pamiętam bilety oddawało się osobie sprawdzającej, które następnie je oddawała. Ewentualnie to osoba sprawdzająca mogła zdecydować o tym, że nie chce go odbierać, bo widzi/nie musi/wie/pamięta/cokolwiek. Ale takie siłowanie się o kawałek papieru jest niemalże wbrew tradycji! Nie wspominając już o tym, że wygląda tak, jakby klient miał mi coś do powiedzenia... Na zewnątrz... Na gołe klaty.


8. NIEDOINFORMOWANI

Wynalazek internetu dał ludziom dostęp do mnóstwa informacji, będących w zasięgu kliknięcia. Nie musi to być wcale wiedza tajemna, skomplikowane terminy czy prawdy objawione, może to być na przykład repertuar waszego ulubionego kina, albo informacja o tym, gdzie grany jest film, który chce się zobaczyć. Oczywiście nie dyskredytuję ludzi, którzy internetu nie mają lub też nie potrafią z niego korzystać, ale tego typu wiedzę można również czerpać z różnych gazet bądź bezpośrednio z kina, a jej źródłem wcale nie musi być obsługa. Kina zawsze mają wywieszone repertuary, ulotki konkretnych tytułów oraz wyświetlają zwiastuny (które można także obejrzeć w internecie), każdy kto chce być zorientowany, może łatwo to zrobić. Dlatego, gdy ktoś podchodzi do mnie z pytaniem "Co teraz gracie?" albo "O czym jest ten film? A ten? A tamten?" chcąc być dostać streszczenie fabuły każdego tytułu w ofercie, albo gdy absolutnie zabija mnie pragnąć odpowiedzi na "A dobry jest", to troszku się irytuję.
Rozumiem, że można nie dopuszczać do siebie płynących ze świata informacji (co leży u podstaw Analfabetów z poprzedniej części Typologii...), ale żądanie ode mnie rozstrzygnięcia kwestii absolutnie subiektywnej w obliczu mojej kompletnej nieznajomości gustu, charakteru czy preferencji danej osoby jest co najmniej naiwne... by nie powiedzieć po prostu głupie. Myślę, że każdy może dojść do takiego stopnia samoświadomości, by autonomicznie podejmować decyzje o wyborze filmu, na którym będzie skłonny spędzić półtorej godziny życia.


9. ZAUWAŻALNI

Nazwa nie do końca oddaje to o czym zaraz napiszę, ale już za długo próbuję nazwać tę grupę, wiec po prostu ją opiszę.
To ludzie czasami będący podgrupą Niedoinformowanych, czasem zupełnie nie mając z nimi związku. Tym co jest wyznacznikiem przynależności do niej jest fakt żądania od obsługi by ta skupiła na nich swoją uwagę. W jaki sposób to robią? Najczęściej szokując... przeważnie głupimi pytaniami w rodzaju "Przepraszam czy mogę wyjść do toalety?", "Przepraszam czy mogę [wyjść] jeszcze coś kupić?" albo "Przepraszam, czy jeśli wyjdę to pan mnie wpuści?". Nawet nie macie pojęcia jak wielkie jest parcie, by odpowiedzieć stanowczym "NIE".

Rozumiem, że kino jest specyficznym obiektem, ze swoim jasnym podziałem na salę projekcyjną i część przejściową przeznaczoną zwykle do czekania na seans. To jednak klient finansuje tego typu obiekt, zostawiając w nim swoje pieniądze, jest więc osobą uprzywilejowaną. Poza tym, to nie teatr, żeby nie można było wejść na salę po rozpoczęciu seansu. Oczywiście, film udowodnił, że może być kulturą wysoką (jeśli wciąż utrzymujemy, że podział na k. wysoką i k. niską istnieje), ciągle jednak ciągnie się za nim łatka "jarmarcznej rozrywki", w której ma swoje początki, z czym wiążą się przyzwolenia na pewne zachowania. I o ile trudno jest wyobrazić sobie spektakl teatralny, w którym widownia żywo reagowałaby na to co dzieje się na scenie, np. wyśmiewając nieudolną grę aktorską, o tyle taka sytuacja w podczas seansu kina klasy B (podczas seansu VHS HELL chociażby - polecam), jest jak najbardziej do przyjęcia, a może nawet polepszyć odbiór.

Przedstawiciele tej grupy nie zawsze zadają pytania, często jednak tematycznie krążą wokół fizjologii machając na przykład i głośno mówiąc "Idę do toalety", jakby chcieli być pewni, że ich wyjście zostało zauważone... A wystarczyłoby przecież zabrać przedarty bilet, na który weszli, żeby taką pewność zachować.


Apeluję zatem o myślenie w kinie i próbę zdania sobie sprawy z pewnych zachodzących w nim procesów. Nie wyobrażam sobie bowiem sytuacji, w której pracownik jakiegokolwiek przedsiębiorstwa powstrzymuje klienta od oddania większej ilości pieniędzy temu przedsiębiorstwu lub zabrania mu wyjścia do toalety, by ten się zsikał i więcej tam nie wrócił.

Zakończę może pewną myślą, której autorem jest Bertrand Russel:

Wielu ludzi szybciej umrze, niż pomyśli. I wielu tak umiera.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przebudzenie mocy w blasku księżyca, czyli pytania o sens i wtórność

Jest coś takiego w tych sobotach, że do momentu ich nastąpienia zbiera się we mnie tyle, że akurat wystarcza na post. A potem przegapiam sobotę i w niedzielę już nie jest tak łatwo. A w poniedziałek... oh... Ale jak twierdzą bracia Stugaccy "Poniedziałek zaczyna się w sobotę", zatem przejdźmy do sedna.

W piątek swoją premierę miały drażniący zwiastun (ang. teaser trailer :D) nowych Gwiezdnych Wojen. Zapanowała globalna podjarka, aczkolwiek znalazły się też głosy negatywne naśmiewające się głównie z nowego designu filmowego miecza świetlnego, chociaż byli i tacy, którzy mieli swoje zarzuty wobec lekko zmodyfikowanych hełmów szturmowców. Od razu pojawiły się też parodie i przeróbki, aczkolwiek jest to tej wielkości wydarzenie, że ewenementem byłby ich brak.

W czwartek z kolei byłem na premierze "Magii w blasku księżyca" Woody'ego Allena, który umknął mi jakoś, gdy gościł na ekranach kin. Prawda jest po części taka, że miałem zbyt wiele wątpliwości co do potencjalnej jakości filmu i nie za bardzo chciałem wydawać na niego pieniądze. I gdy się tak zastanawiałem zdążył zejść z ekranów, albo pojawiać się już tylko w godzinach, które mi nie odpowiadały. Na seansie byłem w Kinie Muza z okazji Taniego Czwartku. Frekwencja w ten dzień jest zwykle przyzwoita, choć nie oszałamiająca średnio jakieś pół do 3/4 sali. Jakoś nie zetknęło mi się w mózgu, że tańsze bilety i moda na Woody'ego Allena sprawią, że kino przeżyło oblężenie. Pierwszy raz siedziałem na skraju trzeciego rzędu... nie było najgorzej.

Co łączy te dwa wydarzenia? Otóż jest to pewna wtórność przekazu. "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (z VII bądź bez) niewątpliwie okażą się box office'owym sukcesem. Nieważne czy krytycy będą krytykować czy publiczność psioczyć i tak mnóstwo osób pójdzie zobaczyć ten film wiedząc o nim tylko tyle, że nazywa się "Gwiezdne Wojny" i jest pełnometrażowym filmem aktorskim. Przypuszczam, że jak zawsze fani podzielą się na tych, którzy polubią nową trylogię i na tych, którzy za jedyną właściwą uważać będą tę najstarszą (bo termin "Stara Trylogia" straci swe znaczenie). Nie ma to znaczenia. Mniejszą popularnością cieszyć się będą zapewne spin-offy (dla niewiedzących: opowieść skupiające się na pobocznym elemencie oryginału, np. "Wolverine" to spin-off "X-Men", a "Pingwiny z Madagaskaru" to spin-off "Madagaskaru"... a "Buka" byłaby spin-offem "Muminków" - czekam), które mają się pojawiać na przemian z kolejnymi częściami.

Czy jest sens robienia kolejnych części? To pytanie, które nie ma trochę racji bytu w tym kontekście. Chodzi bowiem o pieniądze, które niewątpliwie zostaną zarobione. Przypuszczam czy kwestia "zasadności" albo gorzej "potrzeby" robienia kolejnych Gwiezdnych Wojen nikogo zbytnio nie obchodzi. To trochę tak jak z Ridleyem Scottem i "Obcym" albo "Łowcą Androidów". Świat nie potrzebuje "Prometeuszy" i "Łowcy Androidów 2" (tego na pewno nie potrzebuje), ale co z tego, skoro są to marki, zdolne przyciągnąć widzów do kin i dlatego te filmy powstaną.

Co to ma wspólnego z Allenem? Otóż Allen w pewnym momencie wyrobił sobie markę i nie jest bynajmniej marka nierentownego, artysty robiącego niszowe filmy, tak było kiedyś. Filmy Allena zwykle na siebie nie zarabiały, ba, było dobrze, jeśli wychodziły na zero. Dobrze wyglądały jednak w portfolio poszczególnych twórców, przynosząc częstokroć prestiżowe nagrody (Allen jest bodaj najczęściej nagradzanym twórcą). Obecnie jest jednak twórcą kojarzonym z komediami romantycznymi o inteligenckim rysie, które spełnią potrzebę i naiwnej rozrywki i obcowania z czymś mądrym (ot taki paradoks), stąd też być może bierze się jego popularność. Pamiętam, jak kiedyś, bodajże przy premierze "Co nas kręci, co nas podnieca" (genialny tytuł...) na plakacie zobaczyłem napis: "Woody Allen, twórca <>". To był moment, kiedy Allen zaczął być przejmowany przez kulturę popularną. Zasadniczo Allen jako twórca kultury popularnej zaczynałby się właśnie od "Vicky, Cristina..." wcześniejszego jego filmy jeszcze nie do końca pasują do późniejszej wizji. Popularność, pieniądze, sukcesy frekwencyjne, ale już nie nagrody. Te pojawiły się przy okazji "O północy w Paryżu", który był czymś więcej niż Allenowską komedią romantyczną, i "Blue Jasmine", który to film zupełnie wychodził poza tę szufladkę i pewnie właśnie dlatego był reklamowany jako komedia właśnie (zarówno zwiastun jak i ulotki).

Pytanie o sens w kontekście wartości takich jak jakość czy treść, nie jest pytaniem zasadnym w odniesieniu do blockbusterów. Pytanie, które można postawić względem nich, jest kwestia potencjału komercyjnego. Zastanówcie się, który z blockbusterów, które obejrzeliście w ciągu minionej dekady coś zmienił? Był w jakiś sposób odświeżający czy wprowadzał jakieś novum do świata filmu. Ja myślę i mam problem. "Incepcja" Nolana miała ciekawy pomysł i była dobrze zrobiona, nie niosła jednak ze sobą nic co zostawało by w człowieku (nie licząc charakterystycznego "BAAAAAAAAAAAAAUM!"). "Mroczny Rycerz" tegoż twórcy, jako film pokazujący poważnych i cierpiących superbohaterów, to tylko kontynuacja pewnej koncepcji, która pobrzmiewa już gdzieś przy okazji pierwszego "Hulka" w reżyserii Anga Lee (swoją drogą całkiem nowatorskiego jeśli chodzi o formę i treść w filmie superbohaterskim, ale blockbusterem ciężko go nazwać: zarobił 132 miliony, ale kosztował 137, także tego...). W kontrze do Batmana stanęli "Avengersi", którzy reprezentowali "luźne" podejście. Wszystko to jednak filmy, bezpieczne, ze znanymi twarzami i równie znanymi rozwiązaniami technicznymi. "Avengers" było nazywane "Iron Manem 3" ze względu właśnie na konstrukcję, humor i ważność postaci, które to elementy zostały mniej lub bardziej uwidocznione. To, co zmienia kino pojawia się na obrzeżach, to produkcje tańsze, mniejsze, albo wręcz przeciwnie, wielkie i drogie, ale nie odnoszące sukcesu (jak wspomniany "Hulk", który wiedział, że dzwoni, ale nie wiedział gdzie). Nie neguję wartości wielkich produkcji, każdy z nas lubi się czasem "rozerwać" i z pewnością wybiorę się na "Gwiezdne Wojny VII". Warto jednak pamiętać, że w relacji twórcy-widzowie, chodzi bardzo często od wyciągnięcie pieniędzy tych drugich przez tych pierwszych i że nie wszystko co nam dają, nadaje się do spożycia. Z tego też względu nie przewiduję swojej obecności na "Hobbicie 3", a ewentualnego "Łowcę Androidów 2" ominę szerokim łukiem, tak jak "Szklaną Pułapkę 5", której do dzisiaj nie obejrzałem, nie chcąc psuć sobie dobrego zdania o tej serii. Zamiast tego poświęcę zaoszczędzony czas na projekcję czegoś, co nie ma jeszcze numerka.

sobota, 22 listopada 2014

Typologia kinowych klientów, czyli słów kilka ku przestrodze (i rozrywce)

Pracując w kinie trochę ponad rok (a w zasadzie rok bez miesięcznych przerw, jeśli wypełnić luki na zmianę kina ostatnimi miesiącami) miałem niezliczoną ilość okazji, żeby obserwować klientów. Jako, że robię to trochę mimowolnie i tak samo mimowolnie analizuję ich zachowania, z tyłu głowy pojawiać mi się zaczęła pewna baza danych i podział na poszczególne typy. Nadszedł chyba czas, bym podzielił się tą wiedzą ratując tym być może kogoś przed wpadnięciem, w którąś z tych klisz.

TYPOLOGIA KLIENTÓW KIN (niezależnie od rodzaju kina)

1. SITERSI (ang. sit - siedzieć)

To nazwa, którą wymyśliłem po tym jak któryś raz z kolei musiałem wypuścić salę, na której wciąż siedzieli widzowie. Idea wypuszczania sali jest zasadniczo taka, że sale raczej nie stoją nieużywane. Jakiś film się kończy, za chwilę inni się zaczyna, te przerwy bywają niemożliwie krótkie, a czasem sala wymaga posprzątania w międzyczasie (zwłaszcza, jeśli rozmawiamy o kinach, w których kupić można żywność... na przykład popcorn). Tymczasem istnieje grupka widzów, która z jakiegoś powodu musi siedzieć na napisach do końca lub przynajmniej do bardzo, bardzo późnej ich części, tak że gdy oni wychodzą, to widzowie kolejnego filmu stoją już przy drzwiach.
Rozumiem przeczekiwanie napisów na produkcjach Studia Marvel, gdzie jest prawdą powszechnie znaną, że będzie można potem zobaczyć jakąś krótką scenkę (kiedyś zapowiadającą kolejny film, teraz mającą raczej mieć wydźwięk humorystyczny). Rozumiem też, że są filmy, które po prostu tak masakrują odbiorców, że zwyczajnie nie chce się od razu wstawać i wychodzić, też tak miewam. Czego natomiast nie rozumiem i co trudno jest mi zaakceptować, to siedzenie na napisach filmów średnich, albo takich, które spokojnie można przetrawić poza salą. Czy ma to być jakiś rodzaj hołdu dla twórców? Myślę, że wszelkich "technicznych", którzy przyłożyli rękę do powstania jakiegoś filmu średnio obchodzi czy widz przeczyta ich nazwisko by po pięciu sekundach już o nim zapomnieć czy nie. Jeśli zostajesz dla muzyki, to ok, fajnie że ci się podoba, ale równie dobrze możesz wrócić do domu, usiąść przed komputerem i wpisać w Google "[nazwa filmu] ending song" i będziesz mieć możliwość rozkoszowania się nią do końca świata. Więc jeśli potrzeba przesiedzenia napisów, jest jakąś drobną zachcianką, to może warto zauważyć pracowników kina i uszanować ich pracę, wychodząc z sali szybko i sprawnie, tak by mogli dopełnić swoje obowiązki.

2. CI OSTATNI (ludzie, na których trzeba czekać)

To kategoria, którą utworzyłem dopiero niedawno. Dotychczas wszystkich ślamazarnych wrzucałem do worka z sitersami, ale ostatnio zauważyłem, że są ludzie, którzy w nosie mają napisy końcowe. Oni po prostu... w zasadzie nie wiem co robią, ale sprawiają, że trzeba na nich czekać.
Nie rozumiem np. ubierania się na sali. Po co, skoro skończyły się już chyba czasy kin, z których z sali wychodziło się wprost na zewnątrz, gdzie uderzał nas mróz i śnieg czy deszcz i wiatr, generalnie złe warunki pogodowe. Przed salą zwykle jest hol, w których prawdopodobnie stoją jakieś krzesła, na których można usiąść, albo rzucić na nie swoje ubrania i tam spokojnie się ubrać. Ale nie, ludzie nie zauważają pracowników kina, którzy stoją i smutno patrzą na wychodzącą jeszcze salę (nawet jeśli napisy dawno przeminęły), wiedząc, że za chwilę będą musieli przepraszać próbujących już wejść nowych widzów.
Osobiście staram się opuszczać salę jako jeden z pierwszych, wychodząc z założenia, że bycie ostatnim widzem na sali tworzy jakąś presję, do szybszego wyjścia. Ubieram się też metodycznie, bo generalnie lubię "chodzić z sensem", czyli np. ubieram się idąc, albo niosę ubranie w ręku, wiedząc, że zaraz stanę w kolejce do wyjścia i to będzie moja chwila, którą przeznaczyć będę mógł na ubranie się (zamiast stać bezczynnie w pełnym rynsztunku). Myślenie perspektywiczne to pożądana dzisiaj cecha, a wybieganie myślą w przód nie jest znowu tak powszechne, więc hej, czemu nie zacząć zmian od siebie?

3. ANALFABECI (albo po prostu niezbyt bystrzy)

Abstrahuję już od częstego pytania, które kiedyś padało regularnie: "A przepraszam, czy ten film jest z lektorem?". Dopóki nie pracowałem w kinie, myślałem, że oglądanie filmów z napisami, to dla wszystkich taka frajda jak dla mnie. Słyszę oryginalny głos aktora, a do tego wiem co mówi. Jeżeli dodatkowo znam język, którym mówi aktor, to mogę zupełnie zignorować napisy, skupiając całą swoją uwagę na tym co dzieje się na ekranie (bo napisy sprawiają jednak, że chociaż wiemy co się dzieje, nie widzimy wszystkiego). Nagle okazało się jakim jestem naiwniakiem. Istnieje całe mnóstwo widzów kinowych, które nie lubi czytać. Ogarnijmy się, to nie są książki, gdyby zsumować średnią ilość list dialogowych z półtoragodzinnego filmu to ile nam wyjdzie stron zapisanych linijka pod linijką? Książkowym drukiem pewnie coś koło 20-30. Maksymalnie.
Bodajże przy okazji filmu "Zimowa opowieść" doszło do takiej mniej więcej sytuacji:

Do kasy podchodzi facet z babką, wiek - gdzieś przed trzydziestką.
- Dzień dobry czy "Zimowa opowieść" jest z dubbingiem
- Nie, z napisami.
Facet odwraca się do swojej partnerki i pyta:
- Poradzisz sobie?

Kiedyś też, gdy cofałem klientów spod przejścia, którym wchodzić nie mieli (bo nikt tam nie sprawdzał biletów) i powiedziałem im, że informacja o tym była napisana na kartce na słupku, spotkałem się z odpowiedzią "Strasznie dużo trzeba u was czytać".
Oh well...

Innym aspektem wstecznego analfabetyzmu przejawiającym się w niechęci do czytania jest motyw klientów, którzy nie wiedzą co podać bileterowi. W kasie kina dostaje się zwykle kilka papierków z czego tylko jeden jest biletem. Może to być na przykład zestaw: informacja o tańszej kawie, katalog z premierami na dany miesiąc, bilet i paragon, z czego bilet wyróżnia się tym, że UWAGA! ma napisany tytuł filmu, godzinę projekcji, rząd i miejsce. Podchodzą tacy klienci i mówią "nie wiem, które pan chce" albo "nie wiem, które to bilet". Aż chce się odpowiedzieć, że na przykład ten papierek, na którym jest rząd i miejsce. Nie róbmy z siebie idiotów, chcemy być traktowani jako poważni, kulturalni, mądrzy ludzie? To bądźmy świadomi tego co się dzieje, szczególnie jeśli wymaga to od nas pobieżnego przejrzenia kilku świstków.

4. NIEŚMIESZNI

To akurat grupa, którą spotkać można wszędzie, każdy z nas może też do niej czasem dołączać. Chodzi o ludzi, którzy myślą, że są śmieszni, chociaż tak naprawdę nie są oraz takich, którzy myśląc, że rozsiewają dookoła swój czar tak naprawdę pogłębiają irytację słuchaczy. To rzecz dosyć intuicyjna, jest jednak jeden flagowy przykład, który tu przytoczę, a którego za wszelką cenę należy się wystrzegać.
Rodzajów kinowych biletów jest co najmniej kilka. Od zwykłego podziału na normalne i ulgowe (uczniowie, studenci, emeryci) są też jakieś kupony, które można wygrać/dostać/kupić, listy, na którym można figurować co upoważnia do tańszych, albo darmowych wejść i wiele, wiele innych. Dlatego kiedy pada pytanie o rodzaj biletu, zadane w formie "Bilet normalny?", to najgłupszą rzeczą jest odpowiedzieć "Może być nienormalny, hehe". Jest to żart, który każdy kasjer sprzedający bilety słyszał w swoim życiu wielokrotnie, bywa, że po kilka razy dziennie, dlatego jest to żart, który NIE JEST ŚMIESZNY. To taki tekst stereotypowego wujka, który mówi coś "młodzieżowego" albo "cool", myśląc, że w ten sposób nawiązuje z nami więź i urasta w naszych oczach, do rangi króla dowcipu. Był nawet chyba żart o takich wujku...

5. NORMALNI
I na tych wszyscy czekamy, a kiedy przybywają, czasem niepozorni, czasem jedynie przemykając niezauważeni, nasze życia stają się prostsze. To tacy ludzie, którzy wiedzą do czego służy kino, ale zauważają w nim też ludzi, którzy sprawiają, że kino funkcjonuje. Ludzie, którzy mają poczucie humoru, ale nie chcą być na siłę śmieszni. Ludzie, którzy rozumieją, że kawiarnia jest już zamknięta, ekspres wyłączony i że nie mogą w związku z tym kupić kawy. Ludzie, którzy nie myślą tylko o sobie, ale generalnie myślą.

I takimi myślącymi widzami powinniśmy być wszyscy.
Udanych seansów.

sobota, 8 listopada 2014

Alternatywa, czyli słowo o innym kinie

Znowu jestem w pracy i znowu dodaję wpis. Czy to ta praca działa tak inspirująco? Pewnie tak, bo dzisiaj napiszę co nieco o filmach spoza głównego nurtu. Postaram się uniknąć kryptoreklamy, ale być może mi się nie uda.

Odkąd przestałem pracować w multipleksie, a zrobiłem to po części dlatego, że wyświetlane tam filmy już nie dawały mi przyjemności, mam wrażenie, że poszerzam swoje horyzonty filmowe. W ramach researchu przed tym wpisem, coby uniknąć przekłamań, sprawdziłem historię swojego konta na Filmwebie i faktycznie widać tam, że do momentu rezygnacji oceny są mniej więcej podobne, bardzo średnie, nic szalonego się nie dzieje. Potem zacząłem oglądać filmy starsze, zacząłem prowadzić fanpage "Filmy, w których Tom Cruise nie biega", w związku z którym zacząłem oglądać dużo filmów z tym aktorem i tak to się jakoś kręciło aż do "Sekstaśmy"... i to był ten punkt. Prawdopodobnie zapamiętam ten film dlatego, że był taki zły i dlatego, że stanowił dla mnie impuls do wyjścia poza kino mainstreamowe. Pojechałem do Ińska, zacząłem oglądać filmy europejskie i przeżyłem szok. Dotąd moje wyobrażenia o kinie... na potrzeby tej wypowiedzi nazwijmy go artystycznym, były takie, że jest to kino poważne, ciężkie, wymagające dużego skupienia, na które nie zawsze mam ochotę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmy europejskie pretendujące do bycia czymś więcej niż tylko rozrywką kierują się tymi samymi zasadami co kino, które dotąd oglądałem w kinie. Nadal chodzi o zainteresowanie widza i wciągnięcie go jak najgłębiej w przedstawianą opowieść. Tylko, że zamiast ograniczyć się tylko do tego, zamiast poprzestać na tym czysto emocjonalnym zaangażowaniu chodzi o powiedzenie o czymś ważnym czymś co ma znaczenie... albo zupełnie nie i wtedy robi się film o szukaniu halucynogennych grzybków w sercu dżungli ("Chore ptaki umierają łatwo").


Ciekawie obserwuje się też analogie występujące między multipleksami, a kinami studyjnymi, art house'owymi. I tu i tam pojawia się coś w rodzaju blockbusterów (chyba już o tym pisałem, ale jest to taki kasowy hit, nazwa od bomby, która rozwalała cały blok mieszkalny). W multipleksach są to blockbustery właściwe, czyli dzisiaj byłoby to kolejna odsłona przygód Avengersów albo trzeci Hobbit (ech). W kinach studyjnych będzie to pewnie nowy Woody Allen (powód, dla którego sieciówki też puszczają jego filmy - od kilku lat generuje zyski), ale też np. jakiś "Klub Jimmy'ego" a być może "Lewiatan". W obu przypadkach są to filmy, które mają zarobić więcej (bo nie oszukujmy się, kasa jest ważna nawet jeśli mówimy o sztuce), ale zmienia się ich wydźwięk. W kinie masowym będzie to mieszanina gatunkowa, pewnie z dobrymi efektami specjalnymi, mająca zadowolić możliwie dużo ludzi. W drugim przypadku? Kino ambitne mniejszego kalibru, bliższe człowiekowi i lepsze warsztatowo, (no właśnie taki "Lewiatan").


Jest coś odświeżającego w tego rodzaju kinie. Całe życie oglądałem w zasadzie kino amerykańskie, a przynajmniej silnie bazujące na amerykańskich wzorcach. W pewnym momencie przestało to na mnie robić wrażenie, wszędzie widziałem schematy, marne próby bycia czymś więcej, ale kino masowe nie może być czymś więcej właśnie dlatego, że jest masowe. Dlatego trudno mi uwierzyć w "genialność" Interstellar Nolana. Jasne, facet jest świetnym rzemieślnikiem, ma mnóstwo dobrych pomysłów i potrafi wciągnąć widza, ale nie oszukujmy się, ktokolwiek twierdzi, że "Incepcja" jest filmem, który trzeba zrozumieć wywołuje u mnie uśmiech. To film, który można przeanalizować, żeby "odkryć" sens ostatniej sceny... ale mnie np. nie chciało się tego robić. Nie czułem takiej potrzeby. Dobrze się bawiłem, w kinie byłem dwa razy, efekt dźwiękowy ("BUAAAAAAAAAH") dźwięczał mi w głowie przez długi czas, ale nie było się nad czym zastanawiać. Nawet jego "Memento" bazujące bardziej na scenariuszu i pomysłach realizacyjnych jest bardziej rozrywkowe niż... niż nic, jest po prostu bardzo dobrą rozrywką. Czasy "Blade Runnera" odeszły i nie powrócą. Sam "Łowca Androidów", któremu udaje się jakoś łączyć refleksyjną historię z wciągającą opowieścią w czasie swojej premiery poniósł klęskę. Duncan Jones nakręcił mądre "Moon". Nie jest to raczej film, o którym wiele osób wie. Zrobił też akcyjny "Kod Nieśmiertelności". Coś świta? No właśnie.


Nie widziałem "Interstellar" i nie chcę go skreślać, ale Nolan to nie Kubrick. A im więcej osób twierdzi, że film jest "genialny" czy że to "arcydzieło" tym bardziej sądzę, że sytuacja jest zgoła przeciwna. Nie dlatego, że automatycznie ustawiam się w kontrze. Dlatego, że ludzie są tacy jak to określił Dem "przyzwyczajeni do akcyjniaków, będą myśleli, że zobaczyli coś mądrego".

This is who we are. This is where we live

~ Nick Cave - "20 000 dni na ziemi"

sobota, 1 listopada 2014

Czego pragnę, czyli stany, które osiągam w pracy

Jakiś czas temu stwierdziłem, że dosyć mam już swej bezczynności i udawania, że buduję swoją przyszłość przez pisanie na laptopie, podczas gdy w rzeczywistości przeglądałem profile znajomych na Facebooku. Rzeczą, której mi brakowało była praca. Może to zabrzmi dziwnie, ale uważam, że praca daje poczucie jakiegoś sensu, nawet jeśli jest to praca bez perspektyw. Idziesz gdzieś na kilka godzin, coś tam robisz, albo nie, zarabiasz pieniądze. Czy jestem idealnym przykładem współczesnego kapitalistycznego społeczeństwa, które w pieniądzu widzi cel, a nie środek? Ostatnio zacząłem sobie przeliczać wartości różnych rzeczy na czas, jaki trzeba poświęcić, żeby zapracować na ich równowartość. Zjadam ciastko... jakieś 20 minut pracy. Kupuję sobie droższe piwo... godzina, może więcej. Z jednej strony to piwo będę sączył przez kolejną godzinę z kawałkiem, z drugiej... czy warto?

Siedząc w kinie w roli biletera miałem okazję wejść na dwa, dość specyficzne seanse. Pierwszym była wczorajsza "Huba" drugim dzisiejsze "20 000 dni na Ziemi". Na pierwszy rzut oka to dwa różne filmy. Jeden polski, drugi brytyjski. Jeden w prawie dokumentalny (choć fabularyzowany) sposób śledzi życie dwójki bardzo przeciętnych ludzi, drugi skupia się na specyficznym, bo jubileuszowym dniu z życia gwiazdy światowego formatu. To co łączy oba obrazy to specyficzna atmosfera, pewnego rodzaju przykład przeżycia transcendentnego, gdzie granice mojej refleksji nie kończą się na ekranie kinowym, ale wręcz mają swój początek dopiero poza całą filmowo-kinową materialnością. "Huba" jest filmem niemalże niemym. Moje myśli jakby w naturalnym odruchu wykorzystywały ten stan, by "mówić" wewnątrz mojej głowy. Momentami łapałem się na tym, przekonując się, że to tylko forma, którą twórcy wybrali sobie, żeby o czymś opowiedzieć i raczej nie kręcili tego filmu po to, żeby był jedynie tłem dla moich dryfów. Choć próbowałem się kontrolować, "Huba" była filmem-tłem, który leciał sobie, gdy ja snułem refleksje na tematy mnogie. Nie były to refleksje ważne i w tym momencie nie jestem w stanie przypomnieć sobie czego dotyczyły. Uczucie swobody snucia było jednak przyjemne.

Dzisiaj podobnie miałem oglądając poczynania Nicka Cave'a. Tu sytuacja była z goła inna, bo specyfika artysty i jego sposób narracji skłaniały wręcz do tego by odpłynąć i zastanowić się nad własnym życiem. Nie wiem jak wy, ale ja doświadczam niekiedy uczucia pędu myśli, których nie jestem w stanie nazwać, jednak wiem, że dotyczą spraw głębokich i ważnych. Osiągam wtedy pewien spokój. To tak jakby to kim jestem, "stawało się" wcale nie w momentach, w których świadomie o czymś myślę, ale w tym, w których myśli płyną i formują się gdzieś poza zasięgiem mojej świadomości. To trochę jak z pisaniem na blogu właśnie. Powodem, dla którego kiedyś przestałem prowadzić bloga było wyczerpanie tematów. Pisanie było porządkowaniem myśli, które wyrażane zostawały w postaci tekstów, do których nie musiałem wracać, gdyż myśli zostały nazwane i zarchiwizowane - sprawa zamknięta. Potem długi czas układałem sobie wszystko w głowie sam i nie czułem potrzeby dzielenia się tymi myślami. W momencie nazwania myśli, sprawa była zamknięta i przelewanie ich na słowa nie miało już sensu.

W tym momencie mam potrzebę uchwycenia tych nienazwanych refleksji. Wykroczyłem poza stan, w którym wszystko jest uporządkowane i muszę się teraz wypisać, żeby do niego wrócić. Choć mam wrażenie niedopowiedzenia, ten stał został chyba osiągnięty. To tyle na dzisiaj. Dziękuje za uwagę i dobranoc.

wtorek, 21 października 2014

Pisanie dla ludzi rozumnych, czyli dlaczego czasem mi się odechciewa?

Myślę, że poniższy post będzie w sposób bezpośredni związany z tym o czym traktował poprzedni.

Kocham filmy do tego stopnia, że trudno mi wyobrazić sobie życie bez nich. Od pewnego momentu także o nich piszę i publikuję swoje recenzje tu i ówdzie. Pisanie ma jednak swoje poważne minusy, zwłaszcza jeśli publikacje mają miejsce w internetach. W mówieniu o filmach czy w dyskutowaniu o nich najciekawsze jest wyrażanie poglądów i zwracanie uwagi na różne elementy danego obrazu, który przez różne osoby, mógł być odbierany w różny sposób. Tu swoją wyższość okazuje rzeczywisty dialog, kiedy ktoś wyraża swoją opinię, ktoś inny może się wtrącić, dopowiedzieć, albo skontrować, podczas gdy tekst zamieszczony w internecie musi bronić się w zasadzie sam, bo komentarze odautorskie pod własnym tekstem, raczej nie służą jego korzyści.


Publikuję w dwóch miejscach na Kontrze, studenckim portalu, gdzie mogę to zrobić w dowolnym momencie i na Filmwebie, gdzie na weryfikację muszę czekać jakieś 3 tygodnie, co w przypadku recenzji jest w zasadzie wiecznością. Ostatnio w oba miejsca wrzuciłem moją opinię o "Mieście 44". Pod linkiem do Kontrowego materiału na Facebooku wywiązała się jakaś dyskusja, ktoś powiedział, że tekst jest fajny, wpadły jakieś lajki, generalnie miło. Wczoraj ten sam tekst ukazał się na FW... i zostałem pożarty.

Nie tyle irytuje mnie czy też smuci fakt, że stałem się obiektem pewnego rodzaju ataków (natury wyzwiskowej) co to, że do przymiotników się komentarze ograniczyły. Zdarza mi się zjeżdżać ludzi i niestety prawdą jest, że komentuje się chyba częściej teksty, które wywołują negatywne emocje, niż te, które nam się podobają. Za każdym razem kiedy wyrażam swoją opinię staram się jednak zwrócić uwagę na powody, dla których uważam dany tekst czy jego fragmenty za słabe. Tymczasem komentarze pod recenzją "Miasta 44" brzmiały tak:

"No to zdębiałem... czytając tą recenzję. Ciekawe, że tak wielu rzeczy autor recenzji nie zrozumiał w tym filmie. A generalnie film nie jest jakoś bardzo skomplikowany. Pozdrawiam."

"pitolenie bez sensu . film jest genialny, świetny i to chyba najlepszy z polskich filmów nie tylko wojennych :)"

"autor jest ignorantem. dziękuje"

Dla wszystkich, którzy oglądali "Miasto 44" z podobnymi odczuciami co ja powyższe wypowiedzi mogą się wydać co najmniej dziwne. Film faktycznie nie był skomplikowany, ba! nie wiem nawet cóż tam było do rozumienia. To trochę przykre, że ludzie dają sobie wciskać takie kity i jeszcze uważają je za arcydzieła.


W wakacje swoją premierę miał "Frank" taki film z Michaelem Fassbenderem, który ma zespół i nosi maskę. W swojej recenzji napisałem, że w końcu tę maskę ściąga, gdyż nie uznałem tego za istotne dla odbioru filmu. Dlaczego? 1. Nie o tym traktuje film, chodzi w nim raczej o pokazanie choroby psychicznej, pewnych toksycznych zachowań i relacji międzyludzkich w dobie internetu. 2. Wiem, że Franka gra Fassbender, wiem jak wygląda Fassbender i każdy kto wpisze sobie w google "Fassbender" jeśli tego nie wiedział, to też się dowie. Mówienie o spoilerze w tej kwestii ma sens tylko, gdyby informacja o tożsamości aktora odgrywającego zamaskowanego wokalistę byłaby tajna, tymczasem jest to największe nazwisko na plakacie.

Wszyscy komentatorzy mojej recenzji uznali to jednak za najważniejszy aspekt filmu, wyrzygując mi, że mogłem sobie oszczędzić tej informacji i generalnie wołając "spoiler, olaboga". Nie czuję się winny, moje sumienie jest spokojne, martwi mnie za to co innego. Jeżeli ktoś skupia się na aspekcie z perspektywy fabuły mniej istotnym, przy filmie, który stara się mieć jakieś przesłanie, to jakie są szanse, że to przesłanie zauważy? Raczej niewielkie.

Pewnie nie powinienem się przejmować i w ogóle olać czytanie tych komentarzy, ale z naturalnej ciekawości czy też próżności zawsze sprawdzam co ktoś pisze pod moim "dziełkiem". Tylko, że zwykle okazuje się, że czytają mnie ludzie, którzy patrzą na filmy w zupełnie inny sposób i wyrzygują mi rzeczy z warstw rozumienia, zupełnie powierzchniowych. Spuentuję to może tekstem jakiegoś nieznajomego komentatora pod moją recenzją "Lucy" i niech to będzie moje zdanie o tych wszystkich widzach, którzy minęli się z filmami.

"ciekawe jest obserowanie, gdy głupi ludzie oceniają coś mądrzejszego od nich."

Niestety.


Wszystkie recenzje i komentarze pod nimi do przeczytania tutaj:
http://www.filmweb.pl/reviews/Pora%C5%BCk%C4%85+o+kl%C4%99sce-16538 - Miasto 44
http://www.filmweb.pl/reviews/Podr%C3%B3%C5%BC+do+wn%C4%99trza+g%C5%82owy-16033 - Frank
http://www.filmweb.pl/reviews/Mniej+ni%C5%BC+zero-16416 - Lucy

piątek, 17 października 2014

Filmy konfliktowe, czyli po jakich tytułach poznać człowieka?

Na świecie jest wielu ludzi, którzy nie traktują X muzy jako czegoś świętego, a kino jest dla nich raczej rozrywką i okazją do spotkania się ze znajomkami, niż jakąś ważną częścią życia. Są też ludzie, którzy nie potrafią sobie wyobrazić egzystencji bez ruchomych obrazków. Niezależnie od tego, do której grupy należycie istnieje kilka filmów (czy też serii), które was w jakiś sposób definiują. Z pewnością nie raz doświadczyliście zawodu, kiedy bliska wam osoba (czy tez taka, z którą czujecie wspólne wibracje) oświadcza, że nie podobał jej się wasz ukochany film, bo coś tam, coś tam i coś tam. Czy pamiętacie ten cios? Być może nie, bo nie wszystkie filmy odbiera się emocjonalnie, ale wyobraźcie sobie, że wasz najbliższy przyjaciel bądź przyjaciółka otwarcie hejtuje wasz ukochany film. Jak długo pozostanie w waszym kręgu znajomych? Ba, jak długo utrzymacie go przy życiu? Oto lista filmów, po których możecie zweryfikować czyjś gust:


1. Drive
Pamiętacie ten film z Ryanem Goslingiem, który reklamowany był jako coś pokrewnego "Szybkim i wściekłym", a bliżej okazało się temu być do "Między słowami"? Nie ma chyba osoby, która stwierdziłaby, że ten film jest "ok". Nie wierzę, że można zachować wobec niego neutralność. Albo zakochujesz się od razu w dziele Refna, albo odrzuca cię ono momentalnie. Jedni widzą w tym kicz i schemat, inni finezyjne łączenie różnych gatunków i konwencji oraz tworzenie niezapomnianego klimatu. Niezależnie od grupy, w której się znajdujecie, wspomnienie o tym filmie i sprowokowanie rozmówcy do wygłoszenia opinii, da wam duże pojęcie o tym jak ta osoba patrzy na filmy w ogóle.


2. Mordercza opona/Dom w głębi lasu
Dwa filmy, które opierają się na podobnym zabiegu, którym jest posługiwanie się ironią. Pierwszy film jest głupi i nie ma sensu, z tym że autorzy mówią o tym wprost już na samym początku. Burzą czwartą ścianę (tę za którą kryje się widz) by nawiązać bezpośredni kontakt. Kto tego nie zauważy, może stracić czas, pozostali prawdopodobnie będą bawić się świetnie oglądając przygody toczącej się opony o telekinetycznych zdolnościach. Z "Domem w głębi lasu" jest podobnie, tzn. jeśli ktoś nie potrafi odczytać zawartej w filmie ironii, to spędzi półtorej godziny oglądając do bólu schematyczny horror, z niezrozumiałymi wstawkami ni to komediowymi ni to thrillerowymi. Poprawnie odczytany zamysł twórców i znajomość podstawowych zasad rządzących kinem grozy otwiera możliwość dobrej zabawy, ubawu po pachy i zapadających w pamięć momentów. Pytanie brzmi: czy wasz rozmówca rozumie ironię?


3. Gwiezdne Wojny
Saga "Star Wars" jest o tyle ciekawym przypadkiem, że dzieli się ją na dwie trylogie starą i nową. Już niedługo dołączy do nich trzecia i wtedy zastanowić się trzeba będzie jak nazywać "Mroczne Widmo" + "Atak Klonów" + "Wojnę Sithów". Zanim to jednak nastąpi można przeprowadzić ciekawe doświadczenie. Moment pierwszego obejrzenia Gwiezdnych Wojen i kolejność ich wyświetlania dla ludzi z mojego pokolenia w dużej mierze zależał od rodziców. Ja miałem o tyle fajnie, że tata postanowił przybliżyć mi enigmatyczne postaci z chetoosowych żetonów i najpierw obejrzał ze mną Starą Trylogię, a potem chodziliśmy do kina na nową. O ile seanse w kinie wspominam miło, o tyle zawsze wolałem części od IV do VI. Dzisiaj potrafiłbym wskazać dlaczego, nie o to jednak chodzi. Pierwsza kwestia jaką warto poruszyć to to, czy w ogóle nasz znajomy oglądał SW. Jeśli nie... to musi się wytłumaczyć, bo to fenomen kulturowy na taką skalę, że uczestniczenie w nim jedynie z perspektywy obserwatora jest dosyć niezrozumiałe. Kolejną kwestią jest kolejność. Warto dowiedzieć się czy ktoś skrzywdził naszych interlokutorów i pokazał im sagę w kolejności I-VI, czy też byli na tyle uświadomieni, że obejrzeli ją od IV do VI, a potem I-III, czyli w kolejności powstawania. A może stało się coś jeszcze dziwniejszego i zaczęli swą przygodę w bardzo dalekiej galaktyce od części trzeciej, która oglądana autonomicznie stanowi jeden, wielki spoiler. Są to tematy na długie rozmowy i o ile nie jest się hardkorowym fanem Star Warsów można czuć pociąg do ich przeprowadzenia.

To tyle jeśli chodzi o podstawy kontrowersji. W przyszłości być może poszerzę temat o kolejne przykłady, teraz chciałem jednak przypomnieć o swoim istnieniu tym krótkim materiałem. Nie dajcie się zagiąć i brońcie swoich opinii (pamiętając jednak, że tylko krowa nie zmienia zdania).

czwartek, 2 października 2014

Niemoc i przemoc, czyli od trzech dni piszę o powstaniu, więc wrzucę o kryminale

Gdzieś na początku tego tygodnia byłem na "Mieście 44". Nie podobało mi się. Piszę o tym w innym poście, ale trudno wskoczyć z powrotem w mój tok myślenia, a to już połowa wpisu, więc mam nadzieję wrzucić to innym razem.

Tymczasem we wtorek obejrzałem nowe "Sin City". Zauważyłem, że ostatnio wychodzi mi oglądanie filmów parami. Najpierw "Kanał" i "Miasto 44" potem "Wielki Sen" i "Sin City 2: Damulka warta grzechu". Dla tych z was, którzy nie wiedzą "Wielki Sen" to film z 1946 roku z Humphreyem Bogartem w roli Philipa Marlowe'a, prywatnego detektywa. Kino noir w pełnej krasie, czyli fajki, alkohol i kobiety fatalne, a także gęsto ścielący się trup. "Sin City" garściami czerpie z kina noir. Jest więc czerń i biel, są skorumpowane gliny i generalnie miasto, w którym raczej nie chcielibyśmy się znaleźć po zmroku, a zmrok z kolei panuje cały czas. I chociaż jak to zwykle bywa, drugą część dobrze jest porównywać z pierwszą, to ciekawie jest również odnieść ten film do gatunku, który leży u jego podstaw.


Drugie "Sin City" jest bardzo rozwlekłe i za dużo w nim widać pieniędzy. To być może śmieszny zarzut, ale siłą kina noir była kameralność. Ciasne scenografie, mało światła, ale za to te teksty! Perełki scenariopisarstwa. "Sin City" jest kręcone w studio, wykorzystuje bowiem efekty komputerowe, dla osiągnięcia tych charakterystycznych dla siebie kolorów/odcieni i tak to się jakoś niektórym składa, że kiedy kręcą w studio, to te wnętrza muszą być ogromne. Weźmy takie "Gwiezdne Wojny: Atak Klonów". Film wygląda sztucznie, bo aktorzy zasadniczo ograniczają się do wąskiej przestrzeni, ale za nimi widać jakieś masywne kolumny, które oddzielają obszerne korytarze, na których nic i nikt nie stoi i nikt nie będzie stał, bo to tylko komputerowo nałożone tło. Podobnie jest tutaj. Chociaż bohater przebiega pod odcinku 2mx5m, to zanim widać jakieś wielkie, niezagospodarowane przestrzenie, które nigdy nie zostaną wykorzystane. Może już polepszam w pamięci część pierwszą, ale mam wrażenie, że tam nie popełnili tego błędu.


Poza tym jak na film czarno-biały jest w nim zdecydowanie za dużo kolorów. Pojawia się różowy, niebieski i zielony (duuużo zielonego, bo tego koloru są w filmie oczy Avy Lord granej przez notorycznie rozebraną Evę Green), które co prawda pojawiały się już w części pierwszej, ale chyba jednak subtelniej (albo znowu polepszam w pamięci).

Wychodzi mi trochę recenzja "Sin City", a tę napisałem osobno... i muszę sprawdzić... i wrzucić... agrr... Ale przesłanie może będzie takie... oglądajmy filmy noir. Bo są po prostu kozackie.

A na koniec końców parodia "Sin City" w wykonaniu ekipy 5 second films

https://www.youtube.com/watch?v=jGiKfOlKwlY

wtorek, 23 września 2014

Plakaty filmowe, czyli co powiesić na ścianie?

Dawno nic nie pisałem (i nie chodzi tylko o bloga), ale jako, że powoli wracam do życia po tygodniu pracy w kinie (tydzień bez oglądania filmów... co za ból), to i tutaj skrobnąć coś mogę. Tematów jest kilka, ale sprowokowany w pewien sposób przez mojego kolegę Patryka na tapetę biorę plakaty filmowe... dosłownie... prawie.

Jakiś czas temu zaczęły mnie męczyć blockbustery (dla tych, którzy nie wiedzą, chodzi o produkcje dla mas, nastawione na ogromne zyski, nazwa wzięła się od porównania rozbicia kas biletowych [metaforycznie] do wielkich bomb, które bodajże podczas II wojny światowej niszczyły całe bloki mieszkalne [dosłownie]. Mogliście się tego dowiedzieć z wikipedii, ale hej:


Wracając do tematu: jako że swego czasu pracowałem w multipleksie i mogłem sobie chodzić na grane tam filmy naoglądałem się dużo kina masowego. Dla moich zainteresowań fajna sprawa, piszę się o tym łatwo, bo znakomita większość tych produkcji podpada pod pewien schemat i to nie tylko fabularny. Pewnie zdążyliście zauważyć, że plakaty filmowe również rządzą się swoimi prawami. Białe tło i całe sylwetki bohaterów - najprawdopodobniej komedia romantyczna. Podejrzliwe spojrzenia i ktoś trzyma broń - kino akcji. Piramida z bohaterów - no i tu dochodzimy do sedna. Najłatwiej zauważyć to przy produkcjach o superbohaterach, ale to nie one były pierwsze. Czasami patrząc na plakaty wielkich produkcji mam wrażenie, że w zasadzie znam zasadę ich tworzenia na tyle, że sam mógłbym zrobić taki filmowy plakat... nie kręcę jednak filmów, więc nie ma czemu robić. W każdym razie, na ścianie w pokoju, w którym mieszkam wisi plakat "Thor: Mroczny Świat" i jest to jedyny plakat, co do którego prawa bytu nie jestem całkowicie przekonany. Jasne, jest ładna Natalie Portman, a Thor trzy ma fajny młotek, ale ani film nie był jakiś super plakat nie jest jakiś powalający (schemat piramidki bohaterów - wiecie, główni najwięksi, postacie maleją wprost proporcjonalnie do ich znaczenia dla fabuły, a główny zły jest trochę niewyraźny i spoziera złowrogo z tła). Jasne, to dobra produkcja, którą przyjemnie mi się oglądało, aczkolwiek mam wrażenie, że jakaś inna zasada powinna rządzić pierwszeństwem lądowania na ścianach. No właśnie, tylko jaka?


Myślę, że o ile nie zbiera się plakatów w ramach hobby, istnieją dwie możliwości. Albo wieszam na ścianie plakat, który jest dopieszczony estetycznie i po prostu ładnie wygląda, albo taki, który nawiązuje do filmu, z którym wiążą mnie dobre wspomnienia, który lubię jakoś szczególnie. Jeśli plakat łączy obie te zasady - tym lepiej. Częściej jednak trzeba wybierać. I tak ja osobiście skłaniam się ku drugiej opcji i do wiszących na moich ścianach plakatów "Kongresu" (w mojej opinii jedno z lepszych science-fiction od dłuższego czasu, obejrzane dwa razy) i "Kraina Lodu" (trzy razy i opinia bajki, która będzie dla młodego pokolenia nowym "Królem Lwem" [albo "Toy Story"]) dołączy niedługo "Boyhood" (prawdopodobnie jeden z ważniejszych filmów w tym roku), "Mandarynki" (trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć), "Lego Przygoda" (LEGO! JEEEJ!) i "Sekretne życia Waltera Mitty" (mam na dvd, to "mój" typ filmu). O ile "Lego" daje radę (bo pokazuje ludziki LEGO, no halo) o tyle takie "Mandarynki" mają plakat realizujący pewien wzór, który nie jest jakiś szczególnie ładny nawet. Plakat "Boyhood" natomiast stawia na prostotę i ładnie komponuje się z tytułem, ale nie jestem przekonany czy chcę przez kolejny rok, dzień w dzień oglądać twarz małego chłopca. Się zobaczy.


Dlaczego nie wybieram pierwszej reguły? Są dwa powody. Pierwszy jest taki, że filmy są dla mnie kwestią zbyt osobistą. Za bardzo się do nich przywiązuje i źle bym się czuł otoczony przez ładne plakaty filmów, z którymi się nie identyfikuje. Druga kwestia jest taka, że zauważam spadam ilości ładnych plakatów. Cicho liczę na to, że "Czworo do pary" będzie dobrym filmem, bo podoba mi się grafika. Niestety, polscy dystrybutorzy musieli ją zepsuć przez raczej ch**owy tytuł i strzelenie na samym środku nawiązania do Woody'ego Allena. Poważnie? Ktoś się jeszcze nabiera na te chwyty? Patrząc na niektórych ludzi przychodzących do kina, przypuszczam, że niestety tak...


Z drugiej strony istnieje coś takiego jak polska szkoła plakatu, która uwielbiana jest po dziś dzień. Na Filmwebie często toczone są batalie o to, który plakat powinien znajdować się na stronach głównych filmów. Czasem bardzo dobry plakat oryginalny, zastąpiony zostaje przez plakat polski, który bywa, że zupełnie nie oddaje ducha filmu. Patrząc na te prace można jednak pożałować, że dziś większość materiałów promocyjnych tworzona jest komputerowo i w związku z tym rzadko można w ich przypadku mówić o jakichś walorach artystycznych.

Nie mam pomysłu na zakończenie tego postu, więc po prostu wrzucę obrazki.

środa, 10 września 2014

Trochę o filmach, trochę o kobietach, czyli o czym marzą faceci?

Ostatnio odwiedziłem pewne bardzo przyzwoite Szczecineckie kino, w którym to za darmo obejrzałem sobie "Lucy" Luca Bessona (fanty na parafialnych kiermaszach mogą być jednak fajne). Przyznaję, że odkąd zobaczyłem pierwszy zwiastun byłem do tego filmu nastawiony raczej sceptycznie. Nie dlatego, żebym nie wierzył, że film z kobietą w roli głównej nie może być dobry, chodziło raczej o postać autora i znajomość jego ostatnich wpadek w postaci "Porachunków" (oezu...) i "72 godzin" (o bosh...) oraz idiotyczne założenia o wykorzystywaniu przez ludzi jedynie niewielkiego ułamka powierzchni mózgu, z którego uczyniono punkt wyjścia fabuły. Szanse na to by filmu nie zepsuto były bardzo niewielkie, a po seansie muszę stwierdzić, że jedyną drogą ku sukcesowi artystycznemu (komercyjny bowiem został osiągnięty, ale o tym za chwilę) było pójście w stronę raczej komiksowej i zdystansowanej narracji, jaką obserwować można chociażby w produkcjach Marvel Studios. Niestety Besson zrobił coś zupełnie odwrotnego. Cała opowieść utrzymana jest w poważnym tonie i dodatkowo okraszona pseudofilozoficznymi monologami, które wydają się tak odkrywcze jak formułki z poradników motywacyjnych. Jedyna styczność "Lucy" z komiksem, to kilka rysunkowych kadrów, które zobaczyć można na stronie filmu (o tutaj).


Czemu tak przeżywam tę fabularną porażkę? Bo w kinie skierowanym do masowego odbiorcy brakuje pełnowymiarowych i wiarygodnych postaci kobiecych. Nie wspominam nawet o kinie polskim, gdzie kobiety są sprowadzane do roli ładnych buź stanowiących tło dla męskich protagonistów (vide choćby "Wkręceni" czy tragiczne pod tym względem "Kamienie na szaniec"), ale przykład w postaci ostatniego hitu lata, jakim niewątpliwie są "Strażnicy Galaktyki" pokazuje, że za oceanem też nie jest najlepiej. Najsłabszych ogniwem tej produkcji była fabuła, najmocniejszym bohaterowie, z których prawie każdy był na tyle samodzielny, że spokojnie mógłby pociągnąć własny film. Dlaczego prawie każdy? Bo oczywiście Gamora, czyli jedyna w drużynie kobieta, musiała zostać sprowadzona do roli przytulanki głównego bohatera i cały jej potencjał, który był w niej jeszcze na początku filmu, ulatnia się, bo przecież kosmiczna zabójczyni nie może być fajna sama w sobie, nie, musi być przecież obiektem pożądania męskiej części drużyny i widowni.


A co zrobić z faktem, że producenci nie mogą zdecydować się na danie zielonego światła autonomicznej produkcji o Czarnej Wdowie? Rozumiem, nie ma super mocy i w kontekście całego uniwersum jest mało superbohaterska. Tyle tylko, że ostatni film o Kapitanie Ameryce też nie kipiał od nadludzkich wyczynów. Kapitan co prawda miał kopnięcie, które odrzucało na dobrych kilka metrów, ale fabule bliżej było do Mervelowskiej wersji przygód Jasona Bourne'a niż kolejnych "Avengersów". Dlaczego więc pani agent nie miałaby sobie swobodnie pohulać? Jest jednak szansa, że coś się w tej kwestii zmieni i taki film jednak powstanie, a wpłynąć na to mógłby właśnie sukces "Lucy". Obie postacie gra Scarlett Johansson, która jest obecnie prawdopodobnie u szczytu popularności. "Lucy" łączy w sobie kino akcji z science-fiction, co prawdopodobnie byłoby kolejnym punktem wspólnym. Rozstrzygający może być jednak fakt, że "Lucy" zarobiła już ponad 300 mln dolarów na całym świecie, co stanowi bardzo silny argument w oczach producentów. Gdyby więc film o Czarnej Wdowie powstał, moglibyśmy wreszcie doczekać się dobrze sportretowanej kobiecej superbohaterki, wszakże ostatnie filmy ze stajni Marvela nie schodzą poniżej pewnego poziomu, a zapadające w pamięć postaci to jeden z mocniejszych ich aspektów.


Miło byłoby móc wyczekiwać polskiego odpowiednika o Czarnej Wdowie. Superbohaterki są, chociażby zdobywająca co raz większą popularność Tequilla duetu Śmigiel&Babis. Może nie jest to najlepsza pod względem psychologicznym bohaterka, ale na pewno dobrze wygląda i funkcjonuje w ciekawym świecie, a to stanowi już jakąś wartość (znowu jednak: nie można ograniczyć się tylko do wyglądu). Póki jednak nie potrafimy zrobić dobrego filmu nawet o męskich postaciach (co teoretycznie powinno być łatwiejsze w wykonaniu środowiska zdominowanego przez mężczyzn), nie mamy co próbować wyprzedzać Zachodu. Zmiany mogą jednak nadciągać, a dobrym zwiastunem może być informacja o tym, że Tomek Bagiński przymierza się do "Wiedźmina". Byle tylko nie skończyło się jak z "Hardkorem 44".

poniedziałek, 8 września 2014

Wakacje w Burolandii, czyli szczyty głupoty i ignorancji

Piszę to jeszcze zanim wejdę na Facebooka po ponad tygodniowej nieobecności, poniższy wpis nie będzie zatem zawierał przejawów buractwa na jakie być może natknę się w wirtualnym świecie.

Korzystając z okazji danej mi przez moją dziewczynę i jej rodzinę spędziłem uroczy tydzień w naszych, polskich Tatrach. Świetna sprawa. Po około czternastoletniej nieobecności w Zakopanem, z odwiedzin którego wtedy wyniosłem chęć posiadania kotka (spoczywaj w pokoju Filemonie), odkryłem w sobie miłość do gór i sympatię do łażenia w tę i we w tę po szlakach. Choć widoki miałem dopiero od połowy wyjazdu, wcześniej bowiem chmury były nisko i chodziliśmy nie widząc nic dalej niż na dziesięć metrów, to czerpałem jakąś radość z udowadniania sobie, że nie jestem taką miękką bułą jak myślałem, że jestem.

Niestety, jak to bywa z popularnymi kurortami turystycznymi w naszym chodzeniu po górach nie byliśmy osamotnieni. Czasem spotykaliśmy większe, czasem mniejsze grupki, oznaki buractwa dało się jednak zobaczyć praktycznie codziennie (jako, że chyba tylko raz nie odwiedziliśmy Krupówek). Co mnie tak wzięło na pisanie o burakach? Bo w zderzeniu monumentalnych pomników przyrody z doświadczaną w mieście oraz schroniskach cywilizacją, ta druga bije po oczach swoją marnością. Góry to takie miejsce, które pozwala człowiekowi się oczyścić, poczuć jakąś więź z naturą, ale obecność ludzi, którzy tego nie doceniają, jakoś umniejsza siłę tego przeżycia. Skąd wiem, że nie doceniają? Idąc Krupówkami zastanawiałem się ile osób z tych, które mijałem przyjechały do Zakopanego i nigdy nie wybrały się w góry. Wydaje się to zamysłem dość idiotycznym, to tak jakby pojechać nad morze i nawet nie zamoczyć stopy czy nie stanąć na plaży. A jednak liczebność turystów pozwala sądzić, że są wśród nich osobniki, które ograniczyły się do pozostania w samej miejscowości. Trochę to irytujące. Już widzę tych buraków, którzy przyjeżdżają do domów z pamiątkami z gór, które tak naprawdę nie mają żadnej wartości emocjonalnej, bo odwołują się do miejsc, których ci ludzie nie doświadczyli.

Oczywiście, są osoby starsze, czy rodzice z małymi dziećmi, którzy nie mogą sobie pozwolić na długie i wycieńczające, piesze wędrówki (chociaż tych drugich z maluchami w chustach na szlakach nie brakowało). Mimo całej miłości do mojego dziadka, z którym rozmawiałem po jednej z bardziej męczących eskapad, nie mogę się zgodzić z jego stwierdzeniem, że "Na Kasprowy się wjeżdża, a na Giewont się wchodzi". Nie tylko dlatego, że gdybyśmy wjechali na Kasprowy, to prawdopodobnie nie spotkalibyśmy trenującej Justyny Kowalczyk (której widok bardzo ucieszył moją dziewczynę), a w ogóle zapłacilibyśmy za to grube pieniądze (przejazd w dwie strony to ponad 50zł). Przebywanie w górach, to nie tylko oglądanie widoczków i cykanie sobie ładnych foci. To doświadczanie katharsis. Odprężanie umysłu, przez męczenie ciała, w sprzyjających okolicznościach przyrody. Patrząc na ludzi, którzy wjechali na Kasprowy Wierch w adidaskach, z malutkimi plecaczkami, czy w ogóle bez bagażów i "delektowali" się ładnym krajobrazem, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że niesamowicie wiele tracą. Oczywiście, każdy robi to, na co ma ochotę, ale wakacje w górach, które nie przewidują WCHODZENIA na szczyty, trochę mija się z celem.

Ale brak respektu wobec przyrody, to nie jedyna oznaka buractwa z jaką się zetknąłem. Można powiedzieć, że obywatele Burolandii towarzyszyli mi od wyjazdu do momentu opuszczenia pociągu powrotnego. W pociągu do Kutna (skąd przejmował nas Brat) spotkaliśmy skacowaną, a być może jeszcze pijaną młodzież z Konina, która reprezentowała niedumną "gimbazę" a może wczesne liceum. "Lider" grupy, którego funkcję rozpoznaliśmy po tym, że najgłośniej drze japę, nie mógł przestać głośnego i wulgarnego komentowania wydarzeń dnia poprzedniego. Nawet po zwróceniu mu uwagi na fakt, że wszyscy mają dość słuchania go, zripostował, że on siebie lubi słuchać. Ot i Burak zdefiniował się sam.

Nie wiem co jest pierwsze, czy umiejętność przyjaznego funkcjonowania w społeczeństwie czy też zachowania życia prywatnego. Na pewno jedno jest z drugim nierozerwalnie związane. Ludzie, którzy zapychają kolejkę po posiłek, co nie ma najmniejszego sensu, bo jedynie blokuje możliwości ruchowe odbierających, a przecież wydająca i tak woła, to członkowie tej samej grupy, co para starszych ludzi, która przez pół godziny rozmawia o tym, że nie sprawdziła, z którego peronu odjeżdża ich przesiadkowy pociąg w Poznaniu i mogli o to spytać kasjerkę w Kołobrzegu (a to przecież zmienna). Stojący z założonym plecakiem facet, który co chwila uderza kijkami trekkingowymi stojącego za nim Brata, na pewno mógłby przybić piątkę z panią, która kazała mi "kombinować sobie" jak wrzucić mój plecak na półkę w przedziale, kiedy miejsca tam wyraźnie brak.

Nie jest dobrze, bo skupienie na swoich interesach przesłania nam widok drugiego człowieka. I jest coś w słowach Bratach, który mówi "To jest Polska" widząc, że wypożyczenie leżaka na Gubałówce kosztuje 4 złote, podczas gdy za granicą rozłożone przed lokalem leżaki, mają kusić zmęczonych narciarzy i innych wypoczywających. Martwi widok płatnej toalety w lokalu, w której jest się klientem. Ale ma też rację moja dziewczyna, kiedy mówi, że to się nie zmieni, póki przyjeżdżają burole, które szastają kasą na pierdoły, bo ją mają. Niby nikt na tym nie cierpi, a ja nie muszę iść do tej toalety, jeśli nie chcę za to płacić, tylko że jest krótkowzroczny ten, kto nie przyzna, że nie ma w tym nic niezdrowego. Myślę, że ludzkość osiągnęła poziom rozwoju technologii i kultury nie przez takie egoistyczne zabiegi, a przez prospołeczne zachowania właśnie. Burolandia jednak dokonuje cichej ekspansji i kto wie, kiedy będzie za późno, żeby ją powstrzymać. I jeśli sami nie jesteśmy w stanie zrobić czegokolwiek by powstrzymać jej rozrost, to chociaż mówmy o niej głośno, zamiast akceptować sytuację, dopóki nie wkracza w nasz ciasny, ale własny świat.