Oscary za pasem, a w moim kinie wyświetlane były zestawy oscarowych filmów krótkometrażowych. Szorty to kategoria, która chyba nie cieszy się dużą popularnością, głównie z uwagi na to, że jest trudniej dostępna. Te kilka tytułów, które przewija się przez inne kategorie zwykle pojawia się w naszych kinach w okołooscarowych terminach (w tym roku wyjątkiem jest "Mad Max", który premierę miał w wakacje), krótkometrażówki, w ogóle rzadko dystrybuowane są kinowo i znaleźć je można raczej na specjalnie im poświęconych festiwalach lub ewentualnie jako dodatki przed pokazami filmów długometrażowych (w Polsce zdarza się to co najmniej jednemu dystrybutorowi). Ale do rzeczy!
W tym roku nominowanych jest pięć szortów aktorskich i pięć animacji. Zacznijmy może od tych aktorskich... są słabe.
Na pięć filmów, które widziałem szczerze mogę napisać, że podobał mi się jeden. I to "podobał się" nie należy też do szczególnie entuzjastycznych. Film był w miarę spójny i bawił, kiedy miał bawić. Szortem tym było trwające 15 minut "Ave Maria", więc po pierwsze miało przystępny metraż (na krótkometrażówkę 15 minut, to taki czas, w którym nie zdążycie się specjalnie zmęczyć jeśli jest źle, a jeśli jest dobrze, to 15 minut wystarczy, żeby się nacieszyć... to takie 1,5 godziny przy pełnym metrażu ;) ), a po drugie celowało w rozbawienie widza, co jest sztuką trudną, ale opłacalną, jeśli się to umiejętnie zrobi. "Ave Maria" to historia żydowskiej rodziny, która rozbija samochód o figurę Maryi. Pomocy udzielają im siostry zakonne, które złożyły śluby milczenia. Humor opiera się na kulturowych kliszach. Zaczyna się szabat, więc głowa rodziny nie może obsługiwać telefonu, przyjmować jedzenia z niekoszernej kuchni, itp. Krótkie, zabawne, dynamiczne, trochę nie spuentowane, ale nic tu szczególnie nie razi... i to jest mój oscarowy faworyt :D
Filmem, który mi się raczej nie podobał, ale pewnie wygra (nie wiem skąd to przypuszczenie) jest "Day One" produkcji amerykańskiej, który trwa 25 minut i opowiada o tłumaczce, wysłanej by dołączyła do oddziału żołnierzy, mających odnaleźć dom człowieka odpowiedzialnego za kilka zamachów bombowych. Film pokazuje dramat wojny w perspektywie mikro, skupia się bowiem na sytuacji kilku osób: małej dziewczynki-sieroty, żony bombowca, bombowca i tłumaczki nie gotowej na grozę wojny. Główne napięcie i oś fabularna skupia się w sytuacji porodu. Żona wytwórcy bomb zaczyna rodzić, a poród ma odebrać tłumaczka... i jest to moment, w którym film zaczyna bardzo szeleścić papierem. Na miejscu obecny jest bowiem lekarz, dowódca oddziału, mąż i tłumaczka, jednak to ją, ze względu na bycie kobietą, czyni się odpowiedzialną. Rozumiem kulturową "inność" (lekarz nie może bowiem dzielić pomieszczenia z rodzą i oglądać jej części intymnych, gdyż byłoby to złe dla ich rodzin), niezwykłość i dramatyczność sytuacji wymusiły by jednak pewne niezwykłe zachowania. Również następujące zwroty akcji, wydają się bardzo sztuczne. Kino nigdy nie stało realizmem, jednak naciągane scenariusze, to też nie jest droga do celu.
Równie niewiarygodny był dla mnie film "Stutterer", którego głównym bohaterem jest dwudziestokilkuletni, tytułowy jąkała. Człowiek bardzo introwertyczny, którego niemożność komunikacji zmusza do prowadzenia wewnętrznych monologów. Pół roku spędza czatując na Facebooku z poznaną w internecie dziewczyną, a gdy ta proponuje spotkanie nie wie co zrobić.
1. Nie wierzę w to, że dwudziestokilkuletni człowiek jąka się do tego stopnia, że nie może się komunikować i nie wymyślił do tej pory sposobu na poradzenie sobie z tym (w filmie widzimy jak uczy się języka migowego, ale z tego co zrozumiałem DOPIERO ZACZYNA)
2. Nie wierzę w to, że przez pół roku znajomości w internetach ani razu nie padł temat jego jąkania, zwłaszcza że [SPOILER] dziewczyna okazuje się być głuchoniema. Jak ona wyobrażała sobie spotkanie? Że będą pisać do siebie na komórkach siedząc na przeciwko? Fakt, że jąkała zna migowy wydaje się tu być nieprawdopodobnie fortunnym zbiegiem okoliczności.
3. Przez ten finałowy zwrot akcji ostatecznie bohater pozostaje tym nie radzącym sobie z życiem człowiekiem, którym był dotąd i wygląda na to, że popadnie głębiej w swój introwertyzm, dzięki spotkaniu kogoś kto może dzielić pewne jego problemy. Czyli nie pokonuje problemu, tylko jeszcze bardziej go przytula.
Absolutnie najgorszym filmem z nominowanych jest niemieckie "Wszystko będzie dobrze", oto lista wad:
1. Film trwa 30 minut.
2. Jest łopatologiczny od pierwszej sceny, w którym fakt, że przyjeżdżający po dziewczynkę mężczyzna jest rozwiedziony ze swoją żoną, musi zostać podkreślony przez pojawienie się jej ojczyma, który dodatkowo akcentuje swoje jestestwo przez pukanie w szybę i żegnanie się z dziewczynką (a wystarcza samo to, że kobieta szykując przy nim córkę, w ogóle na niego nie patrzy).
3. Ojciec jest psychopatą, który myśli bardzo krótkodystansowo, a jego relacja z córką jest dosyć dziwna.
4. Wszyscy zachowują się głupio. Począwszy od córki, która nie działa, kiedy ma okazję i wie, że powinna, a skończywszy na policjantach, których interwencja ogranicza się do powtarzania "Liczę do trzech...". Człowiek od razu czuje się bezpieczniej.
Całkiem niezła była koprodukcja Brytyjsko-Kosowska "Shok", w której konflikt Serbsko-Albański zostaje pokazany z perspektywy dwóch, młodych chłopców. Młodzi aktorzy dali radę, film nie nudzi, jest kilka zgrzytów, ale nie przeszkadza to w ostatecznym odbiorze i w zasadzie tyle można o nim powiedzieć. Próbuje być angażujący emocjonalnie, jednak wychodzi to średnio.
Podsumowując wszystkie filmy... niewiele straciliście. Za to co się działo w krótkometrażowych animacjach... dowiecie się jutro :)
sobota, 27 lutego 2016
czwartek, 18 lutego 2016
Legusie Poznania
Przeszedłem się ulicami Poznania zaczepiając przypadkowych ludzi i prosząc ich o kilka słów od siebie. Projekt powstał w ramach zaliczenia na zajęcia z warsztatu fotograficznego na moich studiach.
"Nie ma lekko proszę pana, na zimę spuszczają wodę z fontanny i zostają mi takie kałuże, a i to nie zawsze, bo musi trochę popadać. Jakoś się żyje, tylko te wycieczki szkolne, które idą do opery bywają irytujące. Niby idzie to nieświadome takie, ale ja słyszę jak mówią <<Ciekawe co robi ten pan>>. Ciągle dziwi nas inność".
"Ja panu zaglądam do portfela!? Proszę zabrać ten aparat! Pin też pan podpatrzyłeś!?"
"Od kilku dni nie wrzuciłam nic na Instagrama, więc stwierdziłam, że selfie w charakterystycznym punkcie miasta to będzie dobry powrót. Może mi pan powiedzieć czy złapałam się w kadrze? Mogłabym robić przednim aparatem, ale wtedy zdjęcia są rozmazane. Tak? Jestem? Super. Bez fontanny? Nie szkodzi #selfie"
"Mam na studiach taki przedmiot, który się nazywa <<warsztat fotograficzny>> i właśnie szukam pomocy naukowych na zaliczenie. Może pan ma jakiś pomysł na cykl dziesięciu zdjęć? Nie? Kurcze szkoda".
"Zdjęcie? A cykaj pan. Widzi pan, że roboty tu od groma, zarosło cholerstwo. Pan student? Dobrze, teraz młodzież taka głupia, może chociaż coś się na tych uniwersytetach nauczo, bo jak ja panie patrzę, to czarno widzę przyszłość tego kraju. Czarno".
"To moja pierwsza praca, ale już chcę zrezygnować, bo za dużo mnie to stresu kosztuje. Paraduję po kilka godzin dziennie w tym kostiumie za marne grosze, a ludzie chcą sobie robić ze mną zdjęcia, albo zadawać mi głupie pytania na przykład o lokalizację toalety, albo o promocje. Naprawdę, gdyby ludzie więcej myśleli, to wszystkim byłoby lżej. A nie stoją takie po kilku minut w kolejce, a jak podchodzą do klasy, to dopiero zaczynają się zastanawiać. Przykre, proszę pana, przykre".
"Jak opublikujesz to zdjęcie, to będę musiał zgolić brodę, żeby mnie nie poznali <śmiech>. Żartuję, ale chociaż miejsca nie podawaj. Niewiele jest ładnych graffiti, większość taguje te mury swoimi bazgrołami, znacząc swój teren jak psy sikami. A to jest szuka, zgodzisz się chyba ze mną? Ulotna, ale wychodząca do ludzi. Myślę, że więcej razy obcowałeś ze sztuką uliczną, kiedy szedłeś na autobus niż z wysoką w jakiejś galerii czy muzeum. Mam rację czy mam rację?"
"Lubię czasem przysiąść na kawkę, zapalić papieroska, porozmawiać z drugim człowiekiem albo po prostu pogapić się na otoczenie. Taka codzienna refleksja jest zdecydowanie niedoceniana".
"Planszówki to dla nas głównie pretekst do spotkania się ze znajomymi, ale na rynku jest teraz dużo dobrych tytułów, które niewiele mają już wspólnego z Chińczykiem czy Eurobiznesem. Ta akurat jest dosyć stara i mój kolega niekoniecznie ją lubi, ale zgodził się zagrać, bo obiecałem, że potem pogramy w coś bardziej ambitnego".
"Pracując człowiek szuka sobie rozrywek, żeby przełamać codzienną rutynę. Ja na przykład lubię patrzeć na twarze kierowców, których mijam. Kiedy mnie zauważają od razu jakoś tak się spinają, jakby mieli coś na sumieniu. Ale wie pan co mówią <<Wskaż mi człowieka, a ja znajdę paragraf>>".
poniedziałek, 15 lutego 2016
O "Deadpoolu" słów kilka
Póki "Deadpool" króluje na ekranach (najlepsze otwarcie lutego [lepsze niż twarze Greya ;)]) warto zastanowić się nad tym czy ten film coś zmienia i w ogóle co sobą reprezentuje. Czyli to taka wprawka przed recenzją, której prawdopodobnie nie napiszę, jeśli skończę ten tekst. Zapraszam :)
Deadpool to bohater, który chodzi za Ryanem Reynoldsem od dłuższego czasu (aktor wspominał w jednym z wywiadów, że 10 lat). Reynolds pojawił się już kiedyś jako Deadpool, który wtedy chyba funkcjonował raczej jako Weapon-X, ale bohater nazywał się Wade Wilson, czyli gość ten sam. Film, w którym postać zafunkcjonowała to "X-Men Geneza: Wolverine" i zarówno widzowie jak i krytycy mają wobec niego mieszane uczucia. Większość jednak wolałaby wykreślić go z historii. Nie było to jednak pierwsza przygoda Reynoldsa z kinem superbohaterskim, wcześniej zagrał w trzeciej odsłonie przygód Blade'a, później wcielił się w "Zieloną Latarnię", czyli bardzo. zły. film.
Wróćmy do "Deadpoola". Największa moc filmu tkwi w jego samoświadomości. Deadpool to bohater, który nieustannie przełamuje czwartą ścianę (zwraca się wprost do widza) w tym przypadku to także osoba funkcjonująca w popkulturze. W pokoju Wade'a znaleźć można figurki z filmów, jakieś plakaty, ale najważniejsze jest to, że autorzy scenariusza często wyśmiewają się z innych filmów z uniwersum Marvela, wcześniejszych dokonań Reynoldsa czy samego Reynoldsa. Świadczy to o niezwykłym dystansie wobec tworzonej produkcji, ale też podjęciu pewnego ryzyka. Autotematyczne żarty mogły wyglądać na wymuszone, ale na szczęście wypadają szczerze. Duża w tym zasługa samego aktora, który bardzo sprawnie dostarcza kolejne żarty, ale potrafi również oczarować widza i zachęcić go do kibicowania jego postaci.
Problemem z jakim boryka się film jest fabuła. To typowe origin story, w którym dowiadujemy się skąd Deadpool wziął swoje supermoce i co nim kieruje. Twórcy próbują uciec od przynudzania zaczynając w samym środku akcji, a potem korzystając z retrospekcji by pokazać jak znaleźliśmy się w danym momencie. O ile same sceny akcji zapewniają dobrą rozrywkę, o tyle backstory czasem trąci nudą. Trochę w tym romansu, trochę historii o zemście. Co prawda poznajemy dzięki temu bardzo dobrze motywacje i logikę jaką posługuje się Wilson, dzięki czemu naprawdę rozumiemy tę postać, narracyjnie jednak nie jest to mistrzostwo świata.
Kiedy tak o tym myślę, to w sumie nie ma co się rozwodzić nad fabułą... znaczną jej część można poznać ze zwiastuna, reszta to szczegóły. Skupmy się więc na postaciach. Głównym złym jest grany przez Eda Skreina (ziomek, który grał w "Grze o tron", a potem przestał grać i w kolejnym sezonie postać przejął ktoś inny) Ajax, który żyje z bycia sadystą i generalnie wredota z niego straszna. Ale nie czuje bólu, jest silny i ma niby super refleks (to podobno jego supermoc, ale niezbyt ją w filmie widać), zasadniczo godny przeciwnik dla Deadpoola. Towarzyszy mu Gina Carano, która je zapałki i bije tak, że łoesu (jest przy tym jednocześnie badass i kinda sexy). Po stronie Deadpoola mamy z kolei T.J. Millera, który podobno jest comic relief, ale w sumie to Deadpool podkrada mu tę fuchę. Poza tym bohaterowi pomaga dwójka X-Menów: Colossus i Megasonic Teenage Warhead ( :D). Ta dwójka z początku przeszkadza, ostatecznie jednak pomaga Deadpoolowi, chociaż też nie z pełnym przekonaniem. Dialogi między trójką bohaterów to jednak istotny element humoru w filmie, więc dziękujemy twórcom i liczymy na to, że po finansowym sukcesie studio da im dość hajsu, żeby zatrudnić kolejnych członków drużyny Xaviera :)
"Deadpool" to, jeśli chodzi o historię, nic nowego. Dzięki swojej intertekstualności, przełamywaniu czwartej ściany i dużym pokładom humoru wprowadza powiew świeżości w gatunek superbohaterski. Może nie jest to już #dobrazmiana, ale film zwraca uwagę na wystarczająco wiele elementów, które stały się już schematem oraz na tyle dobrze buduje postać głównego bohatera, że jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o kolejne części (które jestem przekonany, że powstaną - film po jednym weekendzie zwrócił się dwukrotnie). Jeśli zatem lubicie kino superbohaterskie albo chcecie mu dać ostatnią szansę, to zachęcam do obejrzenia "Deadpoola". I nie zapomnijcie zaczekać na scenę po napisach ;)
czwartek, 11 lutego 2016
Dlaczego nie powinniście iść na "Widzę, widzę"
"Widzę, widzę" austriacki "horror" Severina Fiala i Veronici Franz obejrzałem już prawie miesiąc temu, jednak dopiero teraz wchodzi on na ekrany naszych kin. Nie napisałem recenzji, a swoje zabieranie głosy w kwestii tego "dzieła" chciałem ograniczyć do odradzenia go wszystkim moim znajomym, którzy akurat znaleźli się w pobliżu. Ostatnimi czasy Stowarzyszenie Nowe Horyzonty nasiliło jednak akcję promocyjną filmu zalewając informacjami o nim swój fanpage i Instagrama, co trochę mnie zirytowało, więc postanowiłem wrócić do tematu.
Gwoli jasności - jasne, mógłbym przestać obserwować tenże fanpage i tegoż instagrama (to drugie zrobiłem) chodzi jednak o pewną... nachalność przekazu? Nowe Horyzonty to jak być może wiecie festiwal we Wrocławiu (ale też stowarzyszenie dystrybuujące potem filmy, z tego festiwalu, organizujące pokazy dla dzieciów i takie tam), a ja planuję się tam ponownie wybrać, więc chciałbym wiedzieć co w trawie piszczy. Kiedy natomiast wchodzę na Instagrama i trzy kolejne zdjęcia to fragmenty wielkiego plakatu "Widzę, widzę" (wielkiego, bo wykorzystującego 12 zdjęć i widocznego w całej okazałości dopiero po wejściu na profil Horyzontów: https://www.instagram.com/mff_nowehoryzonty/) osobno nie mające większego sensu, to jeszcze bardziej się irytuję. Przejdźmy jednak do tematu.
"Widzę, widzę" trwa godzinę i czterdzieści minut oferując w tym czasie ładne widoczki i opowieść o dwóch chłopcach, którzy mieszkają w domku/willi na totalnym odludzi ze swoją zabandażowaną na twarzy matką (kobieta miała wypadek, przeszła rekonstrukcję twarzy). Chłopaczki zaczynają się trochę cykać, bo coś im w matce nie gra, matka zaczyna być agresywna, bo nie wie jak sobie z dzieciorami poradzić. Napięcie teoretycznie rośnie, prowadząc do finału w stylu torture porn (taka art-house'owa "Piła" przez ostatnie 20 minut).
Brzmi super? Niekoniecznie jeśli dodam, że film przez te 1,5 godziny oferuje w zasadzie jedną, jedyną tajemnicę, którą da się rozkminić w drugiej scenie filmu. Ta jedna tajemnica, mająca stanowić absolutnie zaskakujący twist (co jak wynika z relacji internautów faktycznie czasem ma miejsce... nie wiem skąd się biorą ci ludzie), rozwiązana zbyt wcześnie absolutnie rujnuje możliwość budowania napięcia. Taki widz może przestraszyć się ewentualnie dwóch jump-scare'ów, ale umówmy się, to raczej tani chwyt.
To nie jest tak, że jestem taki ąę i nie potrafię dać się ponieść opowieści i dlatego źle się bawiłem. Faktycznie ze względu na słowa mojej koleżanki, która powiedziała "Obejrzyj i daj potem znać, w którym momencie wiedziałeś o co chodzi", kiedy tylko film się zaczął i chłopiec zaczął biec przez pole kukurydzy zacząłem kombinować myśląc sobie "Aha, to pewnie nie tak, że on ucieka, tylko kogoś goni", więc automatycznie zacząłem szukać możliwego twista. W jakiejś piątek minucie miałem teorię, która potem była potwierdzana w prawie każdej kolejnej scenie. Naprawdę twórcy niby kreują tu jakąś zagadkę, ale są tak ewidentni w podsuwaniu tropów, że chyba tylko ktoś kto wyłącza myślenie na czas seansu (a to raczej nie jest tego typu film) albo osoba, która widziała mniej niż 10 filmów w swoim życiu może być zaskoczona w finale. Twórcy aranżują te sceny w taki a nie inny sposób chyba tylko po to, żeby przy ponownym obejrzeniu ktoś mógł powiedzieć "O kurcze! Nie zauważyłem tego wcześniej! Faktycznie!". Tylko komu będzie się chciało oglądać to coś drugi raz...
"Widzę, widzę" wygrało nagrodę publiczności na festiwalu, co, mimo słabego poziomu konkursu, nie świadczy zbyt dobrze o tej publiczności. Jasne, to film, który odwołuje się do gatunkowych wzorców z Zachodu, ojawia się w nim instytucja twista będącego chwytem z kina popularnego, a też ładne zdjęcia, co może stanowić dodatkowy walor. Wszystkie te rzeczy sprawiają, że nie jest to kino snobistyczne, które pozuje na wielką sztukę, udaje, że ma ukryty przekaz i jest takie "och i ach" (takich filmów w konkursie była większość), ale przystępne dla "przeciętnego" widza (mam jednak wrażenie, że większość widzów z NH obraziłoby się na określenie ich mianem "przeciętnych"). Nie zmienia to jednak faktu, że twórcy uważają swoich widzów za naiwniaków, którzy nic w życiu nie widzieli, a już na pewno nie tych kilka kultowych tytułów, które wzniosły twist na wyżyny.
W ostatnich dwudziestu minutach film zmienia totalnie klimat i z budowania jakiegoś tam napięcia i wywoływania niepokoju, przechodzi w naturalizm połączony z brutalnością i wywołującym obrzydzenie. Jeśli ktoś lubi "Piły", w których podobno dzieją się takie rzeczy (ja nie lubię, więc widziałem tylko pierwszą), to zapraszam, ostatnie dwadzieścia minut to ból, krzyk i neurony lustrzane w natarciu. Jeśli natomiast nie bawi was realistyczna przemoc, a w dziesiątej minucie będziecie wiedzieć nie tylko o co w filmie chodzi, ale też jak się skończy, to spokojnie możecie wyjść po tych dziesięciu minutach. Naprawdę wiecie już wszystko.
Stanowczo odradzam wycieczkę do kina wszystkim tym, którzy szanują swoją inteligencję i nie lubią nudzić się w kinie. Chcecie coś porozkminiać? Obejrzyjcie sobie "Wroga" Villeneuve i zastanówcie się "O co chodzi w tym zakończeniu?", to jest film, który można oglądać dwukrotnie, a nie jakieś tam "Widzę, widzę". A porównywanie tego filmu do "Funny Games" Hanekego? Błagam... "Funny Games" miało przekaz i szanowało swojego widza (co objawiało się chociażby we wchodzeniu w dialog z nim). "Widzę, widzę" opiera się na szoku. W dodatku jest to szok, do którego twórcy nas konsekwentnie przygotowują. Po prostu nie.
środa, 10 lutego 2016
Napisy końcowe
Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, albo nie wyczytał tego między wierszami poprzednich postów - pracuję w kinie.
Ostatnio po seansie "Nienawistnej ósemki" podszedł do mnie dwudziestokilkulatek i zapytał czy po napisach końcowych będzie jeszcze jakaś scena. Szybko odpowiedziałem, że nie, kierując się tym, że jest to film Tarantino, a on nie uskutecznia takich praktyk (albo ja żyję w błogiej nieświadomości myśląc, że tego nie robi). Przyznaję, miałem w tym ukryty motyw. chodziło o opróżnienie sali z widzów. Pytający nie uwierzył mi jednak, być może odpowiedziałem zbyt szybko, dopytał więc czy aby na pewno. Wtedy powiedziałem, że owszem i że poza tym to Tarantino, a on tego raczej nie robi.
Nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś pyta mnie w kinie studyjnym o scenę po napisach. Podkreślam studyjność mojego kina, gdyż praktyka umieszczania dodatkowych scen kojarzy mi się raczej z produkcjami, które oglądać można w multipleksach, ale też raczej z wielkimi blockbusterami takimi jak "Avengers" na przykład, chociaż podobno graliśmy jakiś film, który taką scenę miał...
Dziwią mnie, ale i w pewien sposób smucą takie pytania, zwłaszcza jeśli słyszę je po filmie, który sam widziałem i który bardzo mi się podobał. Z mojego punktu widzenia pytanie o scenę po napisach oznacza jedną z dwóch albo obie rzeczy:
a) Po seansie towarzyszy nam poczucie niedomknięcia, dlatego chcielibyśmy zobaczyć aftercreditsa, żeby wiedzieć, ze to już wszystko albo że powstaną kolejne części.
b) Wpisujemy film w szereg produkcji, na których tle raczej się on nie wyróżnia, więc może posiadać "modną" scenę po napisach.
Oczywiście jest to moje subiektywne zdanie, ale na przykład pytanie o taką scenę po nowym filmie Tarantino mnie lekko ubodło. Po pierwsze to Tarantino, twórca, który z pewnością nie jest, a na pewno nie był standardowym reżyserem-scenarzystą w latach swojej świetności, człowiek, który w jakimś sensie zrewolucjonizował spojrzenie na kino. Zrobienie przez niego sceny po napisach, byłoby czymś co internetowe trolle lubią określać mianem "sprzedania się". Po drugie "Nienawistna ósemka" jest dziełem zamkniętym. Wszystkie wątki znajdują swój finał, po ostatniej scenie nie pozostaje już nic do dopowiedzenia, nie jestem w stanie wymyślić nic, co mogłoby się znaleźć w scenie po napisach do tego filmu.
Sceny po napisach to twór specyficzny, upierdliwy dla obsługi kina, ale przede wszystkim specyficzny z kinematograficznego punktu widzenia. Takie sceny pojawiają się najczęściej w komediach, animacjach albo filmach "serialowych" (takich np. jak filmy Marvela). Osobiście byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że w dramacie/thrillerze "Przetrwanie" z Liamem Neesonem jest taka scena. Okazało się zresztą, że nie jest ona zbyt treściwa. W zasadzie dopowiada ona to, co wiemy tuż przed tym, nim pojawią się napisy, a gdy ekran już stał się czarny. Z kolei scena po napisach w "Krainie Lodu" była dla mnie przyjemnym zakończeniem. Obejrzałem ten film bodajże dwa razy nim się o niej dowiedziałem (a dowiedziałem się o niej sprzątając salę z popcornu w multipleksie). Film miał typowo bajkowy happy ending, dopowiadanie czegokolwiek byłoby rozpoczynaniem nowej historii, dlatego w scenie po napisach cofamy się niejako do bohaterów zasygnalizowanych, ale zgubionych gdzieś w toku trwania filmu, by mogli oni pokazać ostatni, wieńczący całość gag. Jest to scena urocza i sympatyczna, natomiast stanowi zupełny dodatek.
Ostatnio chodząc na filmy Marvela nie mam już ochoty wysiadywać do końca napisów (zwłaszcza, że filmy te robi miliard osób i wymienienie ich wszystkich zajmuje pięć minut minimum), bo wiem że zmieniła się polityka zawartych tam historii. W tak zwanej "pierwszej fazie" po napisach pokazywane były sceny zapowiadające kolejne filmy: do Tony'ego Starka przychodził Nick Fury mówiąc mu o Avengers, na pustyni odkrywano młot Thora, okazywało się, że Loki czai się na tessaract... Mniej więcej od pierwszych "Avengersów" formuła się zmieniła i mamy do czynienia już z dwiema scenami, pierwszą po "krótkich" napisach (główni aktorzy, reżyser, itp) i to w tej zapowiadany jest kolejny film i drugą, w której nie dzieje się zwykle nic istotnego, ale ma być heheszkowo. I tak po "Avengersach" Thanos się do nas uśmiechał, a potem Avengersi jedli shawarmę, po Thorze cośtamsię działo, a potem Thor przybywał pocałować Natalie Portman, po Kapitanie Ameryce dowiadywaliśmy się, że Quicksilver i Scarlet Witch są uwięzieni, a później Kapitan łaził sobie po swoim muzeum... a po "Avengersach 2" był znowu Thanos, a potem nic... chyba, że obsługa kina i mnie oszukała! :O
Puentą do tej raczej luźnej refleksji niech będzie moje ulubione zdanie z "Matrixa" (a tak naprawdę z wiersza Thomasa Graya jak donosi wikipedia) "Ignorancja to błogosławieństwo", jeśli film mi się podoba, to nie potrzebuję dodawać do niego kolejnych scen, zamieniając jakoby coś co polubiłem w baner reklamowy dla produkcji z tego samego studia. Jeśli mnie nie zachwycił, cóż... wtedy najprawdopodobniej chcę szybko wyjść z kina i bardzo nie obchodzi mnie co jeszcze producenci mają mi do zaoferowania. Mimo, że siedząc na sali kinowej mamy raczej niewielki wpływ na nasz seans (możemy ewentualnie wyjść z sali albo zakryć oczy, jeśli coś nam się nie podoba), o tyle po seansie, gdy światła już się zapalają, to całkowita wolność wyboru... Myślę, że znacznie fajniej jest zobaczyć taką scenę po jakimś czasie i być mile zaskoczonym, niż przesiadywać przez napisy końcowe i się zawieść.
Ostatnio po seansie "Nienawistnej ósemki" podszedł do mnie dwudziestokilkulatek i zapytał czy po napisach końcowych będzie jeszcze jakaś scena. Szybko odpowiedziałem, że nie, kierując się tym, że jest to film Tarantino, a on nie uskutecznia takich praktyk (albo ja żyję w błogiej nieświadomości myśląc, że tego nie robi). Przyznaję, miałem w tym ukryty motyw. chodziło o opróżnienie sali z widzów. Pytający nie uwierzył mi jednak, być może odpowiedziałem zbyt szybko, dopytał więc czy aby na pewno. Wtedy powiedziałem, że owszem i że poza tym to Tarantino, a on tego raczej nie robi.
Nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś pyta mnie w kinie studyjnym o scenę po napisach. Podkreślam studyjność mojego kina, gdyż praktyka umieszczania dodatkowych scen kojarzy mi się raczej z produkcjami, które oglądać można w multipleksach, ale też raczej z wielkimi blockbusterami takimi jak "Avengers" na przykład, chociaż podobno graliśmy jakiś film, który taką scenę miał...
Dziwią mnie, ale i w pewien sposób smucą takie pytania, zwłaszcza jeśli słyszę je po filmie, który sam widziałem i który bardzo mi się podobał. Z mojego punktu widzenia pytanie o scenę po napisach oznacza jedną z dwóch albo obie rzeczy:
a) Po seansie towarzyszy nam poczucie niedomknięcia, dlatego chcielibyśmy zobaczyć aftercreditsa, żeby wiedzieć, ze to już wszystko albo że powstaną kolejne części.
b) Wpisujemy film w szereg produkcji, na których tle raczej się on nie wyróżnia, więc może posiadać "modną" scenę po napisach.
Oczywiście jest to moje subiektywne zdanie, ale na przykład pytanie o taką scenę po nowym filmie Tarantino mnie lekko ubodło. Po pierwsze to Tarantino, twórca, który z pewnością nie jest, a na pewno nie był standardowym reżyserem-scenarzystą w latach swojej świetności, człowiek, który w jakimś sensie zrewolucjonizował spojrzenie na kino. Zrobienie przez niego sceny po napisach, byłoby czymś co internetowe trolle lubią określać mianem "sprzedania się". Po drugie "Nienawistna ósemka" jest dziełem zamkniętym. Wszystkie wątki znajdują swój finał, po ostatniej scenie nie pozostaje już nic do dopowiedzenia, nie jestem w stanie wymyślić nic, co mogłoby się znaleźć w scenie po napisach do tego filmu.
Sceny po napisach to twór specyficzny, upierdliwy dla obsługi kina, ale przede wszystkim specyficzny z kinematograficznego punktu widzenia. Takie sceny pojawiają się najczęściej w komediach, animacjach albo filmach "serialowych" (takich np. jak filmy Marvela). Osobiście byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że w dramacie/thrillerze "Przetrwanie" z Liamem Neesonem jest taka scena. Okazało się zresztą, że nie jest ona zbyt treściwa. W zasadzie dopowiada ona to, co wiemy tuż przed tym, nim pojawią się napisy, a gdy ekran już stał się czarny. Z kolei scena po napisach w "Krainie Lodu" była dla mnie przyjemnym zakończeniem. Obejrzałem ten film bodajże dwa razy nim się o niej dowiedziałem (a dowiedziałem się o niej sprzątając salę z popcornu w multipleksie). Film miał typowo bajkowy happy ending, dopowiadanie czegokolwiek byłoby rozpoczynaniem nowej historii, dlatego w scenie po napisach cofamy się niejako do bohaterów zasygnalizowanych, ale zgubionych gdzieś w toku trwania filmu, by mogli oni pokazać ostatni, wieńczący całość gag. Jest to scena urocza i sympatyczna, natomiast stanowi zupełny dodatek.
Ostatnio chodząc na filmy Marvela nie mam już ochoty wysiadywać do końca napisów (zwłaszcza, że filmy te robi miliard osób i wymienienie ich wszystkich zajmuje pięć minut minimum), bo wiem że zmieniła się polityka zawartych tam historii. W tak zwanej "pierwszej fazie" po napisach pokazywane były sceny zapowiadające kolejne filmy: do Tony'ego Starka przychodził Nick Fury mówiąc mu o Avengers, na pustyni odkrywano młot Thora, okazywało się, że Loki czai się na tessaract... Mniej więcej od pierwszych "Avengersów" formuła się zmieniła i mamy do czynienia już z dwiema scenami, pierwszą po "krótkich" napisach (główni aktorzy, reżyser, itp) i to w tej zapowiadany jest kolejny film i drugą, w której nie dzieje się zwykle nic istotnego, ale ma być heheszkowo. I tak po "Avengersach" Thanos się do nas uśmiechał, a potem Avengersi jedli shawarmę, po Thorze cośtamsię działo, a potem Thor przybywał pocałować Natalie Portman, po Kapitanie Ameryce dowiadywaliśmy się, że Quicksilver i Scarlet Witch są uwięzieni, a później Kapitan łaził sobie po swoim muzeum... a po "Avengersach 2" był znowu Thanos, a potem nic... chyba, że obsługa kina i mnie oszukała! :O
Puentą do tej raczej luźnej refleksji niech będzie moje ulubione zdanie z "Matrixa" (a tak naprawdę z wiersza Thomasa Graya jak donosi wikipedia) "Ignorancja to błogosławieństwo", jeśli film mi się podoba, to nie potrzebuję dodawać do niego kolejnych scen, zamieniając jakoby coś co polubiłem w baner reklamowy dla produkcji z tego samego studia. Jeśli mnie nie zachwycił, cóż... wtedy najprawdopodobniej chcę szybko wyjść z kina i bardzo nie obchodzi mnie co jeszcze producenci mają mi do zaoferowania. Mimo, że siedząc na sali kinowej mamy raczej niewielki wpływ na nasz seans (możemy ewentualnie wyjść z sali albo zakryć oczy, jeśli coś nam się nie podoba), o tyle po seansie, gdy światła już się zapalają, to całkowita wolność wyboru... Myślę, że znacznie fajniej jest zobaczyć taką scenę po jakimś czasie i być mile zaskoczonym, niż przesiadywać przez napisy końcowe i się zawieść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














