wtorek, 23 września 2014

Plakaty filmowe, czyli co powiesić na ścianie?

Dawno nic nie pisałem (i nie chodzi tylko o bloga), ale jako, że powoli wracam do życia po tygodniu pracy w kinie (tydzień bez oglądania filmów... co za ból), to i tutaj skrobnąć coś mogę. Tematów jest kilka, ale sprowokowany w pewien sposób przez mojego kolegę Patryka na tapetę biorę plakaty filmowe... dosłownie... prawie.

Jakiś czas temu zaczęły mnie męczyć blockbustery (dla tych, którzy nie wiedzą, chodzi o produkcje dla mas, nastawione na ogromne zyski, nazwa wzięła się od porównania rozbicia kas biletowych [metaforycznie] do wielkich bomb, które bodajże podczas II wojny światowej niszczyły całe bloki mieszkalne [dosłownie]. Mogliście się tego dowiedzieć z wikipedii, ale hej:


Wracając do tematu: jako że swego czasu pracowałem w multipleksie i mogłem sobie chodzić na grane tam filmy naoglądałem się dużo kina masowego. Dla moich zainteresowań fajna sprawa, piszę się o tym łatwo, bo znakomita większość tych produkcji podpada pod pewien schemat i to nie tylko fabularny. Pewnie zdążyliście zauważyć, że plakaty filmowe również rządzą się swoimi prawami. Białe tło i całe sylwetki bohaterów - najprawdopodobniej komedia romantyczna. Podejrzliwe spojrzenia i ktoś trzyma broń - kino akcji. Piramida z bohaterów - no i tu dochodzimy do sedna. Najłatwiej zauważyć to przy produkcjach o superbohaterach, ale to nie one były pierwsze. Czasami patrząc na plakaty wielkich produkcji mam wrażenie, że w zasadzie znam zasadę ich tworzenia na tyle, że sam mógłbym zrobić taki filmowy plakat... nie kręcę jednak filmów, więc nie ma czemu robić. W każdym razie, na ścianie w pokoju, w którym mieszkam wisi plakat "Thor: Mroczny Świat" i jest to jedyny plakat, co do którego prawa bytu nie jestem całkowicie przekonany. Jasne, jest ładna Natalie Portman, a Thor trzy ma fajny młotek, ale ani film nie był jakiś super plakat nie jest jakiś powalający (schemat piramidki bohaterów - wiecie, główni najwięksi, postacie maleją wprost proporcjonalnie do ich znaczenia dla fabuły, a główny zły jest trochę niewyraźny i spoziera złowrogo z tła). Jasne, to dobra produkcja, którą przyjemnie mi się oglądało, aczkolwiek mam wrażenie, że jakaś inna zasada powinna rządzić pierwszeństwem lądowania na ścianach. No właśnie, tylko jaka?


Myślę, że o ile nie zbiera się plakatów w ramach hobby, istnieją dwie możliwości. Albo wieszam na ścianie plakat, który jest dopieszczony estetycznie i po prostu ładnie wygląda, albo taki, który nawiązuje do filmu, z którym wiążą mnie dobre wspomnienia, który lubię jakoś szczególnie. Jeśli plakat łączy obie te zasady - tym lepiej. Częściej jednak trzeba wybierać. I tak ja osobiście skłaniam się ku drugiej opcji i do wiszących na moich ścianach plakatów "Kongresu" (w mojej opinii jedno z lepszych science-fiction od dłuższego czasu, obejrzane dwa razy) i "Kraina Lodu" (trzy razy i opinia bajki, która będzie dla młodego pokolenia nowym "Królem Lwem" [albo "Toy Story"]) dołączy niedługo "Boyhood" (prawdopodobnie jeden z ważniejszych filmów w tym roku), "Mandarynki" (trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć), "Lego Przygoda" (LEGO! JEEEJ!) i "Sekretne życia Waltera Mitty" (mam na dvd, to "mój" typ filmu). O ile "Lego" daje radę (bo pokazuje ludziki LEGO, no halo) o tyle takie "Mandarynki" mają plakat realizujący pewien wzór, który nie jest jakiś szczególnie ładny nawet. Plakat "Boyhood" natomiast stawia na prostotę i ładnie komponuje się z tytułem, ale nie jestem przekonany czy chcę przez kolejny rok, dzień w dzień oglądać twarz małego chłopca. Się zobaczy.


Dlaczego nie wybieram pierwszej reguły? Są dwa powody. Pierwszy jest taki, że filmy są dla mnie kwestią zbyt osobistą. Za bardzo się do nich przywiązuje i źle bym się czuł otoczony przez ładne plakaty filmów, z którymi się nie identyfikuje. Druga kwestia jest taka, że zauważam spadam ilości ładnych plakatów. Cicho liczę na to, że "Czworo do pary" będzie dobrym filmem, bo podoba mi się grafika. Niestety, polscy dystrybutorzy musieli ją zepsuć przez raczej ch**owy tytuł i strzelenie na samym środku nawiązania do Woody'ego Allena. Poważnie? Ktoś się jeszcze nabiera na te chwyty? Patrząc na niektórych ludzi przychodzących do kina, przypuszczam, że niestety tak...


Z drugiej strony istnieje coś takiego jak polska szkoła plakatu, która uwielbiana jest po dziś dzień. Na Filmwebie często toczone są batalie o to, który plakat powinien znajdować się na stronach głównych filmów. Czasem bardzo dobry plakat oryginalny, zastąpiony zostaje przez plakat polski, który bywa, że zupełnie nie oddaje ducha filmu. Patrząc na te prace można jednak pożałować, że dziś większość materiałów promocyjnych tworzona jest komputerowo i w związku z tym rzadko można w ich przypadku mówić o jakichś walorach artystycznych.

Nie mam pomysłu na zakończenie tego postu, więc po prostu wrzucę obrazki.

środa, 10 września 2014

Trochę o filmach, trochę o kobietach, czyli o czym marzą faceci?

Ostatnio odwiedziłem pewne bardzo przyzwoite Szczecineckie kino, w którym to za darmo obejrzałem sobie "Lucy" Luca Bessona (fanty na parafialnych kiermaszach mogą być jednak fajne). Przyznaję, że odkąd zobaczyłem pierwszy zwiastun byłem do tego filmu nastawiony raczej sceptycznie. Nie dlatego, żebym nie wierzył, że film z kobietą w roli głównej nie może być dobry, chodziło raczej o postać autora i znajomość jego ostatnich wpadek w postaci "Porachunków" (oezu...) i "72 godzin" (o bosh...) oraz idiotyczne założenia o wykorzystywaniu przez ludzi jedynie niewielkiego ułamka powierzchni mózgu, z którego uczyniono punkt wyjścia fabuły. Szanse na to by filmu nie zepsuto były bardzo niewielkie, a po seansie muszę stwierdzić, że jedyną drogą ku sukcesowi artystycznemu (komercyjny bowiem został osiągnięty, ale o tym za chwilę) było pójście w stronę raczej komiksowej i zdystansowanej narracji, jaką obserwować można chociażby w produkcjach Marvel Studios. Niestety Besson zrobił coś zupełnie odwrotnego. Cała opowieść utrzymana jest w poważnym tonie i dodatkowo okraszona pseudofilozoficznymi monologami, które wydają się tak odkrywcze jak formułki z poradników motywacyjnych. Jedyna styczność "Lucy" z komiksem, to kilka rysunkowych kadrów, które zobaczyć można na stronie filmu (o tutaj).


Czemu tak przeżywam tę fabularną porażkę? Bo w kinie skierowanym do masowego odbiorcy brakuje pełnowymiarowych i wiarygodnych postaci kobiecych. Nie wspominam nawet o kinie polskim, gdzie kobiety są sprowadzane do roli ładnych buź stanowiących tło dla męskich protagonistów (vide choćby "Wkręceni" czy tragiczne pod tym względem "Kamienie na szaniec"), ale przykład w postaci ostatniego hitu lata, jakim niewątpliwie są "Strażnicy Galaktyki" pokazuje, że za oceanem też nie jest najlepiej. Najsłabszych ogniwem tej produkcji była fabuła, najmocniejszym bohaterowie, z których prawie każdy był na tyle samodzielny, że spokojnie mógłby pociągnąć własny film. Dlaczego prawie każdy? Bo oczywiście Gamora, czyli jedyna w drużynie kobieta, musiała zostać sprowadzona do roli przytulanki głównego bohatera i cały jej potencjał, który był w niej jeszcze na początku filmu, ulatnia się, bo przecież kosmiczna zabójczyni nie może być fajna sama w sobie, nie, musi być przecież obiektem pożądania męskiej części drużyny i widowni.


A co zrobić z faktem, że producenci nie mogą zdecydować się na danie zielonego światła autonomicznej produkcji o Czarnej Wdowie? Rozumiem, nie ma super mocy i w kontekście całego uniwersum jest mało superbohaterska. Tyle tylko, że ostatni film o Kapitanie Ameryce też nie kipiał od nadludzkich wyczynów. Kapitan co prawda miał kopnięcie, które odrzucało na dobrych kilka metrów, ale fabule bliżej było do Mervelowskiej wersji przygód Jasona Bourne'a niż kolejnych "Avengersów". Dlaczego więc pani agent nie miałaby sobie swobodnie pohulać? Jest jednak szansa, że coś się w tej kwestii zmieni i taki film jednak powstanie, a wpłynąć na to mógłby właśnie sukces "Lucy". Obie postacie gra Scarlett Johansson, która jest obecnie prawdopodobnie u szczytu popularności. "Lucy" łączy w sobie kino akcji z science-fiction, co prawdopodobnie byłoby kolejnym punktem wspólnym. Rozstrzygający może być jednak fakt, że "Lucy" zarobiła już ponad 300 mln dolarów na całym świecie, co stanowi bardzo silny argument w oczach producentów. Gdyby więc film o Czarnej Wdowie powstał, moglibyśmy wreszcie doczekać się dobrze sportretowanej kobiecej superbohaterki, wszakże ostatnie filmy ze stajni Marvela nie schodzą poniżej pewnego poziomu, a zapadające w pamięć postaci to jeden z mocniejszych ich aspektów.


Miło byłoby móc wyczekiwać polskiego odpowiednika o Czarnej Wdowie. Superbohaterki są, chociażby zdobywająca co raz większą popularność Tequilla duetu Śmigiel&Babis. Może nie jest to najlepsza pod względem psychologicznym bohaterka, ale na pewno dobrze wygląda i funkcjonuje w ciekawym świecie, a to stanowi już jakąś wartość (znowu jednak: nie można ograniczyć się tylko do wyglądu). Póki jednak nie potrafimy zrobić dobrego filmu nawet o męskich postaciach (co teoretycznie powinno być łatwiejsze w wykonaniu środowiska zdominowanego przez mężczyzn), nie mamy co próbować wyprzedzać Zachodu. Zmiany mogą jednak nadciągać, a dobrym zwiastunem może być informacja o tym, że Tomek Bagiński przymierza się do "Wiedźmina". Byle tylko nie skończyło się jak z "Hardkorem 44".

poniedziałek, 8 września 2014

Wakacje w Burolandii, czyli szczyty głupoty i ignorancji

Piszę to jeszcze zanim wejdę na Facebooka po ponad tygodniowej nieobecności, poniższy wpis nie będzie zatem zawierał przejawów buractwa na jakie być może natknę się w wirtualnym świecie.

Korzystając z okazji danej mi przez moją dziewczynę i jej rodzinę spędziłem uroczy tydzień w naszych, polskich Tatrach. Świetna sprawa. Po około czternastoletniej nieobecności w Zakopanem, z odwiedzin którego wtedy wyniosłem chęć posiadania kotka (spoczywaj w pokoju Filemonie), odkryłem w sobie miłość do gór i sympatię do łażenia w tę i we w tę po szlakach. Choć widoki miałem dopiero od połowy wyjazdu, wcześniej bowiem chmury były nisko i chodziliśmy nie widząc nic dalej niż na dziesięć metrów, to czerpałem jakąś radość z udowadniania sobie, że nie jestem taką miękką bułą jak myślałem, że jestem.

Niestety, jak to bywa z popularnymi kurortami turystycznymi w naszym chodzeniu po górach nie byliśmy osamotnieni. Czasem spotykaliśmy większe, czasem mniejsze grupki, oznaki buractwa dało się jednak zobaczyć praktycznie codziennie (jako, że chyba tylko raz nie odwiedziliśmy Krupówek). Co mnie tak wzięło na pisanie o burakach? Bo w zderzeniu monumentalnych pomników przyrody z doświadczaną w mieście oraz schroniskach cywilizacją, ta druga bije po oczach swoją marnością. Góry to takie miejsce, które pozwala człowiekowi się oczyścić, poczuć jakąś więź z naturą, ale obecność ludzi, którzy tego nie doceniają, jakoś umniejsza siłę tego przeżycia. Skąd wiem, że nie doceniają? Idąc Krupówkami zastanawiałem się ile osób z tych, które mijałem przyjechały do Zakopanego i nigdy nie wybrały się w góry. Wydaje się to zamysłem dość idiotycznym, to tak jakby pojechać nad morze i nawet nie zamoczyć stopy czy nie stanąć na plaży. A jednak liczebność turystów pozwala sądzić, że są wśród nich osobniki, które ograniczyły się do pozostania w samej miejscowości. Trochę to irytujące. Już widzę tych buraków, którzy przyjeżdżają do domów z pamiątkami z gór, które tak naprawdę nie mają żadnej wartości emocjonalnej, bo odwołują się do miejsc, których ci ludzie nie doświadczyli.

Oczywiście, są osoby starsze, czy rodzice z małymi dziećmi, którzy nie mogą sobie pozwolić na długie i wycieńczające, piesze wędrówki (chociaż tych drugich z maluchami w chustach na szlakach nie brakowało). Mimo całej miłości do mojego dziadka, z którym rozmawiałem po jednej z bardziej męczących eskapad, nie mogę się zgodzić z jego stwierdzeniem, że "Na Kasprowy się wjeżdża, a na Giewont się wchodzi". Nie tylko dlatego, że gdybyśmy wjechali na Kasprowy, to prawdopodobnie nie spotkalibyśmy trenującej Justyny Kowalczyk (której widok bardzo ucieszył moją dziewczynę), a w ogóle zapłacilibyśmy za to grube pieniądze (przejazd w dwie strony to ponad 50zł). Przebywanie w górach, to nie tylko oglądanie widoczków i cykanie sobie ładnych foci. To doświadczanie katharsis. Odprężanie umysłu, przez męczenie ciała, w sprzyjających okolicznościach przyrody. Patrząc na ludzi, którzy wjechali na Kasprowy Wierch w adidaskach, z malutkimi plecaczkami, czy w ogóle bez bagażów i "delektowali" się ładnym krajobrazem, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że niesamowicie wiele tracą. Oczywiście, każdy robi to, na co ma ochotę, ale wakacje w górach, które nie przewidują WCHODZENIA na szczyty, trochę mija się z celem.

Ale brak respektu wobec przyrody, to nie jedyna oznaka buractwa z jaką się zetknąłem. Można powiedzieć, że obywatele Burolandii towarzyszyli mi od wyjazdu do momentu opuszczenia pociągu powrotnego. W pociągu do Kutna (skąd przejmował nas Brat) spotkaliśmy skacowaną, a być może jeszcze pijaną młodzież z Konina, która reprezentowała niedumną "gimbazę" a może wczesne liceum. "Lider" grupy, którego funkcję rozpoznaliśmy po tym, że najgłośniej drze japę, nie mógł przestać głośnego i wulgarnego komentowania wydarzeń dnia poprzedniego. Nawet po zwróceniu mu uwagi na fakt, że wszyscy mają dość słuchania go, zripostował, że on siebie lubi słuchać. Ot i Burak zdefiniował się sam.

Nie wiem co jest pierwsze, czy umiejętność przyjaznego funkcjonowania w społeczeństwie czy też zachowania życia prywatnego. Na pewno jedno jest z drugim nierozerwalnie związane. Ludzie, którzy zapychają kolejkę po posiłek, co nie ma najmniejszego sensu, bo jedynie blokuje możliwości ruchowe odbierających, a przecież wydająca i tak woła, to członkowie tej samej grupy, co para starszych ludzi, która przez pół godziny rozmawia o tym, że nie sprawdziła, z którego peronu odjeżdża ich przesiadkowy pociąg w Poznaniu i mogli o to spytać kasjerkę w Kołobrzegu (a to przecież zmienna). Stojący z założonym plecakiem facet, który co chwila uderza kijkami trekkingowymi stojącego za nim Brata, na pewno mógłby przybić piątkę z panią, która kazała mi "kombinować sobie" jak wrzucić mój plecak na półkę w przedziale, kiedy miejsca tam wyraźnie brak.

Nie jest dobrze, bo skupienie na swoich interesach przesłania nam widok drugiego człowieka. I jest coś w słowach Bratach, który mówi "To jest Polska" widząc, że wypożyczenie leżaka na Gubałówce kosztuje 4 złote, podczas gdy za granicą rozłożone przed lokalem leżaki, mają kusić zmęczonych narciarzy i innych wypoczywających. Martwi widok płatnej toalety w lokalu, w której jest się klientem. Ale ma też rację moja dziewczyna, kiedy mówi, że to się nie zmieni, póki przyjeżdżają burole, które szastają kasą na pierdoły, bo ją mają. Niby nikt na tym nie cierpi, a ja nie muszę iść do tej toalety, jeśli nie chcę za to płacić, tylko że jest krótkowzroczny ten, kto nie przyzna, że nie ma w tym nic niezdrowego. Myślę, że ludzkość osiągnęła poziom rozwoju technologii i kultury nie przez takie egoistyczne zabiegi, a przez prospołeczne zachowania właśnie. Burolandia jednak dokonuje cichej ekspansji i kto wie, kiedy będzie za późno, żeby ją powstrzymać. I jeśli sami nie jesteśmy w stanie zrobić czegokolwiek by powstrzymać jej rozrost, to chociaż mówmy o niej głośno, zamiast akceptować sytuację, dopóki nie wkracza w nasz ciasny, ale własny świat.