Po kilku ostatnich seansach, na których byłem ze znajomymi, albo które później z nimi omawiałem, uderzyła mnie bolesna (not really) prawda, że taplam się w głównonurtowych filmach. Nie chodzi o to, że wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. To raczej kwestia tego, że niby chcę uchodzić za osobę inteligentną i w jakiś tam sposób erudycyjną, ale moja oglądanie filmów ogranicza się najczęściej do produkcji, które zobaczyć można w multipleksach. Ostatnią ambitną produkcją jaką widziałem był bodajże "Frank", ale on ponoć też leciał w multikinie, więc rozumiecie mam nadzieję o co mi chodzi. Poza tym, oglądam praktycznie same filmy anglojęzyczne (no i po polsku, ale zdecydowanie rzadziej). Najgorsze jest to, że chociaż "kino europejskie" brzmi tak ambitnie, to zmiana języka wcale nie oznacza poprawy jakości. Amerykanie mają potężny rynek zbytu (duuużo widzów), mieli więc i czas na artystyczne eksperymenty i na dopracowanie rzemiosła filmowego. Istnieje chyba jednak jakieś przekonanie, że "kino amerykańskie" jest z gruntu mało ambitne... Ach ten hipsterski Poznań.
Boli mnie także świadomość tego, że ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że jakieś produkcje mogą być mniej... hm, wartościowe artystycznie od innych, ale i tak je wolę, bo podoba mi się język filmu czy technika jego wykonania. Najlepszy przykład z ostatnich tygodni to "Zacznijmy od nowa" i "Once", obejrzane w takiej kolejności. "Zacznijmy..." podobało mi się bardzo, "Once" oglądało mi się świetnie dopiero od połowy. Mimo to, wiem że to "Once" jest filmem bardziej wartościowym, a "Zacznijmy..." to taka bajka ku pokrzepieniu serc, ale i tak to ona podobała mi się bardziej. Dziwne to trochę, doceniać jeden film, a woleć drugi, ale człek się chyba składa z paradoksów.
Zwieńczeniem mojego autooświecenia był wczorajszy seans "Sekstaśmy". Poszedłem na film z przekonaniem, że będę miał z czego napisać kolejną recenzję (bo z komercyjnych produkcji bez ambicji pisze się je najłatwiej). Nie spodziewałem się niczego, może liczyłem na trochę śmiechu. Było żałośnie, ale jakieś chichoty mi się wyrwały. W ostatecznym rozrachunku natomiast stwierdziłem, że był to film-reset, którego mi brakowało. Przez ostatnie dni i tygodnie oglądałem najczęściej to, co już kiedyś widziałem. Najczęściej wracałem po kilkuletniej przerwie by "odkryć film na nowo". Znowu, poza dwoma filmami Szulkina nie było to nic ambitnego. "Sekstaśma" uświadomiła mi, że czas na naprawdę wartościowe kino. To było ściągnięcie poziomu na samo dno, co umożliwia odbicie się i docenienie jakiejś porządnej produkcji. Co to będzie? Jeszcze nie wiem. Może arcydzieło, któregoś z europejskich mistrzów? Trochę męczy mnie fakt, że fanpage "Filmy, w których Tom Cruise nie biega" czeka na aktualizację, a "Oczy szeroko zamknięte" czekają na obejrzenie. Ale... to w końcu Kubrick, a Kubrick to klasyka, więc mogę to sobie wybaczyć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz