wtorek, 3 lutego 2015

Nowe filmy, nowe wyzwania, czyli jak zmotywować się do pisania

Wypadam z pisarskiego rytmu (który i tak jest dość rozregulowany), toteż wpadłem na pomysł coby w lutym pisać kilka słów o każdym z obejrzanych w tym miesiącu filmów. Czasem może będzie to recenzja, może tekst, który recenzję zainspiruje, ale na pierwszy ogień idzie chińska produkcja "Czarny węgiel, kruchy lód", której recenzji nie napiszę, gdyż czuję się za mało kompetentny w kwestii kinematografii azjatyckiej w ogóle.

Czym zatem jest "Czarny węgiel..." i dlaczego go obejrzałem? To jeden z tych filmów, które pojawiają się niespodziewanie i łapią nas na haczyk, który pozostaje w człowieku, jeśli szybko czegoś z tym nie zrobi. Takim filmem było "Czworo do pary", takim filmem jest "Coś się musi stać", z którego ludzie wychodzili po pół godziny projekcji (a jeśli widzowie opuszczają seans, a potem dzwonią, że film był "beee", to jestem zaintrygowany), takim filmem stał się "Czarny węgiel...", o którego premierze wiedziałem z wyprzedzeniem z filmowego kalendarza, ale którego zwiastun dopiero sprawił, że zapragnąłem go zobaczyć.



"Czarny węgiel..." to nietypowy kryminał. Dlaczego nietypowy? Bo schematy gatunkowe, jakie znamy chociażby z filmów amerykańskich są w nim poprzestawiane. O ile w typowym kryminale mamy zbrodniarza, bohatera i wyjaśnienie sprawy, a wszystkie te elementy rozwijają się równolegle, wzajemnie się uzupełniając, o tyle w filmie Yi'nana Diao każdy z tych elementów dostaje osobną historię. I tak najpierw mamy trochę o bohaterze, później rozwiązany zostaje wątek zbrodniarza, a wyjaśnienie jest w zasadzie obiektem osobnego śledztwa, kiedy sprawa wydaje się już być zamknięta. A jednak wszystko to składa się w jakąś całość, może odrobinę chaotyczną czy niespodziewaną, ale kolejne aspekty filmu wzajemnie współgrają.

Nietypowy jest tu także sposób narracji. Od długich napisów początkowych, w których na czarnym tle i zupełnej ciszy wymienieni zostają twórcy, po urwane zakończenie (a może była to wina kopii? do końca nie wiem). Jest to dosyć oryginalne, szczególnie jeśli przyzwyczajeni jesteśmy do światowych standardów, gdzie takie nużenie widza na samym wstępie jest niewskazane. Z drugiej strony, wprowadza nas to błyskawicznie w klimat filmu, zmuszając do otwarcia się na coś innego.

Ostatnią moją refleksją na temat filmu była jego kameralność. To film, który spokojnie mógłby powstać w Polsce, nie jest bowiem spektakularny, ale starannie pomyślany i rozegrany. Nie raziły tez jakieś poważne kulturowe różnice, poza daniami, które spożywali bohaterowie (gorące zupy i charakterystyczne pierożki) historia ta mogłaby się zdarzyć wszędzie, był to bowiem film skupiony raczej na ludziach, w których wątki humanistyczne były zasadniczym spoiwem dla całości.



"Czarny węgiel, kruchy lód" godny jest uwagi, szczególnie, jeśli ktoś chce spróbować czegoś innego, choć zanurzonego w świecie mu znanym. Chiński kryminał ciekawi swoją egzotyką, ale pokazuje ją w formie świetnie nam znanej, wprowadzając jedynie niewielkie różnice. To właśnie te szczegóły sprawiają jednak, że osobiście czuję się jeszcze bardziej zaintrygowany i nie tylko chętnie przypomnę sobie koreańskiego "Oldboya", ale także Hongkońskie filmy akcji i klasykę kina Kung Fu. Od czegoś trzeba zacząć :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz