wtorek, 3 marca 2015

Produkcja nastawiona na treść, czyli sztuczne zdania i dobre komiksy.

Żal ściska tyłek, kiedy patrzę na datę ostatniego posta. Miałem pisać w lutym o każdym obejrzanym filmie, tymczasem był to miesiąc, w którym padł chyba jakiś rekord dotyczący najmniejszej ilości napisanych recenzji. Wyzwanie 52 książek w rok, też idzie jak po grudzie, bo jestem co najmniej trzy książki w plecy (chyba, że nie liczymy komiksów, wtedy jakieś 4 książki). A propos tych ostatnich, przeczytałem ostatnio "Persepolis".

Z komiksami jest trochę jak z grami planszowymi. Tzn. o ile gry planszowe w potocznym myśleniu kojarzą się w pierwszej kolejności z chińczykiem i eurobiznesem, o tyle komiks to chyba przede wszystkim Kaczory Donaldy (dawniej), a dzisiaj fabułki o superbohaterach Marvela i DC. Udałem się kiedyś do pewnego sklepu z komiksami, fantastyką i tym podobnymi, gdyż chciałem się zapoznać z historią Punishera. Facet doczekał się co najmniej trzech filmów, z czego żaden nie odniósł sukcesu. Z jednej strony to pewnie dlatego, że Frank Castle, to nie Tony Stark i to zarówno w warstwie bohaterskiej (Punisher vs Iron Man) jak i incognito (czyli po cywilu). Punisher nie ma ani mocy, ani jakiejś bajeranckiej genezy, ani specjalnie imponujących przeciwników. To taki vigilante, który mści się na mafiozach, używając do tego celu własnych pięści i szerokiego arsenału giwer. Z drugiej strony, ten brak sukcesu, może brać się z pewnej... specyficznej adaptacji tematu. Przeczytałem jeden komiks, ale przeszedłem też jedną grę (która wyszła gdzieś w okolicach filmu z 2004 roku). O ile twórcy gry postawili na brutalność i radosną rozwałkę (przesłuchiwania, drastyczne sceny, tym podobne "rozrywki") o tyle w filmie z Thomasem Janem brutalności nie było wcale. Jedyna scena tortur, została sprowadzona do prostej gierki psychologicznej, przeprowadzonej na tchórzliwym parkingowym, a sceny walk, ograniczały się głównie do jakichś westernowych pojedynków na pistolety. Nie wiem, może się nie znam, ale Punisher nie był chyba kozakiem dlatego, że wyciągał broń szybciej niż wrogowie, tylko dlatego, że szedł po trupach do celu i potrafił sobie utorować drogę.

Wracając jednak do meritum. Komiksik był króciutki, zapłaciłem za niego co prawda 7 złotych, ale po lekturze nie zostało we mnie nic. Ani nie zdążyłem się zżyć z historią na tyle, żeby pobiec po ciąg dalszy, ani żeby przeczytać jeszcze raz w poszukiwaniu smaczków. Dzisiaj nawet nie wiem, gdzie ten komiks się podział i szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje (tylko tych 7 złotych szkoda). Od tamtego czasu przeczytałem kilka komiksów, z czego większość była... hm... bardziej ambitna. Chodzi tu o takie tytuły jak "Maus", "Niedoskonałości", ostatnio "Persepolis" czy nawet Scott Pilgrim, który chociaż jest utrzymany w dosyć zabawowym tonie i zawiera liczne odniesienia do popkultury, to skupia się na życiu młodych ludzi, ich relacjach i problemach, tylko że przedstawia za pomocą wyolbrzymień czy metafor. To były takie powieści graficzne (bo z powieścią miało to faktycznie więcej wspólnego, niż z takim Punisherem), które po przeczytaniu gdzieś tam ze mną zostawały. Przypominając sobie jakie tytuły czytałem, pamiętam o tych, wyżej wymienionych, a zapominam na przykład o "Lidze niezwykłych dżentelmenów: Stuleciu 1969", którą czytałem zaraz po "Niedoskonałościach".

W miarę "odhaczania" kolejnych tytułów co raz lepiej rozumiem Dema (tego od komiksu Duże Ilości Naraz Psów), który w swoim vlogu poświęconym festiwalowi komiksów stwierdził, że wielu jest twórców nie potrafiących wykorzystać formy jaką oferuje to medium. Ich komiksy mogłyby równie dobrze być filmami chociażby. Faktycznie, jest coś takiego, co oferuje zbiór kadrów zestawianych obok siebie, czego nie można osiągnąć w innych formach sztuki. Film wymaga pewnej linearności, a przynajmniej dłuższego czasu trwania, powieść - jeszcze bardziej, bez jakichś opisów trudno przecież "wejść" w świat przedstawiony. Tymczasem w komiksach mamy kadry, na których sytuacja jest klarowna, bohaterowie zostają uchwyceni w pozie najlepiej oddającej aktualną czynność czy stan emocjonalny, a dodatkowo nie ma potrzeby rozciągania poszczególnych scen. Można pokazać tyle ile się chce i przejść do kolejnej kwestii, podczas gdy w kinie mogłoby to się zakończyć atakiem epilepsji.

Komiks fajna sprawa, a jako miłośnik kina bardzo się cieszę, że na ekran przenoszone są nie tylko historie o superbohaterach (aktualnie dominujące w masowej produkcji), ale również te bardziej niszowe. Zarówno przecież Scott Pilgrim, jak i Persepolis doczekały się adaptacji, a o wzięciu na warsztat "Mausa" też od czasu do czasu się przebąkuje. Smuci tylko to, że taka Akademia Filmowa nie potrafi się ogarnąć i nagrodzić czegoś, co faktycznie miałoby znaczenie i w walce o statuetkę "Persepolis" przegrało z "Ratatuj". Żadnego z tych filmów nie widziałem, oba zamierzam, ale już na poziomie fabuły czuć tu pewien dysonans. Ale czym się tu przejmować, sam fakt bycia nominowanym zwiększa rozpoznawalność, a i tak wiadomo, że wygra Disney, Pixar albo DreamWorks. Czekam na zmianę myślenia. I na kolejne komiksy :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz