wtorek, 10 maja 2016

Zmęczenie materiału - "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów"

"Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" to jeden z tych przypadków, w których zwiastun filmu jest znacznie lepszy niż sama produkcja, nawet pomimo realizacji w charakterystycznej dla kina superbohaterskiego manierze (trochę akcji -> spokojna muzyczka + głos z offu, który zarysowuje problem). Finałowy dialog między Kapitanem a Starkiem prawie rozdarł me serce. Gdy usłyszałem po raz pierwszy jego smutne "So was I" wiedziałem, że chcę na to iść.



Sam film zaczyna się podobnie. W Lagos Kapitan wraz z grupką herosów ściga Crossbone'a, który planuje wykraść broń biologiczną. Akcję można by nazwać sukcesem, gdyby nie fakt, że w jej wyniku ginie kilkunastu cywilów. Oczy świata zwracają się na Avengersów, a sekretarz stanu Thaddeus Ross przynosi im do podpisania porozumienie, włączające ich pod bezpośrednie zwierzchnictwo ONZ. Grupa dzieli się na dwa obozy, tych, którzy akt podpisują, z Tonym Starkiem na czele i tych, którzy uważają, że możliwość samodzielnego decydowania, gdzie interweniować stanowi wciąż najlepszą opcję, za czym optuje Kapitan Ameryka.

 "Wojna bohaterów" miała wprowadzać poważny konflikt i głębię psychologiczną w postaci, które znamy już od lat. Nie udało się to w "Czasie Ultrona", bo życiowe refleksje Visiona brzmiały jak cytaty z Paulo Coelho, zaś trudno uwierzyć w moralne rozterki herosów, kiedy dotyczą one fikcyjnego państwa, gdzieś na krańcu świata. W nowym "Kapitanie..." i metraż sprzyjał budowaniu psychologii postaci (film trwa 140 minut) i jeszcze większe uwikłanie bohaterów w świat polityki. Mimo to trudno jednoznacznie stwierdzić, że zabieg ten się udał. Wątpliwości jakie targają bohaterami i ich motywacje są wciąż bardzo płytkie. W pewnym momencie, po jednym ze swoich wystąpień, Stark spotyka pewną kobietę. Pokazuje mu ona zdjęcie syna, który zginął podczas pobytu Avengersów w Sokovii. Wymyślenie nowej postaci, która staje się przypadkową ofiarą działań Avengersów i użycie jej do wzbudzenia w Iron Manie poczucia winy, wydawało się zbyt naiwne, tym bardziej, że Stark wątpliwości ma przecież nie od dziś. A jednak, chwilę później nie tylko poznajemy imię, nazwisko i twarz chłopaka, dowiadujemy się także, że był wzorowym uczniem, dostał się na świetną uczelnię, a swoje wakacje postanowił spędzać na... budowaniu domów dla najuboższych w Sokovii... złoty chłopak, idealny wyrzut sumienia. Oczywiście przypadek ten dogłębnie porusza Starka, zmuszając go do podpisania dokumentu oraz próby narzucenia swojego zdania innym.

W zasadzie cały konflikt między Kapitanem a Iron Manem opiera się na psychologicznym uproszczeniu tego drugiego. To jego wątpliwości skłaniają go do podpisania aktu. To on nie wierzy w wersję wydarzeń, którą przedstawia mu Kapitan Ameryka, broniący co prawda przyjaciela sprzed lat, ale wciąż pozostający przecież moralnym filarem grupy, co uniemożliwiałoby mu raczej stawanie po stronie słusznie osądzonego przestępcy. Gdyby Stark pozostał tym racjonalnym do bólu geniuszem, którego znamy z poprzednich odsłon, zamiast nagle wszystkie swoje decyzje opierać na emocjach, to może historia zamknęłaby się w trzydziestu minutach. Niestety, im naiwniej tym dłużej.



Złego słowa nie można natomiast powiedzieć o scenach akcji. Emocjonują i bawią, czasem łamiąc prawa fizyki, ale nawet z tego twórcy zdają sobie sprawę i potrafią obrócić to na swoją korzyść. Kwintesencją dobrego stylu jest scena na lotnisku, w której na przeciw siebie stają dwie drużyny herosów. Także tutaj humor dopełnia akcję, w czym niemałą zasługę ma nowy Spider-Man w interpretacji Toma Hollanda.

W pewnym momencie tempo filmu wyraźnie zwalnia, a wstawki mające rozwijać fabułę (która na dobrą sprawę rozwija się wyjątkowo długo), zaczynają ustępować tym, mającym wylewać fundamenty pod przyszłe solowe filmy Czarnej Pantery i Człowieka-Pająka. Chociaż "Wojna bohaterów" nie robi wrażenia odcinka wprowadzającego do kolejnych części (jakim był "Czas Ultrona"), to gdy wszystko się kończy trudno pozbyć się uczucia niedosytu. I nie chodzi tu o niedosyt, który będzie można zaspokoić kolejnymi "Avengersami", "Spider-Manami" czy innymi "Thorami". Chodzi o satysfakcję, która była obecna, gdzieś u początków. O poczucie czasu spędzonego na dobrej zabawie. Mimo że wiele jest głosów, iż "Wojna bohaterów" to najlepszy film z Kinowego Uniwersum Marvela jaki dotąd powstał, to mając w pamięci jakimi świeżymi powiewami był "Ant-Man" czy "Zimowy Żołnierz" trudno pozbyć się wrażenia, że nie o takich superbohaterów walczyliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz