czwartek, 31 lipca 2014

Hugh Laurie w Szczecinie, czyli obcowanie ze znanymi twarzami

Po dwóch koncertach jakie w te wakacje udało mi się zaliczyć (Damona Albarna i Hugh Lauriego) czuję się przekonany do tej formy obcowania z muzyką. Nie o samą muzykę zresztą tu chodzi. Koncert to specyficzne wydarzenie, coś jak pójście do kina, chociaż pod pewnymi względami tak bardzo inne. Do kina chodzi się dla atmosfery: wielkiego ekranu, wyciemnionej sali, przestrzennego dźwięku i nieprzerwanej (teoretycznie) projekcji. Minusem chodzenia do kina są inni ludzie, którzy mogą tam iść, żeby spotkać się ze znajomymi, głośno powymieniać uwagi i pisać esemesy oślepiając blaskiem ekranu ludzi siedzących za nimi (a przynajmniej skutecznie ich rozpraszając). Na koncertach z kolei to ludzie są czynnikiem niemalże najważniejszym. Na pierwszym miejscu postawiłbym bowiem kontakt. Na koncert nie idzie się posłuchać muzyki, to można zrobić w domowym zaciszu na słuchawkach czy z dobrymi basami, jeśli jest taka potrzeba. Na koncert idzie się pośpiewać, potańczyć, pokrzyczeć, przebywać w tłumie ludzi, którzy słuchają tej samej muzyki i też znają tekst, a przede wszystkim po to, żeby doznać dzielenia przestrzeni z wykonawcą/ami tych utworów.

Koncert Hugh Lauriego świetnie to obrazuje. Człowiek ten zaczął swoją karierę muzyczną dawno temu, ale pierwszą płytę nagrał dopiero, gdy "Dr House" był na antenie już siedem lat i chylił się ku końcowi. Jest to więc przykład zrobienia muzycznej kariery na znanym nazwisku, mimo że Laurie muzykalny jest i możliwe nawet, że muzyka jest mu bliższa niż aktorstwo. Ludzie, którzy znaleźli się ostatecznie na placu byli podzieleni na tych, którzy znali twórczość muzyka i tych, którzy przyszli zobaczyć Doktora House'a. Nieprzypadkowy jest tu także fakt, że lwia część materiałów dziennikarskich poświęconych koncertowi przywołuje postać telewizyjnego diagnostyka, jako słowa klucze, otwierające worki ze skojarzeniami. Trochę to przykre, bo ja osobiście, gdybym chciał rozkręcić karierę muzyczną po zrobieniu kariery w telewizji, nie chciałbym, żeby to co robię jako ja, było kojarzone z tym co robiłem, gdzie indziej. Myślę, że Hugh Laurie, o ile w ogóle dochodzą do niego te zapowiedzi, a pewnie część tak, też nie jest z tego powodu szczęśliwy, zwłaszcza, że widać, że sprawia mu to przyjemność i że nie robi tego dla pieniędzy, bo te już zgromadził.

Wracając do tego o czym chciałem napisać, a co średnio mi wychodzi. Moja dziewczyna stwierdziła, że widząc go przechodzącego w odległości dwóch metrów ma poczucie nierzeczywistości, podobne temu, które Herbert miał odwiedzając Akropol. Coś czy ktoś nam znanego ze zdjęć i filmów, nagle znajduje się w naszym otoczeniu, a my chociaż widzieliśmy to już tysiąc razy, widzimy to tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Jest w tym coś dziwnego. Ja osobiście nie miałem takiego poczucia, bo jeden z moich wykładowców wygląda jak młodsza wersja Hugh Lauriego (a po zobaczeniu "oryginału" na żywo potwierdzam to z całą stanowczością), zdążyłem się więc przyzwyczaić. Jest jednak jakaś przyjemność w obcowaniu ze znanymi ludźmi czy miejscami. To tak jak, gdy oglądam Londyn w filmach i rozpoznaję miejsca, w których byłem. Zupełnie inne doświadczenie. Doktora House'a też już nie będę oglądał w ten sam sposób (o ile jeszcze kiedykolwiek dane mi go będzie obejrzeć). Wniosek jaki pozostaje z tych refleksji jest prosty. Trzeba więcej podróżować i chodzić na więcej koncertów (lub prelekcji i spotkań, ostatecznie możliwości zobaczenia znanych twarzy jest więcej niż jedna).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz