sobota, 8 listopada 2014

Alternatywa, czyli słowo o innym kinie

Znowu jestem w pracy i znowu dodaję wpis. Czy to ta praca działa tak inspirująco? Pewnie tak, bo dzisiaj napiszę co nieco o filmach spoza głównego nurtu. Postaram się uniknąć kryptoreklamy, ale być może mi się nie uda.

Odkąd przestałem pracować w multipleksie, a zrobiłem to po części dlatego, że wyświetlane tam filmy już nie dawały mi przyjemności, mam wrażenie, że poszerzam swoje horyzonty filmowe. W ramach researchu przed tym wpisem, coby uniknąć przekłamań, sprawdziłem historię swojego konta na Filmwebie i faktycznie widać tam, że do momentu rezygnacji oceny są mniej więcej podobne, bardzo średnie, nic szalonego się nie dzieje. Potem zacząłem oglądać filmy starsze, zacząłem prowadzić fanpage "Filmy, w których Tom Cruise nie biega", w związku z którym zacząłem oglądać dużo filmów z tym aktorem i tak to się jakoś kręciło aż do "Sekstaśmy"... i to był ten punkt. Prawdopodobnie zapamiętam ten film dlatego, że był taki zły i dlatego, że stanowił dla mnie impuls do wyjścia poza kino mainstreamowe. Pojechałem do Ińska, zacząłem oglądać filmy europejskie i przeżyłem szok. Dotąd moje wyobrażenia o kinie... na potrzeby tej wypowiedzi nazwijmy go artystycznym, były takie, że jest to kino poważne, ciężkie, wymagające dużego skupienia, na które nie zawsze mam ochotę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmy europejskie pretendujące do bycia czymś więcej niż tylko rozrywką kierują się tymi samymi zasadami co kino, które dotąd oglądałem w kinie. Nadal chodzi o zainteresowanie widza i wciągnięcie go jak najgłębiej w przedstawianą opowieść. Tylko, że zamiast ograniczyć się tylko do tego, zamiast poprzestać na tym czysto emocjonalnym zaangażowaniu chodzi o powiedzenie o czymś ważnym czymś co ma znaczenie... albo zupełnie nie i wtedy robi się film o szukaniu halucynogennych grzybków w sercu dżungli ("Chore ptaki umierają łatwo").


Ciekawie obserwuje się też analogie występujące między multipleksami, a kinami studyjnymi, art house'owymi. I tu i tam pojawia się coś w rodzaju blockbusterów (chyba już o tym pisałem, ale jest to taki kasowy hit, nazwa od bomby, która rozwalała cały blok mieszkalny). W multipleksach są to blockbustery właściwe, czyli dzisiaj byłoby to kolejna odsłona przygód Avengersów albo trzeci Hobbit (ech). W kinach studyjnych będzie to pewnie nowy Woody Allen (powód, dla którego sieciówki też puszczają jego filmy - od kilku lat generuje zyski), ale też np. jakiś "Klub Jimmy'ego" a być może "Lewiatan". W obu przypadkach są to filmy, które mają zarobić więcej (bo nie oszukujmy się, kasa jest ważna nawet jeśli mówimy o sztuce), ale zmienia się ich wydźwięk. W kinie masowym będzie to mieszanina gatunkowa, pewnie z dobrymi efektami specjalnymi, mająca zadowolić możliwie dużo ludzi. W drugim przypadku? Kino ambitne mniejszego kalibru, bliższe człowiekowi i lepsze warsztatowo, (no właśnie taki "Lewiatan").


Jest coś odświeżającego w tego rodzaju kinie. Całe życie oglądałem w zasadzie kino amerykańskie, a przynajmniej silnie bazujące na amerykańskich wzorcach. W pewnym momencie przestało to na mnie robić wrażenie, wszędzie widziałem schematy, marne próby bycia czymś więcej, ale kino masowe nie może być czymś więcej właśnie dlatego, że jest masowe. Dlatego trudno mi uwierzyć w "genialność" Interstellar Nolana. Jasne, facet jest świetnym rzemieślnikiem, ma mnóstwo dobrych pomysłów i potrafi wciągnąć widza, ale nie oszukujmy się, ktokolwiek twierdzi, że "Incepcja" jest filmem, który trzeba zrozumieć wywołuje u mnie uśmiech. To film, który można przeanalizować, żeby "odkryć" sens ostatniej sceny... ale mnie np. nie chciało się tego robić. Nie czułem takiej potrzeby. Dobrze się bawiłem, w kinie byłem dwa razy, efekt dźwiękowy ("BUAAAAAAAAAH") dźwięczał mi w głowie przez długi czas, ale nie było się nad czym zastanawiać. Nawet jego "Memento" bazujące bardziej na scenariuszu i pomysłach realizacyjnych jest bardziej rozrywkowe niż... niż nic, jest po prostu bardzo dobrą rozrywką. Czasy "Blade Runnera" odeszły i nie powrócą. Sam "Łowca Androidów", któremu udaje się jakoś łączyć refleksyjną historię z wciągającą opowieścią w czasie swojej premiery poniósł klęskę. Duncan Jones nakręcił mądre "Moon". Nie jest to raczej film, o którym wiele osób wie. Zrobił też akcyjny "Kod Nieśmiertelności". Coś świta? No właśnie.


Nie widziałem "Interstellar" i nie chcę go skreślać, ale Nolan to nie Kubrick. A im więcej osób twierdzi, że film jest "genialny" czy że to "arcydzieło" tym bardziej sądzę, że sytuacja jest zgoła przeciwna. Nie dlatego, że automatycznie ustawiam się w kontrze. Dlatego, że ludzie są tacy jak to określił Dem "przyzwyczajeni do akcyjniaków, będą myśleli, że zobaczyli coś mądrego".

This is who we are. This is where we live

~ Nick Cave - "20 000 dni na ziemi"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz