sobota, 1 listopada 2014

Czego pragnę, czyli stany, które osiągam w pracy

Jakiś czas temu stwierdziłem, że dosyć mam już swej bezczynności i udawania, że buduję swoją przyszłość przez pisanie na laptopie, podczas gdy w rzeczywistości przeglądałem profile znajomych na Facebooku. Rzeczą, której mi brakowało była praca. Może to zabrzmi dziwnie, ale uważam, że praca daje poczucie jakiegoś sensu, nawet jeśli jest to praca bez perspektyw. Idziesz gdzieś na kilka godzin, coś tam robisz, albo nie, zarabiasz pieniądze. Czy jestem idealnym przykładem współczesnego kapitalistycznego społeczeństwa, które w pieniądzu widzi cel, a nie środek? Ostatnio zacząłem sobie przeliczać wartości różnych rzeczy na czas, jaki trzeba poświęcić, żeby zapracować na ich równowartość. Zjadam ciastko... jakieś 20 minut pracy. Kupuję sobie droższe piwo... godzina, może więcej. Z jednej strony to piwo będę sączył przez kolejną godzinę z kawałkiem, z drugiej... czy warto?

Siedząc w kinie w roli biletera miałem okazję wejść na dwa, dość specyficzne seanse. Pierwszym była wczorajsza "Huba" drugim dzisiejsze "20 000 dni na Ziemi". Na pierwszy rzut oka to dwa różne filmy. Jeden polski, drugi brytyjski. Jeden w prawie dokumentalny (choć fabularyzowany) sposób śledzi życie dwójki bardzo przeciętnych ludzi, drugi skupia się na specyficznym, bo jubileuszowym dniu z życia gwiazdy światowego formatu. To co łączy oba obrazy to specyficzna atmosfera, pewnego rodzaju przykład przeżycia transcendentnego, gdzie granice mojej refleksji nie kończą się na ekranie kinowym, ale wręcz mają swój początek dopiero poza całą filmowo-kinową materialnością. "Huba" jest filmem niemalże niemym. Moje myśli jakby w naturalnym odruchu wykorzystywały ten stan, by "mówić" wewnątrz mojej głowy. Momentami łapałem się na tym, przekonując się, że to tylko forma, którą twórcy wybrali sobie, żeby o czymś opowiedzieć i raczej nie kręcili tego filmu po to, żeby był jedynie tłem dla moich dryfów. Choć próbowałem się kontrolować, "Huba" była filmem-tłem, który leciał sobie, gdy ja snułem refleksje na tematy mnogie. Nie były to refleksje ważne i w tym momencie nie jestem w stanie przypomnieć sobie czego dotyczyły. Uczucie swobody snucia było jednak przyjemne.

Dzisiaj podobnie miałem oglądając poczynania Nicka Cave'a. Tu sytuacja była z goła inna, bo specyfika artysty i jego sposób narracji skłaniały wręcz do tego by odpłynąć i zastanowić się nad własnym życiem. Nie wiem jak wy, ale ja doświadczam niekiedy uczucia pędu myśli, których nie jestem w stanie nazwać, jednak wiem, że dotyczą spraw głębokich i ważnych. Osiągam wtedy pewien spokój. To tak jakby to kim jestem, "stawało się" wcale nie w momentach, w których świadomie o czymś myślę, ale w tym, w których myśli płyną i formują się gdzieś poza zasięgiem mojej świadomości. To trochę jak z pisaniem na blogu właśnie. Powodem, dla którego kiedyś przestałem prowadzić bloga było wyczerpanie tematów. Pisanie było porządkowaniem myśli, które wyrażane zostawały w postaci tekstów, do których nie musiałem wracać, gdyż myśli zostały nazwane i zarchiwizowane - sprawa zamknięta. Potem długi czas układałem sobie wszystko w głowie sam i nie czułem potrzeby dzielenia się tymi myślami. W momencie nazwania myśli, sprawa była zamknięta i przelewanie ich na słowa nie miało już sensu.

W tym momencie mam potrzebę uchwycenia tych nienazwanych refleksji. Wykroczyłem poza stan, w którym wszystko jest uporządkowane i muszę się teraz wypisać, żeby do niego wrócić. Choć mam wrażenie niedopowiedzenia, ten stał został chyba osiągnięty. To tyle na dzisiaj. Dziękuje za uwagę i dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz