sobota, 24 stycznia 2015

Oscary, czyli po co te nagrody?

Jest mi źle z powodu opuszczenia zeszłotygodniowego wpisu. Mea culpa. Postanawiam poprawę, a że zbliża się sesja, więc warunki do robienia innych niż uczenie się rzeczy, nie mogą być lepsze.

Dziś chciałbym poświęcić chwilę na zbliżające się wielkimi krokami 87. rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Żeby lepiej wczuć się w klimat gali, warto uzmysłowić sobie kto jest odpowiedzialny za werdykty. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego filmy, o których w momencie premiery wiadomo, że odcisną piętno na społeczeństwie zostają pominięte w nominacjach? Albo dlaczego wygrywa dobry, ale tylko dobry film, podczas gdy nominowane są także obrazy wybitne? Możemy to wszystko zrzucić na subiektywizm opinii, chociaż w sumie nie powinniśmy, bo członków akademii są tysiące i wszyscy mogą głosować, powinien więc wygrać obiektywnie najlepszy film... i w zasadzie tak bywa.

Wikipedia donosi, że według badań z 2012 roku przeprowadzonych na grupie 5 tysięcy członków, Akademia to:

"w 94% biali, 77% mężczyźni, 14% ma poniżej 50 lat, a średnia wieku to 62 lata. 33% jej członków to byli zwycięzcy lub nominowani do Oscara"

Czy ktoś nadal uważa, że brak czarnych aktorów w nominacjach, to kwestia grania w "słabych" filmach? Jakoś bliżej mi tym razem do opinii Spike'a Lee, który stwierdził, że jeśli ktoś uważa, że przyznaniem nagrody czarnoskórym aktorom i aktorkom raz na 10 lat załatwi sprawę to jest w błędzie. Istotny głos, zważywszy na to, że na forach internetowych właśnie przypadek zeszłoroczny, gdy wygrał "Zniewolony" oraz Lupita Nyong'o (aktorka drugoplanowa), a nominowany był jeszcze Chiwetel Ejiofor (za aktora pierwszoplanowego), stanowi argument na to, że wszystko jest w porządku, a czarnoskórzy nie są dyskryminowani. Za to najbardziej bawi mnie właśnie argument jakościowy, tzn. aktorzy czarnoskórzy nie są nominowani, bo grali w słabych filmach. Hm... od kiedy Oscar stanowi wyznacznik jakości? Bo według mnie, a nie jestem też osamotniony w tej opinii, od dawna jest nagrodą mocno osadzoną w kontekstach ideologiczno-polityczno-marketingowych. Hej, Harvey Weinstein zdobył Oskara dla swojego filmu, bo wysłał jego kopię każdemu członkowi Akademii. Nie są to jakieś drobniaki, ale dzięki rozgłosowi i właśnie utożsamianiu Oscara z jakimś wyznacznikiem jakości zwróciło mu się pewnie tysiąckrotnie. 

Macie gdzieś w pamięci powracającą co jakiś czas dyskusję o tym, że kobiety w Hollywood nie mają lekko? Hej, może te 77% mężczyzn jakoś to tłumaczy? Bo czego to jest znak. Przecież nie tylko tego, że werdykt podejmują głównie faceci. Świadczy to też o tym, że w biznesie filmowym faceci mają znaczącą przewagę, która daje im władze. Nie oszukujmy się, tak jest. Wiecie, że tylko cztery kobiety były nominowane za najlepszą reżyserię? A tylko jedna wygrała. Trochę zgrzyt nie sądzicie?

Więc jak według mnie będą wyglądały wyniki tegorocznego rozdania. Cóż... 

Spośród nominowanych, najlepszych filmów widziałem raptem połowę i jest to też ta połowa, wśród której nie spodziewałbym się wygranej. Dlaczego? Patrząc na poprzednie lata wygrywają raczej produkcje o tematyce wojennej bądź silnie ideologicznej. Spodziewałbym się więc zwycięstwa "Snajpera", albo "Gry tajemnic", bo nie sądzę, żeby film o ludności afroamerykańskiej mógł wygrać drugi rok z rzędu... nie... to by była przesada.

Z kolei jeśli chodzi o najlepszy film nieanglojęzyczny to:
Dzikie historie - zbyt niepoważne (chociaż dotykają problemów, których doświadczają wszyscy ludzie na caaaałej Ziemi)
Ida - kameralny, humanistyczny, ale właśnie... za mało ideologii (chociaż ostatnio środowiska burzą się, że to "antypolski" film... ok)
Mandarynki - absolutnie magiczny, ale opowiada o konflikcie w miejscu, które niewiele osób potrafiłoby wskazać na mapie, nie sądzę
Timbuktu - ???
Lewiatan - no to jest monumentalne dzieło, na jakie czekaliśmy! I do tego z Rosji! I to jeszcze z tą silną, antyputinowską wymową! To jest dzieło warte Oscara, pokażmy twórcom, że ich popieramy. (poważnie, jeśli Akademicy przyznają nagrodę Lewiatanowi, to będzie to chyba najgłupsza decyzja jaką mogliby podjąć, sam fakt tego, że film o takiej wymowie powstał jest już podejrzany, a gdyby jeszcze wygrał amerykańską nagrodę... Rosjanie na pewno by się uśmiali)

Przykre jest nie to, że Oscary nic nie znaczą i o niczym nie świadczą, ale to, że dużo osób wciąż uważa, że filmy oscarowe muszą być dobre. Oglądałem ostatnio "Foxcatchera" i chociaż jakoś do mnie trafił, to była to produkcja "skrojona pod Oscary". Sam fakt istnienia takiego określenia, które na pewno słyszeliście, świadczy o tym, że wystarczy spełnić kilka warunków, żeby dostać nominację czy nawet wygrać. Innowacyjności czy odwagi w formie i treści nie ma na liście.

I po raz kolejny czekać będziemy na wyniki, by po raz kolejny na część pokręcić nosem, kilkoma się zdziwić, a jeszcze innymi załamać. A potem minie rok i wszyscy będziemy potrzebować chwili, żeby przypomnieć sobie "co też w zeszłym roku wygrało?", chociaż świetnie pamiętać będziemy filmy, które zostały pominięte.

Smuteczek.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz