Co jakiś czas w polskim
kinie pojawia się film odbiegający od standardów. Mieliśmy "Disco
Polo", którzy jedni uznali za przykład postmodernistycznej gry
z widzem inni zaś za szczyt kiczu, mieliśmy "Hiszpankę",
która podzieliła widownię, ale głównie ją zawiodła. Mamy
wreszcie "Córki dancingu" i już na wstępie trzeba
zaznaczyć, że jest to film sprzeczny. Z jednej strony punktem
wyjściowym jest nietuzinkowy pomysł o genealogii fantastycznej. Z
drugiej idea ta puszczona zostaje samopas, jakby twórcy liczyli, że
to wystarczy, żeby udźwignąć półtoragodzinną produkcję.
Zadanie skomplikowane zostało dodatkowo niezdecydowaniem twórców
co do klimatu, w jakim utrzymany powinien być film. Przyglądamy się
zatem nocnemu życiu peerelowskiej Warszawy, trochę kiczowatemu, słodko-landrynkowemu, ale co jakiś czas przełamywane jest
to scenami rodem z horroru: krew się leje, trup się ściele, a
potwory wychodzą na ulice.
Bohaterkami filmu
Agnieszki Smoczyńskiej są dwie syreny Złota (Michalina Olszańska)
i Srebrna (Marta Mazurek). Nie ma w tym żadnej metafory, dziewczyny
jeśli akurat mają nogi, to wyglądają jak lalki barbie, zaś po
pochlapaniu wodą dolne kończyny transformują się w rybie ogony,
na których pojawiają się też organy rozrodcze. Znalezione na
plaży przez zespół Figi i Daktyle w składzie Kinga Preis na
wokalu, Jakub Gierszał na basie i Andrzej Konopka na bębnach, stają
się atrakcją nocnego klubu, w którym robią chórki i striptizy.
Pojawia się wątek zachowywania własnej, "potwornej"
tożsamości, któremu przeciwstawiany jest drugi, typowo miłosny.
Największym zarzutem
wobec filmu Smoczyńskiej jest chyba jego niewykorzystany potencjał.
Twórcom udało się zebrać na planie naprawdę wysokiej klasy
aktorki. Na ekranie pojawiają się Magdalena Cielecka, Katarzyna
Herman czy Roma Gąsiorowska... i znikają po chwili. Utalentowane
panie zostają wykorzystane w zasadzie tylko po to, żeby pobujać
się w rytm muzyki w drugiej scenie, ewentualnie zrobić jeden
striptiz (Cielecka) czy przeprowadzić jeden, dłuższy dialog
(Herman). Niewykorzystany zostaje też potencjał tkwiący w pomyśle.
Fakt, że mamy do czynienia z syrenami, postaciami ze świata
fantastyki, zostaje w zasadzie kompletnie zignorowany. Nikt się temu
nie dziwi, wszyscy zachowują się jakby co tydzień w klubie gwiazdą
była inna istota z mitologii, a same zainteresowane wplątane
zostają w dosyć zwyczajne problemy natury miłosnej.
W "Córkach
dancingu" widać niezdecydowanie. To z jednej strony film
muzyczny, w którym piosenki stanowią istotną część narracji, a
klimat opowieści przez większość czasu jest raczej przyjazny, z
drugiej, od czasu do czasu w syrenach budzą się mordercze zapędy,
których realizacje są pokazywane w dosyć naturalistyczny sposób.
Rodzi się tu opozycja filmu lekkiego i cukierkowego wobec mrocznej,
brutalnej opowieści. Ten konflikt widać w samym świecie
przedstawionym, w pewnym momencie jedna z bohaterek trafia bowiem do
makabrycznej wariacji na temat nocnego klubu, w którym występuje na
co dzień, a w którym śpiewający Tryton noszący blizny po
wyrwanych rogach, idealnie pasuje do klimatu miejsca.
Film Smoczyńskiej
reklamowany jest gwiazdorską obsadą, klimatem jak w "Disco
Polo" i obietnicą dobrej zabawy. Tymczasem pod tą warstwą,
która faktycznie jest obecna (z pewnymi zastrzeżeniami) kryje się
równorzędna, skrajnie różna, ale zdecydowanie bardziej ryzykowna
i przez to mniej atrakcyjna marketingowo. Szkoda, że twórcy nie
zdecydowali się na jeden kierunek, zamiast próbować dosyć
karkołomnego połączenia, które ostatecznie się nie udało. Być
może wtedy otrzymalibyśmy spójny, świeży film, zamiast obrazu,
którym niektórzy mogą się poczuć oszukani, czy nawet zniechęceni
do dawania szansy polskim produkcjom. Ostatecznie "Córki...
miały ciekawy punkt wyjścia, tylko że wyszło jak zwykle.
miały ciekawy punkt wyjścia, tylko że wyszło jak zwykle.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz