Oscary za pasem, a w moim kinie wyświetlane były zestawy oscarowych filmów krótkometrażowych. Szorty to kategoria, która chyba nie cieszy się dużą popularnością, głównie z uwagi na to, że jest trudniej dostępna. Te kilka tytułów, które przewija się przez inne kategorie zwykle pojawia się w naszych kinach w okołooscarowych terminach (w tym roku wyjątkiem jest "Mad Max", który premierę miał w wakacje), krótkometrażówki, w ogóle rzadko dystrybuowane są kinowo i znaleźć je można raczej na specjalnie im poświęconych festiwalach lub ewentualnie jako dodatki przed pokazami filmów długometrażowych (w Polsce zdarza się to co najmniej jednemu dystrybutorowi). Ale do rzeczy!
W tym roku nominowanych jest pięć szortów aktorskich i pięć animacji. Zacznijmy może od tych aktorskich... są słabe.
Na pięć filmów, które widziałem szczerze mogę napisać, że podobał mi się jeden. I to "podobał się" nie należy też do szczególnie entuzjastycznych. Film był w miarę spójny i bawił, kiedy miał bawić. Szortem tym było trwające 15 minut "Ave Maria", więc po pierwsze miało przystępny metraż (na krótkometrażówkę 15 minut, to taki czas, w którym nie zdążycie się specjalnie zmęczyć jeśli jest źle, a jeśli jest dobrze, to 15 minut wystarczy, żeby się nacieszyć... to takie 1,5 godziny przy pełnym metrażu ;) ), a po drugie celowało w rozbawienie widza, co jest sztuką trudną, ale opłacalną, jeśli się to umiejętnie zrobi. "Ave Maria" to historia żydowskiej rodziny, która rozbija samochód o figurę Maryi. Pomocy udzielają im siostry zakonne, które złożyły śluby milczenia. Humor opiera się na kulturowych kliszach. Zaczyna się szabat, więc głowa rodziny nie może obsługiwać telefonu, przyjmować jedzenia z niekoszernej kuchni, itp. Krótkie, zabawne, dynamiczne, trochę nie spuentowane, ale nic tu szczególnie nie razi... i to jest mój oscarowy faworyt :D
Filmem, który mi się raczej nie podobał, ale pewnie wygra (nie wiem skąd to przypuszczenie) jest "Day One" produkcji amerykańskiej, który trwa 25 minut i opowiada o tłumaczce, wysłanej by dołączyła do oddziału żołnierzy, mających odnaleźć dom człowieka odpowiedzialnego za kilka zamachów bombowych. Film pokazuje dramat wojny w perspektywie mikro, skupia się bowiem na sytuacji kilku osób: małej dziewczynki-sieroty, żony bombowca, bombowca i tłumaczki nie gotowej na grozę wojny. Główne napięcie i oś fabularna skupia się w sytuacji porodu. Żona wytwórcy bomb zaczyna rodzić, a poród ma odebrać tłumaczka... i jest to moment, w którym film zaczyna bardzo szeleścić papierem. Na miejscu obecny jest bowiem lekarz, dowódca oddziału, mąż i tłumaczka, jednak to ją, ze względu na bycie kobietą, czyni się odpowiedzialną. Rozumiem kulturową "inność" (lekarz nie może bowiem dzielić pomieszczenia z rodzą i oglądać jej części intymnych, gdyż byłoby to złe dla ich rodzin), niezwykłość i dramatyczność sytuacji wymusiły by jednak pewne niezwykłe zachowania. Również następujące zwroty akcji, wydają się bardzo sztuczne. Kino nigdy nie stało realizmem, jednak naciągane scenariusze, to też nie jest droga do celu.
Równie niewiarygodny był dla mnie film "Stutterer", którego głównym bohaterem jest dwudziestokilkuletni, tytułowy jąkała. Człowiek bardzo introwertyczny, którego niemożność komunikacji zmusza do prowadzenia wewnętrznych monologów. Pół roku spędza czatując na Facebooku z poznaną w internecie dziewczyną, a gdy ta proponuje spotkanie nie wie co zrobić.
1. Nie wierzę w to, że dwudziestokilkuletni człowiek jąka się do tego stopnia, że nie może się komunikować i nie wymyślił do tej pory sposobu na poradzenie sobie z tym (w filmie widzimy jak uczy się języka migowego, ale z tego co zrozumiałem DOPIERO ZACZYNA)
2. Nie wierzę w to, że przez pół roku znajomości w internetach ani razu nie padł temat jego jąkania, zwłaszcza że [SPOILER] dziewczyna okazuje się być głuchoniema. Jak ona wyobrażała sobie spotkanie? Że będą pisać do siebie na komórkach siedząc na przeciwko? Fakt, że jąkała zna migowy wydaje się tu być nieprawdopodobnie fortunnym zbiegiem okoliczności.
3. Przez ten finałowy zwrot akcji ostatecznie bohater pozostaje tym nie radzącym sobie z życiem człowiekiem, którym był dotąd i wygląda na to, że popadnie głębiej w swój introwertyzm, dzięki spotkaniu kogoś kto może dzielić pewne jego problemy. Czyli nie pokonuje problemu, tylko jeszcze bardziej go przytula.
Absolutnie najgorszym filmem z nominowanych jest niemieckie "Wszystko będzie dobrze", oto lista wad:
1. Film trwa 30 minut.
2. Jest łopatologiczny od pierwszej sceny, w którym fakt, że przyjeżdżający po dziewczynkę mężczyzna jest rozwiedziony ze swoją żoną, musi zostać podkreślony przez pojawienie się jej ojczyma, który dodatkowo akcentuje swoje jestestwo przez pukanie w szybę i żegnanie się z dziewczynką (a wystarcza samo to, że kobieta szykując przy nim córkę, w ogóle na niego nie patrzy).
3. Ojciec jest psychopatą, który myśli bardzo krótkodystansowo, a jego relacja z córką jest dosyć dziwna.
4. Wszyscy zachowują się głupio. Począwszy od córki, która nie działa, kiedy ma okazję i wie, że powinna, a skończywszy na policjantach, których interwencja ogranicza się do powtarzania "Liczę do trzech...". Człowiek od razu czuje się bezpieczniej.
Całkiem niezła była koprodukcja Brytyjsko-Kosowska "Shok", w której konflikt Serbsko-Albański zostaje pokazany z perspektywy dwóch, młodych chłopców. Młodzi aktorzy dali radę, film nie nudzi, jest kilka zgrzytów, ale nie przeszkadza to w ostatecznym odbiorze i w zasadzie tyle można o nim powiedzieć. Próbuje być angażujący emocjonalnie, jednak wychodzi to średnio.
Podsumowując wszystkie filmy... niewiele straciliście. Za to co się działo w krótkometrażowych animacjach... dowiecie się jutro :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz