Po jakże ambitnej majówce, podczas której nie zrobiłem nic poza przeczytaniem trzeciej części Millenium, nadszedł czas na bezproduktywny tydzień pomajówkowy. W ciągu tego tygodnia zdążyłem już:
1. Nie dodać nowego postu w poniedziałek.
2. Opuścić zajęcia we wtorek, sesjo, my idący na śmierć, pozdrawiamy cię.
3. Nie napisać dwóch recenzji, dotyczących filmów, z których co prawda jeden wchodzi na ekrany dopiero w piątek (ale fajnie byłoby być pierwszym użytkownikiem Filmwebu, który o tym powie), a drugi zaraz z nich zejdzie.
4. Olać pół tygodnia czytania mimo tego, że teoretycznie biorę udział w projekcie 52 książki w rok... wow, mam jedną, z którą troszeczkę oszukałem.
Jest dobrze.
Ostatnio, w związku z premierą drugiej części Spider-Mana powróciłem do animowanego serialu o nim, który leciał dawno temu na Fox Kids (później Jetix, a później byłem już za stary, żeby oglądać te kanały). Taki powroty są zwykle bardzo ryzykowne. Kiedyś próbowałem obejrzeć "Batman The Animated Series", które bardzo miło wspominałem z czasów dzieciństwa. Zaopatrzyłem się więc we wszystkie sezony tej serii, a także "Batman Beyond/of the Future". Poległem. Sromotnie, pierwszy odcinek (z Jokerem!) mnie wynudził, kolejne dwa tylko bardziej zniechęciły. Na szczęście Batman Beyond wciąż dało się oglądać, co może mieć pewien związek z tym, że jako dzieciak trochę się tej serii bałem.
Wracając do Spider-Mana... Jest strasznie. Moja cała wiedza o uniwersum człowieka pająka opiera się w zasadzie na tym serialu i chociaż pamiętałem, że Spider-Man lubił do siebie gadać, to nie pamiętałem, że jego monologi wewnętrzne był tak... naiwne? Nie wynikające z kontekstu? Oglądając ten serial widać, że jest on tak bardzo z lat 90. Kto normalny walcząc z Jaszczurem, prowadzi w głowie wywód o tym, że nie może kogoś skrzywdzić, bo jest o przyjaciel i blablabla. Jasne, pewnie myśli się o takich rzeczach, ale nie w postaci ciągu zdań wielokrotnie złożonych.
Jest coś takiego co określić można "syndromem lat 90", a co objawia się przesadnym wyjaśnianiem kwestii. O ile filmy z lat 90. są charakterystyczne, ale wciąż stanowią dobrą rozrywkę (żeby to sprawdzić, aż przejrzałem pobieżnie swoje oceny filmów z tego okresu) o tyle animacje z tego okresu, well... już nie bardzo. To dosyć charakterystyczne, bo warto zauważyć, że z kolei adaptacje filmowe opowieści o superbohaterach, które powstawały na początku XXI wieku są trochę zagubione w poszukiwaniu własnej tożsamości. Ten sam syndrom lat 90., który dzisiaj przeszkadza nam w oglądaniu ulubionych animowanych seriali z dzieciństwa, jako "syndrom kina przełomu" irytuje nas w filmach powstałych po roku dwutysięcznym. Pozostając w wątku Spider-Menowym, reboot serii podoba mi się dlatego, że jest jakiś, podczas gdy wersje, w których grał Tobey Maguire były nijakie. Z drugiej strony dawno tej trylogii nie oglądałem i może to być tylko moje złe wspomnienie. Nie sądzę, ale i tak do konfrontacji dojść musi.
Czy jest jakaś puenta, która wiązałaby te moje wywody? Chyba jest i brzmi pewnie ona jakoś tak: uczcie się na moich błędach, lepsze są miłe wspomnienia niż brak zaufania do swoich ocen sprzed kilku lat. I trzymajcie się z dala od Pokemonów.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz