środa, 7 maja 2014

Trochę bardziej osobiście, czyli gdzie byłem, kiedy mnie nie było?

Po jakże ambitnej majówce, podczas której nie zrobiłem nic poza przeczytaniem trzeciej części Millenium, nadszedł czas na bezproduktywny tydzień pomajówkowy. W ciągu tego tygodnia zdążyłem już:

1. Nie dodać nowego postu w poniedziałek.

2. Opuścić zajęcia we wtorek, sesjo, my idący na śmierć, pozdrawiamy cię.

3. Nie napisać dwóch recenzji, dotyczących filmów, z których co prawda jeden wchodzi na ekrany dopiero w piątek (ale fajnie byłoby być pierwszym użytkownikiem Filmwebu, który o tym powie), a drugi zaraz z nich zejdzie.

4. Olać pół tygodnia czytania mimo tego, że teoretycznie biorę udział w projekcie 52 książki w rok... wow, mam jedną, z którą troszeczkę oszukałem.

Jest dobrze.


Ostatnio, w związku z premierą drugiej części Spider-Mana powróciłem do animowanego serialu o nim, który leciał dawno temu na Fox Kids (później Jetix, a później byłem już za stary, żeby oglądać te kanały). Taki powroty są zwykle bardzo ryzykowne. Kiedyś próbowałem obejrzeć "Batman The Animated Series", które bardzo miło wspominałem z czasów dzieciństwa. Zaopatrzyłem się więc we wszystkie sezony tej serii, a także "Batman Beyond/of the Future". Poległem. Sromotnie, pierwszy odcinek (z Jokerem!) mnie wynudził, kolejne dwa tylko bardziej zniechęciły. Na szczęście Batman Beyond wciąż dało się oglądać, co może mieć pewien związek z tym, że jako dzieciak trochę się tej serii bałem.

Wracając do Spider-Mana... Jest strasznie. Moja cała wiedza o uniwersum człowieka pająka opiera się w zasadzie na tym serialu i chociaż pamiętałem, że Spider-Man lubił do siebie gadać, to nie pamiętałem, że jego monologi wewnętrzne był tak... naiwne? Nie wynikające z kontekstu? Oglądając ten serial widać, że jest on tak bardzo z lat 90. Kto normalny walcząc z Jaszczurem, prowadzi w głowie wywód o tym, że nie może kogoś skrzywdzić, bo jest o przyjaciel i blablabla. Jasne, pewnie myśli się o takich rzeczach, ale nie w postaci ciągu zdań wielokrotnie złożonych.


Jest coś takiego co określić można "syndromem lat 90", a co objawia się przesadnym wyjaśnianiem kwestii. O ile filmy z lat 90. są charakterystyczne, ale wciąż stanowią dobrą rozrywkę (żeby to sprawdzić, aż przejrzałem pobieżnie swoje oceny filmów z tego okresu) o tyle animacje z tego okresu, well... już nie bardzo. To dosyć charakterystyczne, bo warto zauważyć, że z kolei adaptacje filmowe opowieści o superbohaterach, które powstawały na początku XXI wieku są trochę zagubione w poszukiwaniu własnej tożsamości. Ten sam syndrom lat 90., który dzisiaj przeszkadza nam w oglądaniu ulubionych animowanych seriali z dzieciństwa, jako "syndrom kina przełomu" irytuje nas w filmach powstałych po roku dwutysięcznym. Pozostając w wątku Spider-Menowym, reboot serii podoba mi się dlatego, że jest jakiś, podczas gdy wersje, w których grał Tobey Maguire były nijakie. Z drugiej strony dawno tej trylogii nie oglądałem i może to być tylko moje złe wspomnienie. Nie sądzę, ale i tak do konfrontacji dojść musi.

Czy jest jakaś puenta, która wiązałaby te moje wywody? Chyba jest i brzmi pewnie ona jakoś tak: uczcie się na moich błędach, lepsze są miłe wspomnienia niż brak zaufania do swoich ocen sprzed kilku lat. I trzymajcie się z dala od Pokemonów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz