Wróciłem właśnie z seansu "Niesamowitego Spider-Mana 2" i muszę stwierdzić, że spodziewałem się czegoś lepszego. Nie mówię, że film był zły, bo byłaby to nieprawda. To rozrywka na przyzwoitym poziomie, z tym, że rozrywka, w której czegoś brakuje. Może to problem wszystkich części drugich, ale mam wrażenie, że co raz częściej są one traktowane jako coś co musi powstać, zarobić pieniądze i otworzyć furtkę części trzeciej, która to będzie zakończeniem jakiejś trylogii, może początkiem spin-offów, ale generalnie będzie tak niesamowita, że pozamiata i zamknie usta malkontentom. Stąd też, najczęściej, drugie części to takie pomosty, w których wszystkiego jest więcej, ale które wypchane efektami i wątkami tracą to, co czyni film wartym zapamiętania, czyli charakter. I choć myślę, że nie jest to do końca problem Spider-Mana, to sądzę, że byłby to lepszy film, gdyby zrezygnować z mnogości przeciwników i ścieżek narracji, a zamiast tego skupić się na zgrabnym utkaniu tej jednej, która jest w nim główną osią fabularną.
Jeśli chodzi o samo "tkanie", to od pewnego czasu, prawdopodobnie od kiedy zacząłem pisać recenzje, jest ono dla mnie źródłem licznych utrudnień. O co chodzi? Żyjemy w czasach, w których trudno jest mówić o oryginalności, a uznanie zdobywają twórcy, którzy potrafią tak poukładać znane elementy, żeby powstała w ten sposób budowla dawała poczucie pewnej świeżości. Stąd chociażby sukces Quentina Tarantino czy Wesa Andersona. Temu drugiemu poświęcę chyba zresztą osobny wpis, więc nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Wracając do tematu. Oglądając wysokobudżetowe produkcje, zwłaszcza dzisiaj, gdy zdarza się, że filmy te są tylko kolejnymi odcinkami, jakiegoś kinowego "serialu" (jak to ma miejsce chociażby w przypadku produkcji Marvela), często przymyka się oko na jakość, dążąc do zwiększenia ilości. I mimo tego, że rzadko dostajemy filmowe nieporozumienia występujące pod znanym tytułem, to sytuacje, w których otrzymujemy pozycję przeciętną są już całkiem częste. To trochę tak jak z kolejnymi filmami Luca Bessona. W ciągu ostatnich dziesięciu lat powstało ponad dwadzieścia filmów, na podstawie jego scenariuszy. Przy takich ilościach, niemożliwością jest, by wszystkie pomysły były oryginalne. I faktycznie, miałem okazje obejrzeć kilka z tych produkcji i za każdym razem były to typowe dla gatunku fabułki, w których to najczęściej autor dążył do tworzenia kolejnych pretekstów dla bójek i strzelanin, bo w nich liczy się efektowność, a nie to czy są przemyślane czy nie. A my, biedni widzowie, chodzimy do kin, wydając pieniądze, na oglądanie nowych odsłon, tych samych historii.
Mam świadomość, że filmy odwołują się do siebie nawzajem i często korzystają z tych samych, sprawdzonych rozwiązań. Czasem jest to zaleta, a ja osobiście czerpię dużą radość z wyszukiwania cytatów czy odniesień (dlatego tak mi się podobała "LEGO: Przygoda"). Jednak gdy oglądając film, widzę, że twórcy równocześnie mrugają okiem do widzów, czy zwracają uwagę na "sztampowość" jakiejś czynności (chociażby przez wypowiedzi bohaterów), a chwilę potem sami tej sztampy używają, żeby pchnąć dalej swoją opowieść, to jest to trochę tak, jakby było się na spacerze, z kimś kto się nam podoba, mając w bucie kamyk. Nie wyciągniemy kamyka, bo możemy przeżyć dyskomfort, ceniąc bardziej mile spędzane chwile, ale idealnie byłoby, gdyby miłe chwile obywały się bez obecności kamyka. Tylko że pozbywanie się kamyków, to wbrew pozorom, wyższa szkoła jazdy. Dlatego jesteśmy w stanie wybaczyć twórcom pewne skróty, a jednocześnie tak nas cieszą sytuacje, gdy nic nas w butach nie uwiera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz