Dawno nic nie pisałem (i nie chodzi tylko o bloga), ale jako, że powoli wracam do życia po tygodniu pracy w kinie (tydzień bez oglądania filmów... co za ból), to i tutaj skrobnąć coś mogę. Tematów jest kilka, ale sprowokowany w pewien sposób przez mojego kolegę Patryka na tapetę biorę plakaty filmowe... dosłownie... prawie.
Jakiś czas temu zaczęły mnie męczyć blockbustery (dla tych, którzy nie wiedzą, chodzi o produkcje dla mas, nastawione na ogromne zyski, nazwa wzięła się od porównania rozbicia kas biletowych [metaforycznie] do wielkich bomb, które bodajże podczas II wojny światowej niszczyły całe bloki mieszkalne [dosłownie]. Mogliście się tego dowiedzieć z wikipedii, ale hej:
Wracając do tematu: jako że swego czasu pracowałem w multipleksie i mogłem sobie chodzić na grane tam filmy naoglądałem się dużo kina masowego. Dla moich zainteresowań fajna sprawa, piszę się o tym łatwo, bo znakomita większość tych produkcji podpada pod pewien schemat i to nie tylko fabularny. Pewnie zdążyliście zauważyć, że plakaty filmowe również rządzą się swoimi prawami. Białe tło i całe sylwetki bohaterów - najprawdopodobniej komedia romantyczna. Podejrzliwe spojrzenia i ktoś trzyma broń - kino akcji. Piramida z bohaterów - no i tu dochodzimy do sedna. Najłatwiej zauważyć to przy produkcjach o superbohaterach, ale to nie one były pierwsze. Czasami patrząc na plakaty wielkich produkcji mam wrażenie, że w zasadzie znam zasadę ich tworzenia na tyle, że sam mógłbym zrobić taki filmowy plakat... nie kręcę jednak filmów, więc nie ma czemu robić. W każdym razie, na ścianie w pokoju, w którym mieszkam wisi plakat "Thor: Mroczny Świat" i jest to jedyny plakat, co do którego prawa bytu nie jestem całkowicie przekonany. Jasne, jest ładna Natalie Portman, a Thor trzy ma fajny młotek, ale ani film nie był jakiś super plakat nie jest jakiś powalający (schemat piramidki bohaterów - wiecie, główni najwięksi, postacie maleją wprost proporcjonalnie do ich znaczenia dla fabuły, a główny zły jest trochę niewyraźny i spoziera złowrogo z tła). Jasne, to dobra produkcja, którą przyjemnie mi się oglądało, aczkolwiek mam wrażenie, że jakaś inna zasada powinna rządzić pierwszeństwem lądowania na ścianach. No właśnie, tylko jaka?
Myślę, że o ile nie zbiera się plakatów w ramach hobby, istnieją dwie możliwości. Albo wieszam na ścianie plakat, który jest dopieszczony estetycznie i po prostu ładnie wygląda, albo taki, który nawiązuje do filmu, z którym wiążą mnie dobre wspomnienia, który lubię jakoś szczególnie. Jeśli plakat łączy obie te zasady - tym lepiej. Częściej jednak trzeba wybierać. I tak ja osobiście skłaniam się ku drugiej opcji i do wiszących na moich ścianach plakatów "Kongresu" (w mojej opinii jedno z lepszych science-fiction od dłuższego czasu, obejrzane dwa razy) i "Kraina Lodu" (trzy razy i opinia bajki, która będzie dla młodego pokolenia nowym "Królem Lwem" [albo "Toy Story"]) dołączy niedługo "Boyhood" (prawdopodobnie jeden z ważniejszych filmów w tym roku), "Mandarynki" (trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć), "Lego Przygoda" (LEGO! JEEEJ!) i "Sekretne życia Waltera Mitty" (mam na dvd, to "mój" typ filmu). O ile "Lego" daje radę (bo pokazuje ludziki LEGO, no halo) o tyle takie "Mandarynki" mają plakat realizujący pewien wzór, który nie jest jakiś szczególnie ładny nawet. Plakat "Boyhood" natomiast stawia na prostotę i ładnie komponuje się z tytułem, ale nie jestem przekonany czy chcę przez kolejny rok, dzień w dzień oglądać twarz małego chłopca. Się zobaczy.
Dlaczego nie wybieram pierwszej reguły? Są dwa powody. Pierwszy jest taki, że filmy są dla mnie kwestią zbyt osobistą. Za bardzo się do nich przywiązuje i źle bym się czuł otoczony przez ładne plakaty filmów, z którymi się nie identyfikuje. Druga kwestia jest taka, że zauważam spadam ilości ładnych plakatów. Cicho liczę na to, że "Czworo do pary" będzie dobrym filmem, bo podoba mi się grafika. Niestety, polscy dystrybutorzy musieli ją zepsuć przez raczej ch**owy tytuł i strzelenie na samym środku nawiązania do Woody'ego Allena. Poważnie? Ktoś się jeszcze nabiera na te chwyty? Patrząc na niektórych ludzi przychodzących do kina, przypuszczam, że niestety tak...
Z drugiej strony istnieje coś takiego jak polska szkoła plakatu, która uwielbiana jest po dziś dzień. Na Filmwebie często toczone są batalie o to, który plakat powinien znajdować się na stronach głównych filmów. Czasem bardzo dobry plakat oryginalny, zastąpiony zostaje przez plakat polski, który bywa, że zupełnie nie oddaje ducha filmu. Patrząc na te prace można jednak pożałować, że dziś większość materiałów promocyjnych tworzona jest komputerowo i w związku z tym rzadko można w ich przypadku mówić o jakichś walorach artystycznych.
Nie mam pomysłu na zakończenie tego postu, więc po prostu wrzucę obrazki.





Naprawdę świetnie napisane. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń