poniedziałek, 8 września 2014

Wakacje w Burolandii, czyli szczyty głupoty i ignorancji

Piszę to jeszcze zanim wejdę na Facebooka po ponad tygodniowej nieobecności, poniższy wpis nie będzie zatem zawierał przejawów buractwa na jakie być może natknę się w wirtualnym świecie.

Korzystając z okazji danej mi przez moją dziewczynę i jej rodzinę spędziłem uroczy tydzień w naszych, polskich Tatrach. Świetna sprawa. Po około czternastoletniej nieobecności w Zakopanem, z odwiedzin którego wtedy wyniosłem chęć posiadania kotka (spoczywaj w pokoju Filemonie), odkryłem w sobie miłość do gór i sympatię do łażenia w tę i we w tę po szlakach. Choć widoki miałem dopiero od połowy wyjazdu, wcześniej bowiem chmury były nisko i chodziliśmy nie widząc nic dalej niż na dziesięć metrów, to czerpałem jakąś radość z udowadniania sobie, że nie jestem taką miękką bułą jak myślałem, że jestem.

Niestety, jak to bywa z popularnymi kurortami turystycznymi w naszym chodzeniu po górach nie byliśmy osamotnieni. Czasem spotykaliśmy większe, czasem mniejsze grupki, oznaki buractwa dało się jednak zobaczyć praktycznie codziennie (jako, że chyba tylko raz nie odwiedziliśmy Krupówek). Co mnie tak wzięło na pisanie o burakach? Bo w zderzeniu monumentalnych pomników przyrody z doświadczaną w mieście oraz schroniskach cywilizacją, ta druga bije po oczach swoją marnością. Góry to takie miejsce, które pozwala człowiekowi się oczyścić, poczuć jakąś więź z naturą, ale obecność ludzi, którzy tego nie doceniają, jakoś umniejsza siłę tego przeżycia. Skąd wiem, że nie doceniają? Idąc Krupówkami zastanawiałem się ile osób z tych, które mijałem przyjechały do Zakopanego i nigdy nie wybrały się w góry. Wydaje się to zamysłem dość idiotycznym, to tak jakby pojechać nad morze i nawet nie zamoczyć stopy czy nie stanąć na plaży. A jednak liczebność turystów pozwala sądzić, że są wśród nich osobniki, które ograniczyły się do pozostania w samej miejscowości. Trochę to irytujące. Już widzę tych buraków, którzy przyjeżdżają do domów z pamiątkami z gór, które tak naprawdę nie mają żadnej wartości emocjonalnej, bo odwołują się do miejsc, których ci ludzie nie doświadczyli.

Oczywiście, są osoby starsze, czy rodzice z małymi dziećmi, którzy nie mogą sobie pozwolić na długie i wycieńczające, piesze wędrówki (chociaż tych drugich z maluchami w chustach na szlakach nie brakowało). Mimo całej miłości do mojego dziadka, z którym rozmawiałem po jednej z bardziej męczących eskapad, nie mogę się zgodzić z jego stwierdzeniem, że "Na Kasprowy się wjeżdża, a na Giewont się wchodzi". Nie tylko dlatego, że gdybyśmy wjechali na Kasprowy, to prawdopodobnie nie spotkalibyśmy trenującej Justyny Kowalczyk (której widok bardzo ucieszył moją dziewczynę), a w ogóle zapłacilibyśmy za to grube pieniądze (przejazd w dwie strony to ponad 50zł). Przebywanie w górach, to nie tylko oglądanie widoczków i cykanie sobie ładnych foci. To doświadczanie katharsis. Odprężanie umysłu, przez męczenie ciała, w sprzyjających okolicznościach przyrody. Patrząc na ludzi, którzy wjechali na Kasprowy Wierch w adidaskach, z malutkimi plecaczkami, czy w ogóle bez bagażów i "delektowali" się ładnym krajobrazem, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że niesamowicie wiele tracą. Oczywiście, każdy robi to, na co ma ochotę, ale wakacje w górach, które nie przewidują WCHODZENIA na szczyty, trochę mija się z celem.

Ale brak respektu wobec przyrody, to nie jedyna oznaka buractwa z jaką się zetknąłem. Można powiedzieć, że obywatele Burolandii towarzyszyli mi od wyjazdu do momentu opuszczenia pociągu powrotnego. W pociągu do Kutna (skąd przejmował nas Brat) spotkaliśmy skacowaną, a być może jeszcze pijaną młodzież z Konina, która reprezentowała niedumną "gimbazę" a może wczesne liceum. "Lider" grupy, którego funkcję rozpoznaliśmy po tym, że najgłośniej drze japę, nie mógł przestać głośnego i wulgarnego komentowania wydarzeń dnia poprzedniego. Nawet po zwróceniu mu uwagi na fakt, że wszyscy mają dość słuchania go, zripostował, że on siebie lubi słuchać. Ot i Burak zdefiniował się sam.

Nie wiem co jest pierwsze, czy umiejętność przyjaznego funkcjonowania w społeczeństwie czy też zachowania życia prywatnego. Na pewno jedno jest z drugim nierozerwalnie związane. Ludzie, którzy zapychają kolejkę po posiłek, co nie ma najmniejszego sensu, bo jedynie blokuje możliwości ruchowe odbierających, a przecież wydająca i tak woła, to członkowie tej samej grupy, co para starszych ludzi, która przez pół godziny rozmawia o tym, że nie sprawdziła, z którego peronu odjeżdża ich przesiadkowy pociąg w Poznaniu i mogli o to spytać kasjerkę w Kołobrzegu (a to przecież zmienna). Stojący z założonym plecakiem facet, który co chwila uderza kijkami trekkingowymi stojącego za nim Brata, na pewno mógłby przybić piątkę z panią, która kazała mi "kombinować sobie" jak wrzucić mój plecak na półkę w przedziale, kiedy miejsca tam wyraźnie brak.

Nie jest dobrze, bo skupienie na swoich interesach przesłania nam widok drugiego człowieka. I jest coś w słowach Bratach, który mówi "To jest Polska" widząc, że wypożyczenie leżaka na Gubałówce kosztuje 4 złote, podczas gdy za granicą rozłożone przed lokalem leżaki, mają kusić zmęczonych narciarzy i innych wypoczywających. Martwi widok płatnej toalety w lokalu, w której jest się klientem. Ale ma też rację moja dziewczyna, kiedy mówi, że to się nie zmieni, póki przyjeżdżają burole, które szastają kasą na pierdoły, bo ją mają. Niby nikt na tym nie cierpi, a ja nie muszę iść do tej toalety, jeśli nie chcę za to płacić, tylko że jest krótkowzroczny ten, kto nie przyzna, że nie ma w tym nic niezdrowego. Myślę, że ludzkość osiągnęła poziom rozwoju technologii i kultury nie przez takie egoistyczne zabiegi, a przez prospołeczne zachowania właśnie. Burolandia jednak dokonuje cichej ekspansji i kto wie, kiedy będzie za późno, żeby ją powstrzymać. I jeśli sami nie jesteśmy w stanie zrobić czegokolwiek by powstrzymać jej rozrost, to chociaż mówmy o niej głośno, zamiast akceptować sytuację, dopóki nie wkracza w nasz ciasny, ale własny świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz