Ostatnio odwiedziłem pewne bardzo przyzwoite Szczecineckie kino, w którym to za darmo obejrzałem sobie "Lucy" Luca Bessona (fanty na parafialnych kiermaszach mogą być jednak fajne). Przyznaję, że odkąd zobaczyłem pierwszy zwiastun byłem do tego filmu nastawiony raczej sceptycznie. Nie dlatego, żebym nie wierzył, że film z kobietą w roli głównej nie może być dobry, chodziło raczej o postać autora i znajomość jego ostatnich wpadek w postaci "Porachunków" (oezu...) i "72 godzin" (o bosh...) oraz idiotyczne założenia o wykorzystywaniu przez ludzi jedynie niewielkiego ułamka powierzchni mózgu, z którego uczyniono punkt wyjścia fabuły. Szanse na to by filmu nie zepsuto były bardzo niewielkie, a po seansie muszę stwierdzić, że jedyną drogą ku sukcesowi artystycznemu (komercyjny bowiem został osiągnięty, ale o tym za chwilę) było pójście w stronę raczej komiksowej i zdystansowanej narracji, jaką obserwować można chociażby w produkcjach Marvel Studios. Niestety Besson zrobił coś zupełnie odwrotnego. Cała opowieść utrzymana jest w poważnym tonie i dodatkowo okraszona pseudofilozoficznymi monologami, które wydają się tak odkrywcze jak formułki z poradników motywacyjnych. Jedyna styczność "Lucy" z komiksem, to kilka rysunkowych kadrów, które zobaczyć można na stronie filmu (o tutaj).
Czemu tak przeżywam tę fabularną porażkę? Bo w kinie skierowanym do masowego odbiorcy brakuje pełnowymiarowych i wiarygodnych postaci kobiecych. Nie wspominam nawet o kinie polskim, gdzie kobiety są sprowadzane do roli ładnych buź stanowiących tło dla męskich protagonistów (vide choćby "Wkręceni" czy tragiczne pod tym względem "Kamienie na szaniec"), ale przykład w postaci ostatniego hitu lata, jakim niewątpliwie są "Strażnicy Galaktyki" pokazuje, że za oceanem też nie jest najlepiej. Najsłabszych ogniwem tej produkcji była fabuła, najmocniejszym bohaterowie, z których prawie każdy był na tyle samodzielny, że spokojnie mógłby pociągnąć własny film. Dlaczego prawie każdy? Bo oczywiście Gamora, czyli jedyna w drużynie kobieta, musiała zostać sprowadzona do roli przytulanki głównego bohatera i cały jej potencjał, który był w niej jeszcze na początku filmu, ulatnia się, bo przecież kosmiczna zabójczyni nie może być fajna sama w sobie, nie, musi być przecież obiektem pożądania męskiej części drużyny i widowni.
A co zrobić z faktem, że producenci nie mogą zdecydować się na danie zielonego światła autonomicznej produkcji o Czarnej Wdowie? Rozumiem, nie ma super mocy i w kontekście całego uniwersum jest mało superbohaterska. Tyle tylko, że ostatni film o Kapitanie Ameryce też nie kipiał od nadludzkich wyczynów. Kapitan co prawda miał kopnięcie, które odrzucało na dobrych kilka metrów, ale fabule bliżej było do Mervelowskiej wersji przygód Jasona Bourne'a niż kolejnych "Avengersów". Dlaczego więc pani agent nie miałaby sobie swobodnie pohulać? Jest jednak szansa, że coś się w tej kwestii zmieni i taki film jednak powstanie, a wpłynąć na to mógłby właśnie sukces "Lucy". Obie postacie gra Scarlett Johansson, która jest obecnie prawdopodobnie u szczytu popularności. "Lucy" łączy w sobie kino akcji z science-fiction, co prawdopodobnie byłoby kolejnym punktem wspólnym. Rozstrzygający może być jednak fakt, że "Lucy" zarobiła już ponad 300 mln dolarów na całym świecie, co stanowi bardzo silny argument w oczach producentów. Gdyby więc film o Czarnej Wdowie powstał, moglibyśmy wreszcie doczekać się dobrze sportretowanej kobiecej superbohaterki, wszakże ostatnie filmy ze stajni Marvela nie schodzą poniżej pewnego poziomu, a zapadające w pamięć postaci to jeden z mocniejszych ich aspektów.
Miło byłoby móc wyczekiwać polskiego odpowiednika o Czarnej Wdowie. Superbohaterki są, chociażby zdobywająca co raz większą popularność Tequilla duetu Śmigiel&Babis. Może nie jest to najlepsza pod względem psychologicznym bohaterka, ale na pewno dobrze wygląda i funkcjonuje w ciekawym świecie, a to stanowi już jakąś wartość (znowu jednak: nie można ograniczyć się tylko do wyglądu). Póki jednak nie potrafimy zrobić dobrego filmu nawet o męskich postaciach (co teoretycznie powinno być łatwiejsze w wykonaniu środowiska zdominowanego przez mężczyzn), nie mamy co próbować wyprzedzać Zachodu. Zmiany mogą jednak nadciągać, a dobrym zwiastunem może być informacja o tym, że Tomek Bagiński przymierza się do "Wiedźmina". Byle tylko nie skończyło się jak z "Hardkorem 44".




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz