Jak co roku w styczniu stajemy w obliczu noworocznych postanowień. Moim zadaniem na ten rok jest przeczytanie 52 książek, czyli czytanie jednej książki tygodniowo. Póki co idzie dobrze, a książkę z tego tygodnia mam już przeczytaną, ale zastanawiam się co to będzie, kiedy zacznę czytać rzeczy grubsze niż 200 stron.
Koleżanka zaprosiła mnie z kolei do wyzwania filmowego organizowanego bodajże przez fanpage Obejrzę dzisiaj dobry film, które to polega na tym, żeby obejrzeć 50 filmów, każde z innej beczki, np. "film Bergmana", "debiut polskiego reżysera", "Idę". Odrzuciłem zaproszenie, gdyż stwierdziłem, że wyzwanie to dla mnie żadne. I nie chcę brzmieć jak buc, po prostu, sprawdzając jego adekwatność, sprawdziłem co by było, gdybym robił je w zeszłym roku. Zdecydowaną większość "warunków" stawianych przez poszczególne punkty spełniłem, części nie mam raczej ochoty spełniać (np. nie ciągnie mnie do powtórnego obejrzenia "Idy", choć to dobry film), a niektóre mają u mnie inny charakter. Na przykład na liście tej znajduje się punkt "Obejrzeć film Woody'ego Allena". Uważam go za co najmniej nietrafiony, bowiem od kilku lat Allen wypuszcza swoje filmy taśmowo co roku, bywa że po kilka ("Blue Jasmine" w lutym "Magia w blasku księżyca" w sierpniu bodajże), zatem obejrzenie produkcji tegoż reżysera nie jest żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że od kilku lat cieszą się ona rosnącą popularnością. Pytanie brzmi do kogo to wyzwanie jest skierowane? Trochę dziwię się, gdy co raz większa ilość moich znajomych dołączą do tego wydarzenia, bowiem bywa że są to ludzie, o których filmowym obeznaniu mam niekiedy większe mniemanie niż o swoim.
Stawianie sobie sztucznych wymagań, zabija trochę przyjemność z obcowania z filmem. Pamiętam, jak kilka lat temu, mniej więcej w tym samym czasie, gdy obejrzałem w końcu "Milczenie owiec" stwierdziłem, że nie ma już filmów, które muszę obejrzeć. Nie ma już takich klasyków, których bym nie widział. Oczywiście myślałem w kategoriach współczesnego kina popularnego i prawdopodobnie nie bardzo się myliłem, aczkolwiek do dziś uważam, że liczba "klasyków", których nie widziałem jest co najmniej zatrważająca i powinienem codziennie próbować ją odrobić. To co chcę napisać, to to, że mimo stwierdzenia przeze mnie faktu wyczerpania źródła, ciągle jakoś skakałem między filmami, dołączając kolejne pozycje. Często robiłem to w skutek ukrytych, bądź jawnych odniesień wewnątrz tych dzieł, często w wywiadzie z jakimś twórcą padało nazwisko lub tytuł, które nie było mi znane i tak do nich docierałem. Na przykład podczas mojej fascynacji twórczością Woody'ego Allena poznałem kilka filmów Bergmana, po które pewnie bym nie sięgnął, gdybym nie czuł takiej wewnętrznej potrzeby. Z kolei gdyby nie negatywna recenzja "Stalkera" Tarkowskiego, którą wygłosiła moja nauczycielka chemii z gimnazjum, dużo później bym to obejrzał, podobnie w przypadku "Solaris" i prezentacji maturalnej. W takich listach czai się zagrożenie. Polega ono na tym, że chcąc "poszerzać horyzonty" zniechęcimy się do filmów, które w innym kontekście mogłyby nam się wydać wybitne. Dlatego, jeśli ktoś chce traktować je poważnie, warto zastanowić się czy nam ono pasuje. Mój plan jest taki, żeby w okolicach lipca zajrzeć na tę listę i sprawdzić ile punktów udało mi się zrealizować. Pech jest taki, że już ją przeczytałem i teraz przy każdym seansie mam wrażenie, że podświadomie się nią kieruje, bo w Biedronce kupiłem już Bergmana i Felliniego, a z Zuzą obejrzałem "Człowieka z kamerą" i "Szaradę" z Audrey Hepburn.
Nie odbiegając za bardzo od tematu, ale też zbytnio w nim nie grzęznąc, pierwszą książką, którą przeczytałem w tym roku była "Godzina Zemsty" ang. "Point blank!" a.k.a "The Hunter" autorstwa Richarda Starka a.k.a Donalda Westlake'a (heh). Wspominam o tym, gdyż jest to czarny kryminał, na którego podstawie powstały dwa filmy, z którego co najmniej jeden jest klasyczny, a drugi bardzo lubię. Pierwszy to "Zbieg z Alcatraz" (1967) z Lee Marvinem, drugi to "Godzina zemsty" (1999) z Melem Gibsonem. Co mnie zaszokowało, otóż sięgnąłem po książkę po tym jak obejrzałem "Zbiega..." i fabuła okazała się bardzo podobna do "Godzin zemsty", które znam od lat i bardzo lubię z uwagi na specyficzny retro-klimat. Historia podobna, ale nie taka sama, szybki research dostarczył informacji, że oba te filmy bazują na tej samej książce, która szczęśliwie znajdowała się na półce w pobliskiej bibliotece. Zaintrygowany skąd się wzięły różnice między filmami (od imion bohaterów po rozwiązania fabularne), chciałem poznać oryginał i dowiedzieć się kto ma rację, kto to zrobił "wierniej". Co się okazało? Odpowiedź brzmi: nikt.
Adaptacje "Huntera" są o tyle ciekawym przypadkiem, że gdyby dzisiaj ktoś postanowił zrobić kolejny film na podstawie tej książki i był niezwykle wierny zawartej w niej historii, to powstałby trzeci film zupełnie różny od poprzednich i nie powiedziane, że lepszy. "Zbieg z Alcatraz" jest bowiem dzieckiem swoich czasów, niby brutalny, ale jednak z tą mocno teatralną przemocą, dziwnymi rozwiązaniami w rodzaju tortur w "żabkującym" samochodzie (ci którzy mają prawo jazdy wiedzą o co chodzi) i fabułą, która rozwija się troszeczkę niewiarygodnie. "Godzina zemsty" z kolei odwołując się właśnie do stylistyki retro wychodzi poza swoje czasy i jest filmem, który nie zestarzeje się tak szybko. Doświadczenie obcowania z tymi trzema tekstami kultury po raz kolejny napełniło mnie przekonaniem, że filmowcy mają pełne prawo majstrować przy literaturze. Ani bowiem książka nie straciła nic ze swojego uroku, ani filmy na tym, że mają odstępstwa od książki. Prawda, która jest dobrze znana, ale, którą miło co jakiś czas odkrywać na nowo.
Informacje parafialne:
Razem z Patrykiem powróciliśmy do "W obiektywie", które tym razem mamy zamiar prowadzić regularnie i z pomysłem. Będzie to blog oraz fanpage, na których będą się pojawiały nowiny o filmach, dyskusje o nich (między nami) a także zwiastuny opatrzone autorskimi komentarzami. Zachęcam do śledzenia:
https://www.facebook.com/obiektyview





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz