Gwiezdne Wojny to fenomen
kulturowy o niebagatelnym znaczeniu. Niektórzy chełpią się tym,
że nigdy nie obejrzeli żadnej części, inni nie wyobrażają sobie
bez nich dzieciństwa, dla jeszcze innych, to fundament dzisiejszej
popkultury. Niezależnie od tego, do której racji ma się najbliżej,
obok premiery siódmej części gwiezdnej sagi nie można przejść
obojętnie, bowiem jest to wydarzenie, które już jest szeroko
komentowane, a w planach są już kolejne części i spin-offy.
"Przebudzenie Mocy"
zaczyna się tak jak powinno: "Dawno, dawno temu, w odległej
galaktyce...", charakterystyczna muzyka, logo i przesuwające
się w dal napisy wprowadzające. Tyle jeśli chodzi o formę, treść
jest tu jednak równie ważna. Jeśli ktoś liczył na jakieś novum
w uniwersum, to srogo się zawiedzie, już bowiem na etapie napisów
z prologu resetowana jest Stara Trylogia, a wszystkie pionki wracają
na swoje miejsca. Imperium zastąpione zostało więc przez Najwyższy
Porządek, z którym walczy Ruch Oporu. Luke Skywalker, ostatni
przedstawiciel rycerzy jedi zniknął, co z kolei zaburzyło
równowagę mocy, dając szansę Ciemnej Stronie na wzrost w siłę.
Jeśli chodzi o stosunki militarno-polityczne, mamy zatem do
czynienia z powtórzeniem sytuacji z "Nowej nadziei" i ta
analogia będzie nam towarzyszyć przez cały film, od przekazania
ważnych informacji, małemu droidowi na początku, po napakowany
efektami specjalnymi finał.
Motorem napędowym filmu
J.J. Abramsa jest sentyment. Poza warstwą fabularną, w której
"Przebudzenie Mocy" jest z grubsza Epizodem IV, tyle że
nakręconym w 2015 roku, w filmie nie brakuje żartów i mrugnięć
okiem do fanów. Humor jest tu wartością, za pomocą której
maskuje się wiele wygodnych z narracyjnego punktu widzenia zbiegów
okoliczności i uproszczeń scenariuszowych, które, po raz kolejny,
przypominają te, z jakimi mieliśmy do czynienia prawie czterdzieści
lat temu. Najwyższy Porządek, podobnie jak Imperium, ma bowiem
poważne niedociągnięcia jeśli chodzi o protokoły zabezpieczeń
(uciec z wojskowego statku wroga nie jest wcale trudno), a ich
niezwykle nikczemny plan może zostać pokrzyżowany z jednym
wciśnięciem metaforycznego czerwonego przycisku.
Film Abramsa jest
dzieckiem swoich czasów, to Gwiezdne Wojny na miarę drugiej dekady
XXI wieku. Świat, w którym rozgrywa się akcja jest nam doskonale
znany, jednak sposób w jaki prowadzona jest narracja, to już
zupełnie inna bajka. Dzieje się tu dużo: pościgi, wybuchy, bitwy
statków kosmicznych – wszystko to zostaje przedstawione bardzo
dynamicznie. Reżyser dobrze też manipuluje tempem, jeśli na chwilę
zwalnia, żeby wprowadzić nowych bohaterów czy zarysować relacje
między nimi, to już po chwili rzuca ich w sam środek akcji, nie
pozwalając widzowi się znudzić. Sami bohaterowie to kombinacja
starej i nowej gwardii. Obok postaci kultowych jak Han Solo (Harrison
Ford), Leia (Carrie Fisher) czy Chewbacca (dzielnie noszący futrzany
kostium Peter Mayhew) znajdujących się raczej na drugim planie,
wprowadzeni zostają nowi, głowni bohaterowie. Reya (Daisy Ridley),
Finn (John Boyega) i Poe (Oscar Isaac) reprezentują przekrój
charakterów i biografii. Chociaż główna bohaterka wpisuje się w
schemat postaci jaką był Luke Skywalker (pustynna planeta,
przywiązanie do domu, techniczne umiejętności), to wprowadza
powiem świeżości, do zdominowanej przez mężczyzn galaktyki. Finn
z kolei intryguje swoją przeszłością i decyzjami jakie podejmuje,
jego historia nie zostaje jednak w pełni rozwinięta, czego
prawdopodobnie doczekamy się w późniejszych odsłonach.
"Przebudzenie Mocy"
to rozrywka na poziomie. Akcja wciąga, bohaterowie wzbudzają sympatię i
potrafią przejąć swoim losem. Chociaż wszystko jest tu raczej
oczywiste i liniowe, to wchodząc w świat ogromnych statków i
dziwnych planet można się poczuć jak w dzieciństwie, gdy po raz
pierwszy odkrywało się uroki sagi Lucasa. Euforia jaką wywołuje
Epizod VII opiera się na sentymencie i trudno tu mówić o nowej
jakości czy odświeżeniu serii. Jedno jest pewne – póki co nie
ma wstydu. "Przebudzenie Mocy" raczej nie będzie stawiane
obok niechlubnych części z Nowej Trylogii. Nie ma też jednak
szału. O ile "Nowa nadzieja" i jej kontynuacje faktycznie
zmieniły nie tylko oblicze kinematografii, ale i wpłynęły na
szeroko pojętą popkulturę, o tyle film J.J. Abramsa przypomina
raczej merchandisingowe wyczyny George'a Lucasa – to po prostu
rzetelnie zrobiony produkt, który ponownie rozkręci machinę
biznesu, wprowadzając na rynek nowe postaci, figurki, książki,
komiksy czy gry. Póki filmy będą trzymać poziom "Przebudzenia..."
nie będzie źle, ale w obliczu planów licznych spin-offów, nie
tylko fani zaczną się teraz uważniej przyglądać poczynaniom
producentów i twórców. Moc bowiem się przebudziła i wszyscy to
poczuliśmy.


No, czuję się zachęcona tym komentarzem, choć przyznam szczerze, że nie przepadam za tym gatunkiem. Sentyment jednak do "Gwiezdnych wojen"- filmu z czasów mojego dorastania oraz ciekawość tego zjawiska kulturowego i socjologicznego motywuje mnie do obejrzenia. :)
OdpowiedzUsuń