poniedziałek, 28 grudnia 2015

Scope100 #2 - filmowe snuje czy jednak nie?

Wczoraj zacząłem pisać o filmowych snujach mając w głowie dwa filmy ze Scope'a, mianowicie "Evolution" Lucile Hadzihalilovic i "Las altas presiones" Angela Santosa. Ten pierwszy film był w mojej ocenie najgorszym filmem z tych siedmiu, które dane mi było zobaczyć. Ciekawy pomysł, jest to bowiem historia pewnego dziesięcioletniego chłopca, który żyje na wyspie ze swoją mamą oraz innymi chłopcami i ich mamami. Od początku zapowiada się to jak odcinek "Z Archiwum X" i tylko czekałem na moment, kiedy okaże się, że mamy wcale nie są mamami, a chłopcy są na wyspie w jakimś konkretnym, prawdopodobnie niecnym, celu. Oczywiście tak się okazało. Reżyserka połączyła jednak intrygujący, mroczny pomysł z niesamowicie powolną, a momentami wręcz nużącą narracją. Po napisaniu pierwszego zdania postanowiłem wejść na forum filmu by zobaczyć jakie są opinie innych widzów... wtedy przeżyłem szok.

Nie wiem czy malkontenci woleli się nie wychylać, czy jestem w zdecydowanej mniejszości (a może podszedłem do filmu ze złymi założeniami), ale wypowiedzi były tylko pozytywne. Ba, mało tego, forumowicze rozpływali się w komplementach dotyczących reżyserki jak i samego filmu. Był to dla mnie moment zwątpienia.

Od zawsze bliżej mi było do kina mainstreamowego: tata wychował mnie na Schwarzeneggerze i Van Damme'ie, kilka razy w miesiącu chodziliśmy do kina, głównie na hollywoodzkie produkcje, to studyjnego Pioniera zacząłem chodzić dopiero w liceum, a i to sporadycznie. Nawróciłem się podczas festiwalu w Ińsku, na którym zobaczyłem "Mandarynki", który to film uświadomił mi, że kino nazwijmy je "artystyczne" podlega tym samym prawom, co filmy wysokobudżetowe. Nadal musi mieć napięcie, musi angażować widza, ale być też atrakcyjne audiowizualnie. Film dostał zresztą nagrodę publiczności na tymże festiwalu, więc moja opinia o jego wspaniałości nie była odosobniona. Niedługo potem obejrzałem "Gościa", znowu, film raczej niszowy, co absolutnie nie przeszkodziło mu zbudować niesamowicie gęstej atmosfery oraz mieć przystojnego bohatera i ładną bohaterkę, strzelaniny i wybuchy. Nie brzmi jak film do kina studyjnego? A no właśnie!

Wracając do "Evolution". Oglądając ten film miałem poczucie obcowania z dziełem, którego twórcy za bardzo się snobowali. To jeden z tych filmów, który chce być tak artystyczny, że przestaje być atrakcyjny, zyskuje sobie niewielką grupkę zakochanych w nim fanów, natomiast traci jakikolwiek pozytywny wydźwięk dla zwykłego śmiertelnika.

Jestem zwykłym śmiertelnikiem. Lubię filmy ciekawe, a jeśli przy okazji mówią o czymś ważnym - tym lepiej. "Evolution" intryguje, ale w momencie, w którym wszystkie niedopowiedzenia zostały przeze mnie uzupełnione, a mimo tego reżyserka dalej mi je tłumaczyła - przestałem odczuwać przyjemność. To było najdłuższe półtorej godziny w moim życiu.


Na trochę inny, ale jednak pokrewny problem cierpi "Las Altas Presiones". Film skupia się na kilku dniach z życia Miguela, który jest typowym filmowym snujem - taki bohater, który nie chodzi tylko się snuje, spotykając na swojej drodze różne, ciekawe postaci. Miguel snuje się w celu znalezienia lokacji, do filmu, nie jego autorstwa, co podkreśla wielokrotnie. W tym celu odwiedza okolice, w których spędził jakąś część swojego życia, spotyka się ze starymi znajomymi, by wspólnie z nimi chodzić i szukać miejsc oraz sensu.

"Las altas presiones" cierpi na ten sam problem co jego bohater, mianowicie - snuje się. Nie jest to snucie z wyboru, to snucie z przymusu. Bohater nie wie czego chce od życia, więc po prostu robi cokolwiek, gdy ma szansę robić cokolwiek więcej - odrzuca ją. W relacjach damsko-męskich też ma problemy, albo za późno podejmuje próbę podrywu, albo robi to w żenujący sposób, albo w ogóle obraża się i wychodzi. Lubię oglądać filmy o ludziach, którym w życiu nie wychodzi, bo nie czuję się wtedy osamotniony, ale oglądanie takiej formy nie radzenia sobie z rzeczywistością jest po prostu irytujące.

Jedyne co pozostawił po sobie obraz Santosa to zmęczenie. Reżyser nie sięga ani po humor ani po rozpacz, zasadniczo nie komentuje fenomenu życia. Pokazuje je w sposób neutralny, by nie powiedzieć bezpłciowy i tak to zostawia. A na takie traktowanie, to ja się proszę Państwa nie godzę!

I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę część przeżyć. Dzisiaj mam nadzieję zobaczyć jeszcze co najmniej jeden film, skończyć całość jakoś na dniach i odpocząć przy czymś lżejszym, ożywczym, może już mi znanym. Peace out!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz