Jako, że jestem jednym z wybrańców biorącym udział w programie Scope100 mam za zadanie do 17. stycznia 2016 roku obejrzeć 10 filmów, z których potem, na drodze głosowania wybrany zostanie jeden, który będzie dystrybuowany w Polsce (rok temu taką produkcją było "Magical Girl"). Ze względu na to, że muszę sobie gdzieś zapisać swoje przemyślenia, żeby wiedzieć na co głosować, ale też dlatego, że zapowiadają się ciekawe seanse będę się z wami dzielił moimi przemyśleniami. Na pierwszy ogień idą dwa filmy, które już udało mi się obejrzeć, czyli "Chevalier" Athiny Rachel Tsangari i "Drifters" Petera Gronlunda.
"Chevalier" to grecka produkcja wpisująca się w ramy "greckiej nowej fali", o której wspomina się najczęściej w kontekście kolejnych filmów Giorgosa Lanthimosa ("Kieł", "Alpy", "Lobster"), związek tym ściślejszy, że za scenariusz do "Chevaliera" obok reżyserki odpowiadał Efthymis Filippou, który współtworzył teksty do wyżej wymienionych filmów Lanthimosa. Jeśli więc znane są wam te produkcje, to będziecie mieć rozeznanie w jakim klimacie utrzymany jest film Tsangari, jeśli nie... bazując na ogólnikach, to taki dramat, w tym sensie, że trudno zakwalifikować go do jakiegoś gatunku, a z pewnością nie jest to komedia, który operuje absurdem i groteską, by pokazać pewne realne problemy współczesnych ludzi, w tym przypadku konkretnie mężczyzn.
Pokrótce o fabule: pięciu mężczyzn robi sobie wakacje na luksusowym jachcie jednego z nich. Nurkują i łowią ryby, relaksują się, wieczorem grają w różne gry. Podczas jednego z takich wieczorów jeden z mężczyzn, Cristos, rzuca pomysł gry mającej polegać na wymyślaniu zadań przez każdego z uczestników, a następnie wzajemnym ocenianiu rezultatów. Pomysł zostaje zmodyfikowany przez Jorgosa, który proponuje by oceniać się za wszystko, tworząc w ten sposób grę "Najlepszy w ogóle [The best in general]". Zwycięzca ma utrzymać pierścień Chevaliera, który panowie kupią po dobiciu do Aten. Konkurs zaczyna rzutować na psychikę panów, powodując konflikty i doprowadzając do co raz bardziej absurdalnych konkurencji.
Znamiennym jest, że w film o grupie mężczyzn, w którym kobiety pojawiają się jedynie jako przelotne tematy w rozmowach czy głos w telefonie (lub obraz na skype'ie) zrobiła kobieta. Można by wysnuć wniosek, że mamy tu zatem do czynienia z "męskim kinem" i tak po części jest. Nie znaczy, to jednak, że ten film mężczyznom się spodoba. Krytyka Athiny jest bardzo celna, reżyserka demaskuje męski system wartości i zapatrzenie w siebie oraz samczą walkę o dominację w stadzie. Panowie ścierają się w różnych konkurencjach, od początkowo niegroźnych jak porównywanie preferencji pitej kawy, przez ocenianie swoich penisów, na poziomie cholesterolu kończąc. Im bardziej ekstremalne czy niezależne od nich wskaźniki, tym większy problem, by pozbyć się psychicznego piętna, które sami na siebie narzucają.
"Chevalier" to w dużym stopniu film, o uleganiu presji otoczenia i nie akceptowaniu samego siebie. Panowie pozują, ukrywają przed sobą swoje słabości, chwalą się chwilami triumfu, wszystko po to, by być jak najlepiej widzianym w oczach innych samców. Z mężczyzn wychodzą prymitywne pobudki i ich zwierzęce instynkty, zawoalowane w kulturowe konteksty i schematy, w gruncie rzeczy proste i niezbyt chwalebne.
Film Athiny Tsangari sprawia wrażenie zupełnie nierealnego, a jednocześnie ja, jako facet, musiałem zgodzić się z niektórymi jej spostrzeżeniami, często dosyć przykrymi. "Chevalierowi" brakuje trochę zakończenia, puenty, która podkreśliła by wydźwięk filmu. Reżyserka przerzuca swoją narrację na nowych bohaterów i zostawia historię z pewnym niedopowiedzeniem. To miejsce dla widzów, na własne interpretacje i wnioski. Wnioski, które mogą pomóc w spojrzeniu na pewne kwestie z dystansu i odkryciu nowych prawd o mechanizmach, którym wszyscy podlegamy.
"Drifters" Petera Gronlunda stoi w pewnym kontraście do filmu Tsangari. To Szwedzki dramat (tu z większa pewnością używam tego słowa) o ludziach z tak zwanego marginesu. Główna bohaterka, Minna, handluje narkotykami, a w jej życiu zasadniczo nie dzieje się dobrze. W obliczu zbliżającej się eksmisji ze względu na niepłacenie czynszu, postanawia okraść swojego znajomego Tonniego. Niestety, eksmisja jest już w toku i Minna zostaje zmuszona szukać sobie nowego miejsca, z ośmioma tysiącami w kieszeni, poszukiwana przez ich pierwotnego właściciela, groźnego gangstera Cristera.
Film Gronlunda pokazuje przygnębiającą rzeczywistość ludzi, którzy dnie spędzają na ćpaniu albo piciu,a których życia to równia pochyła. Nic ich w życiu nie czeka, trudno im odzyskać to, co utracili. Mało komu w tym środowisku kibicujemy. Minna nie wzbudza sympatii, jest dwulicowa, notorycznie łamie prawo, oszukuje nawet ludzi, z którymi zmuszona jest współpracować. Jej koleżanka Katja, to z kolei pijąca matka, która straciła prawo do opieki nad dzieckiem, a która, chociaż pomaga Minnie, ma poważny problem z zaufaniem jej. Są też postaci drugoplanowe, ćpajacy Benneth, jego paląca w ciąży partnerka i inni, równie mało przyjemni bohaterowie. Gronlund pokazuje pewien dramat i beznadzieję, ale izoluje je, nie pokazując miejsc, gdzie światy zwykłych ludzi i tych wyrzutków się łączą.
Reżyser nie ma problemów z narracją, "Drifters" ogląda się dobrze. Wydarzenia się zazębiają, historia do pewnego stopnia jest interesująca. Problemem jest raczej temat, w którym trudno powiedzieć coś nowego. Oglądając ten film miałem ciągłe skojarzenia z "Bóg wie co" Bena i Joshui Safdiech opowiadający o Nowojorskich heroinistach. Zarówno oni jak i Minna kombinowali, żeby zapłacić komuś u kogo mają dług, czy żeby dostać kolejną działkę. Tam dochodził do tego idiotyczny wątek miłosny (relacji jednostronnej i wyniszczającej), tu więcej jest zawiłości w relacjach ze "współpracownikami". Ostatecznie jednak obraz środowiska ludzi biorących narkotyki jest podobny, różny był tylko wiek i brany środek.
To tyle jeśli chodzi o pierwsza dwa filmy, przede mną jeszcze osiem, więc spodziewajcie się kolejnych wpisów. Kolejny prawdopodobnie... jutro? Wesołych świąt :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz