Zuza stwierdziła kiedyś, że nie mogę wydawać sądów na temat polskiego kina, bo za mało go widziałem. Faktycznie, unikałem wtedy polskich filmów, tak jak i innych produkcji europejskich. Ostatnio sprawdzałem swoje statystyki na Filmwebie i okazało się, że jakby w odpowiedzi na ten zarzut, w tym roku podwoiłem liczbę oglądanych rocznie filmów polskich. Nadal jest to jednak niewiele, bo jakieś 34 pozycje. Usprawiedliwiając się trochę tym, że to mniej więcej tyle, co wyprowadzona na przestrzeni kilku ostatnich lat średnia ilość produkowanych rocznie filmów w naszym kraju oraz tym, że przeciętny widz zaczynający zdanie od "A polskie kino to..." ogląda prawdopodobnie jeszcze mniej rodzimych produkcji, postanowiłem wyrazić swoje zdanie na temat współczesnych, polskich dzieł. Ze względu jednak na powyższe statystyki, proszę mnie traktować raczej jak widza, który zauważa pewne zjawiska, niż eksperta, który o ich istnieniu jest przekonany.
Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy kilka razy udało mi się oglądać filmy "parami". Chodzi o to, że kiedy oglądałem dwa filmy tego samego dnia, to okazywało się, że są do siebie na tyle podobne, że można je ze sobą zderzać i na tej podstawie snuć refleksje. Najpierw taką parę stanowił "Kanał" Wajdy i "Miasto 44" Komasy, dwa dni później "Wielki Sen" i "Sin City 2". Ostatnio z kolei sparowałem "Dziewczynkę z kotem" Asi Argento i "Obietnicę" Anny Kazejak. Jaki obraz powstaje na bazie tych zderzeń? Niestety niezbyt ładny.
To co widać na pierwszy rzut oka, to jakaś ciążąca na twórcach presja, albo ich wewnętrzne poczucie obowiązku mówienia o tematach ważnych. Marcin Adamczak w swojej książce "Globalne Hollywood..." rozciąga to zjawisko na wszystkie kinematografie europejskie, które zostały niejako zepchnięte do roli kina artystycznego czy społecznego, po konfrontacji z wolnym rynkiem i panującym na nim kinem hollywoodzkim. Faktycznie, nie jest to przypadek jedynie polski, aczkolwiek chociażby w parze "Obietnica"&"Dziewczynka z kotem" widać pewne bolączki, z którymi zmaga się polski film. Po pierwsze jest to swoista łopatologia. Słowo niezbyt zgrabne, ale celnie oddaje zjawisko i z tego względu lubię go używać. Zwłaszcza, że jest raczej zrozumiałe. Zarówno włoski jak i polski film traktują zasadniczo o tym samym - o dziecku i jego potrzebie zainteresowania ze strony rodziców. Bohaterkami obu filmów są dziewczynki z rozbitych rodzin, którym brakuje rodzicielskiej miłości. O ile jednak Asia Argento posługuje się specyficzną estetyką do zobrazowania zjawiska, o tyle Anna Kazejak wykorzystuje w tym celu ekstremum sytuacji morderstwa, które choć zapowiada się na główną oś fabularną filmu, jest jedynie przyczynkiem do pokazywania spustoszenia, jakiego może dokonać brak uwagi rodziców. Morderstwo jako konsekwencja, obraz środowiska młodych ludzi, w który nie jesteśmy w stanie uwierzyć, a także prezentowanie Szczecina jako hipsterskiej metropolii, w której ludzie jeżdżą na plażę by tam imprezować (co godzi w mój lokalny patriotyzm) sprawia, że z opowieści zaangażowanej, mocno osadzonej w rzeczywistości, "Obietnica" przeradza się w parabolę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przestrogi, które autorzy chcieli ewidentnie przekazać widzom, nie są ani specjalnie odkrywcze, ani nie pogłębiają wiedzy już posiadanej. To raczej rzeczy oczywiste, o których wiemy, a o których niektórzy być może czasem zapominają. Sposób przypominania o tym, jest jednak nietrafiony, przypominający fabularyzowaną wersję tragedii z pierwszych stron gazet, niż autentycznie refleksyjne kino.
Ostatnio obejrzałem "Hardkor Disko", o którym słyszałem raczej jednogłośne opinie. Wszyscy się krzywili, ale zastrzegali, że film jest ładny. Faktycznie, strona techniczno-wizualna jest na naprawdę niespotykanym w polskim kinie poziomie, gdyby takie były normy, to mielibyśmy na czym budować naszą narodową kinematografię (heh). Tym bardziej irytuje fakt, że poza oprawą wizualną nie ma w tej produkcji wiele. Jest symbolika, są odniesienia do innych filmów, są jakieś niejasności, które teoretycznie powinniśmy chcieć klarować, ale wszystko to razem tak bardzo nie współgra, że ja po wyjściu z sali, naprawdę nie miałem ochoty rozmyślać o co twórcom chodziło. Co ciekawe reżyser i scenarzysta w jednej osobie, czyli Krzysztof Skonieczny, udzielił kilku wywiadów, w których tłumaczy co też pokazał w swoim filmie. Używa przy tym wyrazów, które klasyfikują go raczej jako nadętego buraka z tomiszczem słownika, niż inteligenta, który "trudnymi" słowami operuje w codziennych rozmowach. To również przykre, że polscy, młodzi twórcy czują potrzebę opowiadania, czy tłumaczenia swojej sztuki. O ile mam poważne zastrzeżenia do moich zajęć z "Wiedzy o moralności" to padła na nich ostatnio dość mądra kwestia: sztuka, która potrzebuje manifestów by być zrozumiała, nie jest dobrą sztuką. Przypomina mi się sytuacji, w której to pani Barbara Białowąs postanowiła wykłócać się z Michałem Walkiewiczem o jego recenzję filmu "Big Love", sugerując mu, że źle go interpretuje (!?). Rozumiem, że zrobienie dobrego filmu nie jest zadaniem łatwym, ale pożądaną w tym przypadku postawą byłoby chyba raczej pokorne pochylenie głowy i poczekanie na werdykt publiczności i krytyków, zamiast kreowania się na artystę niosącego pokoleniowe przesłanie.
Porównując jednak ten rok z poprzednim można chyba mieć jakąś nadzieję na przyszłość. Nie było w tym roku żadnej "Bitwy pod czymśtam" było co prawda "Miasto 44" i dokument o powstaniu warszawskim, ale mamy też rocznicę, więc jest to z jednej strony uzasadnione, a z drugiej takie na przykład "Miasto 44" było pewną próbą zrobienia hollywodzkiego filmu wojennego... inna sprawa, że bardzo nieudaną. Z pozytywów można wymieniać "Bogów", którzy nie robili ze Zbigniewa Religii postaci tragicznej i nie wynosili go na piedestał, raczej skupiając się na opowiedzeniu, bądź co bądź schematycznej w ramach gatunku, ale jednak gatunkowej (bio-pic), a mimo to na wskroś polskiej historii. Osobiście opiewał będę "Jezioraka", bo reprezentuje to czego mi w polskim kinie brakuje najbardziej, czyli kino gatunkowe w pełnej krasie, które jest u nas chyba kojarzone z czymś gorszym. A ile byśmy się nauczyli, gdybyśmy zamiast takich kolejnych "Obietnic" robili na przykład kryminały... Może tędy droga? Taka "Ida" na przykład, będąca ostatnio w centrum zainteresowania, też poniekąd ociera się o gatunkowość... jest trochę noirowata.
Nie jest dobrze, ale nic to, bo miejmy nadzieję, że rok 2014 nie jest tylko gatunkowym ewenementem na skalę narodową, a tendencją, która się utrzyma. Ja jako ja, bardzo chciałbym oglądać polskie filmy niepotrzebne, takie, które nie mają nieść ze sobą żadnych głębszych treści, nie mają nikogo uczyć, ani budować świadomości historycznej. Chciałbym oglądać robione za standardowe budżety filmy bawiące się formą i treśćią i pokazujące, że w Polsce też mieszkają pasjonaci, a nie jedynie moralizatorzy.
Tego sobie i wam na nadchodzący rok 2015 (i na przyszłe) życzę.
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz