poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przebudzenie mocy w blasku księżyca, czyli pytania o sens i wtórność

Jest coś takiego w tych sobotach, że do momentu ich nastąpienia zbiera się we mnie tyle, że akurat wystarcza na post. A potem przegapiam sobotę i w niedzielę już nie jest tak łatwo. A w poniedziałek... oh... Ale jak twierdzą bracia Stugaccy "Poniedziałek zaczyna się w sobotę", zatem przejdźmy do sedna.

W piątek swoją premierę miały drażniący zwiastun (ang. teaser trailer :D) nowych Gwiezdnych Wojen. Zapanowała globalna podjarka, aczkolwiek znalazły się też głosy negatywne naśmiewające się głównie z nowego designu filmowego miecza świetlnego, chociaż byli i tacy, którzy mieli swoje zarzuty wobec lekko zmodyfikowanych hełmów szturmowców. Od razu pojawiły się też parodie i przeróbki, aczkolwiek jest to tej wielkości wydarzenie, że ewenementem byłby ich brak.

W czwartek z kolei byłem na premierze "Magii w blasku księżyca" Woody'ego Allena, który umknął mi jakoś, gdy gościł na ekranach kin. Prawda jest po części taka, że miałem zbyt wiele wątpliwości co do potencjalnej jakości filmu i nie za bardzo chciałem wydawać na niego pieniądze. I gdy się tak zastanawiałem zdążył zejść z ekranów, albo pojawiać się już tylko w godzinach, które mi nie odpowiadały. Na seansie byłem w Kinie Muza z okazji Taniego Czwartku. Frekwencja w ten dzień jest zwykle przyzwoita, choć nie oszałamiająca średnio jakieś pół do 3/4 sali. Jakoś nie zetknęło mi się w mózgu, że tańsze bilety i moda na Woody'ego Allena sprawią, że kino przeżyło oblężenie. Pierwszy raz siedziałem na skraju trzeciego rzędu... nie było najgorzej.

Co łączy te dwa wydarzenia? Otóż jest to pewna wtórność przekazu. "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (z VII bądź bez) niewątpliwie okażą się box office'owym sukcesem. Nieważne czy krytycy będą krytykować czy publiczność psioczyć i tak mnóstwo osób pójdzie zobaczyć ten film wiedząc o nim tylko tyle, że nazywa się "Gwiezdne Wojny" i jest pełnometrażowym filmem aktorskim. Przypuszczam, że jak zawsze fani podzielą się na tych, którzy polubią nową trylogię i na tych, którzy za jedyną właściwą uważać będą tę najstarszą (bo termin "Stara Trylogia" straci swe znaczenie). Nie ma to znaczenia. Mniejszą popularnością cieszyć się będą zapewne spin-offy (dla niewiedzących: opowieść skupiające się na pobocznym elemencie oryginału, np. "Wolverine" to spin-off "X-Men", a "Pingwiny z Madagaskaru" to spin-off "Madagaskaru"... a "Buka" byłaby spin-offem "Muminków" - czekam), które mają się pojawiać na przemian z kolejnymi częściami.

Czy jest sens robienia kolejnych części? To pytanie, które nie ma trochę racji bytu w tym kontekście. Chodzi bowiem o pieniądze, które niewątpliwie zostaną zarobione. Przypuszczam czy kwestia "zasadności" albo gorzej "potrzeby" robienia kolejnych Gwiezdnych Wojen nikogo zbytnio nie obchodzi. To trochę tak jak z Ridleyem Scottem i "Obcym" albo "Łowcą Androidów". Świat nie potrzebuje "Prometeuszy" i "Łowcy Androidów 2" (tego na pewno nie potrzebuje), ale co z tego, skoro są to marki, zdolne przyciągnąć widzów do kin i dlatego te filmy powstaną.

Co to ma wspólnego z Allenem? Otóż Allen w pewnym momencie wyrobił sobie markę i nie jest bynajmniej marka nierentownego, artysty robiącego niszowe filmy, tak było kiedyś. Filmy Allena zwykle na siebie nie zarabiały, ba, było dobrze, jeśli wychodziły na zero. Dobrze wyglądały jednak w portfolio poszczególnych twórców, przynosząc częstokroć prestiżowe nagrody (Allen jest bodaj najczęściej nagradzanym twórcą). Obecnie jest jednak twórcą kojarzonym z komediami romantycznymi o inteligenckim rysie, które spełnią potrzebę i naiwnej rozrywki i obcowania z czymś mądrym (ot taki paradoks), stąd też być może bierze się jego popularność. Pamiętam, jak kiedyś, bodajże przy premierze "Co nas kręci, co nas podnieca" (genialny tytuł...) na plakacie zobaczyłem napis: "Woody Allen, twórca <>". To był moment, kiedy Allen zaczął być przejmowany przez kulturę popularną. Zasadniczo Allen jako twórca kultury popularnej zaczynałby się właśnie od "Vicky, Cristina..." wcześniejszego jego filmy jeszcze nie do końca pasują do późniejszej wizji. Popularność, pieniądze, sukcesy frekwencyjne, ale już nie nagrody. Te pojawiły się przy okazji "O północy w Paryżu", który był czymś więcej niż Allenowską komedią romantyczną, i "Blue Jasmine", który to film zupełnie wychodził poza tę szufladkę i pewnie właśnie dlatego był reklamowany jako komedia właśnie (zarówno zwiastun jak i ulotki).

Pytanie o sens w kontekście wartości takich jak jakość czy treść, nie jest pytaniem zasadnym w odniesieniu do blockbusterów. Pytanie, które można postawić względem nich, jest kwestia potencjału komercyjnego. Zastanówcie się, który z blockbusterów, które obejrzeliście w ciągu minionej dekady coś zmienił? Był w jakiś sposób odświeżający czy wprowadzał jakieś novum do świata filmu. Ja myślę i mam problem. "Incepcja" Nolana miała ciekawy pomysł i była dobrze zrobiona, nie niosła jednak ze sobą nic co zostawało by w człowieku (nie licząc charakterystycznego "BAAAAAAAAAAAAAUM!"). "Mroczny Rycerz" tegoż twórcy, jako film pokazujący poważnych i cierpiących superbohaterów, to tylko kontynuacja pewnej koncepcji, która pobrzmiewa już gdzieś przy okazji pierwszego "Hulka" w reżyserii Anga Lee (swoją drogą całkiem nowatorskiego jeśli chodzi o formę i treść w filmie superbohaterskim, ale blockbusterem ciężko go nazwać: zarobił 132 miliony, ale kosztował 137, także tego...). W kontrze do Batmana stanęli "Avengersi", którzy reprezentowali "luźne" podejście. Wszystko to jednak filmy, bezpieczne, ze znanymi twarzami i równie znanymi rozwiązaniami technicznymi. "Avengers" było nazywane "Iron Manem 3" ze względu właśnie na konstrukcję, humor i ważność postaci, które to elementy zostały mniej lub bardziej uwidocznione. To, co zmienia kino pojawia się na obrzeżach, to produkcje tańsze, mniejsze, albo wręcz przeciwnie, wielkie i drogie, ale nie odnoszące sukcesu (jak wspomniany "Hulk", który wiedział, że dzwoni, ale nie wiedział gdzie). Nie neguję wartości wielkich produkcji, każdy z nas lubi się czasem "rozerwać" i z pewnością wybiorę się na "Gwiezdne Wojny VII". Warto jednak pamiętać, że w relacji twórcy-widzowie, chodzi bardzo często od wyciągnięcie pieniędzy tych drugich przez tych pierwszych i że nie wszystko co nam dają, nadaje się do spożycia. Z tego też względu nie przewiduję swojej obecności na "Hobbicie 3", a ewentualnego "Łowcę Androidów 2" ominę szerokim łukiem, tak jak "Szklaną Pułapkę 5", której do dzisiaj nie obejrzałem, nie chcąc psuć sobie dobrego zdania o tej serii. Zamiast tego poświęcę zaoszczędzony czas na projekcję czegoś, co nie ma jeszcze numerka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz