Hiszpański więzień (1997) reż. David Mamet
Z tego co pamiętam jest to film, który obejrzałem dosyć przypadkowo. Na pewno był puszczony w telewizji, co mnie jednak skłoniło, do obejrzenia? Wydaje mi się, że Woody Allen mógł coś o nim wspomnieć w wywiadzie-rzece, który akurat wtedy przeczytałem. W każdym razie mój seans wyglądał tak, że połowę filmu siedziałem oglądając co prawda uważnie, ale bez większych emocji. Gdy jednak w filmie nastąpił twist, zupełnie zmieniający treść byłem w takim szoku i co chwile spadało na mnie nowe "wow", że drugą połowę dosłownie stałem przed ekranem z opadniętą szczęką.
"Hiszpański więzień" to film, po którym zacząłem doceniać scenarzystów filmowych i zwracać na nich uwagę szukając filmów do obejrzenia (wcześniej kryterium byli aktorzy... co miało sens póki nie wyrosłem z filmów z Van Dammem). David Mamet, który jest jednocześnie reżyserem i autorem scenariusza świetnie rozprowadza tropy. Nie chcę mówić za wiele, ale w tym filmie nic nie jest bez znaczenia. To też taka produkcja, która pokazuje jak ważny jest tekst filmu. Mamet nie jest wybitnym reżyserem, jego film pod tym względem nie wyróżnia się spośród innych produkcji lat dziewięćdziesiątych. To co jednak czyni go zapamiętywalnym to misternie skonstruowana fabuła, która sprawi, że nigdy już nie zlekceważycie roli scenarzysty.
Na zakończenie Mamet zrobił wcześniej film "Dom Gry", który bazuje na podobnym pomyśle co więzień, ale jest skromniejszy i nie tak dopracowany. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy skupcie się tylko na "Więźniu".
Psychoza (1960) reż. Alfred Hitchcock
Tu chyba bez zaskoczenia. Chociaż zajęcia z analizy dzieła filmowego trochę obrzydziły mi ten film (a także "Obywatela Kane'a" oraz "Lśnienie", bo widocznie na wielokrotnym pokazywaniu tych filmów można omówić całą problematykę związaną z kinematografią), to jest on wciąż obrazem wybitnym, ale trzeba sobie jednak uświadomić dlaczego.
Po pierwszym seansie "Psychozy" oceniłem go na Filmwebowe 9, trochę na wyrost. Tkwiło we mnie wtedy przeświadczenie, że klasyki muszę doceniać (z tego samego względu tą samą notą uraczyłem "Popiół i diament"). Film Hitchcocka jest znany ze względu na słynną scenę morderstwa pod prysznicem i towarzyszącą mu piskliwą melodię i faktycznie jest to element kluczowy. Warto jednak poświęcić chwilę na zrozumienie dlaczego jest to tak istotna scena. Tu zaczynają się SPOILERY, aczkolwiek mam nadzieję, że wszyscy już arcydzieło Hitchcocka widzieli. Fenomen tego czym jest ten film polega na zabiciu głównej bohaterki w 40 minucie filmu. Jest to spory szok, nawet jeśli ma się świadomość w "Psychozie" jest scena morderstwa pod prysznicem. Pamiętam jak jako 16 latek myślałem sobie "No dobrze, ale to pewnie nie ona ginie", bo tak niemożliwym było dla mnie zabicie głównej postaci. Mało tego, po jej śmierci śledzimy losy idącego jej tropem detektywa, myślimy sobie "Czyli to jednak on jest głównym bohaterem, to historia o nim", a tu nagle ciach i on też ginie. Hitchcock się z nami nie patyczkuje, jest władcą umysłów, a jego bezwzględność sprawia, że na przykład oglądając "Ptaki" nie mogłem siedzieć spokojnie, wiedząc, że ktoś przeżyje "bo jest głównym bohaterem". Hitchcock nie ma takich sentymentów. /SPOILER
Fargo (1996) reż. Bracia Coen
"Fargo" od początku do końca oglądałem tylko raz 4 lata temu. Ten jeden seans wystarczył mi, żeby włączyć go w poczet moich "filmów na 10". Co sprawiło, że film zasłużył na tak wysoką ocenę?
Po pierwsze Coenowie bawią się z przekraczaniem granicy między fikcją i rzeczywistością. Napisy początkowe informują nas o tym, że jest to film oparty na faktach. Przy całej brutalności tej historii ma to tym większe oddziaływanie. Cała zabawa polega na tym, że wspomniane fakty to jedynie wymysł Coenów, co z tego skoro wydaje się to być takie rzeczywiste? Tym co mnie urzekło w "Fargo" są dialogi i bohaterowie. To w większości idioci, którzy mają durne pomysły i często uciekają się do użycia siły, gdy mają problem z rozwiązaniem swoich problemów. To kolejny po "Psychozie" film, w którym nikt nie może czuć się bezpieczny, bohaterowie padają bowiem jak muchy, ale nie brutalność czy śmiertelność bohaterów decyduje o tym, że film się pamięta. Mnie w pamięci pozostały dwie sceny. Jedna to scena przesłuchania dwóch dziewczyn, z którymi uciekający zabójcy spędzili noc
Przesłuchanie dziewczyn... ya.
Druga, mam ochotę klaskać ilekroć ją obejrzę, to scena rozmowy policjanta z mieszkającym w sąsiedztwie mężczyzną, który wie, gdzie ukrywają się bandyci.
Chit-chat
Coenowie są mistrzami w pokazywaniu ludzkiej głupoty i tego jaki problem można mieć z hierarchizowaniem świata. To co w tym drugim fragmencie jest najbardziej uderzające, to swoboda z jaką rozmowa z tematyki morderstw schodzi na pogodę. Mnie to miażdży.
Łowca Androidów (1982) reż. Ridley Scott
To jeden z tych filmów, do których się dojrzewa. Pamiętam jak dawno temu tata po raz pierwszy obejrzał ze mną "Łowcę...", wtedy w wersji producenckiej. Film mi się spodobał, ale raczej nie zostało ze mną nic poza pojedynczymi obrazami: Harrisona Forda w deszczu, psychopatycznego Rutgera Hauera. Po latach wróciliśmy do niego, z przyczyn, których nie pamiętam i obejrzeliśmy wtedy wersję reżyserską (czego dowiedziałem się dopiero po fakcie). Jest to fakt o tyle istotny, że wersje te (poza pewnymi istotnymi szczegółami, których nie zdradzę) różnią się obecnością narracji z offu i zakończeniem. Wpływ tego drugiego na wrażenie z jakim pozostawia cię produkcja Scotta jest ogromny. Pamiętałem zakończenie "oryginału" Deckard i Rachael jadą śmiesznym samochodzikiem w słoneczny dzień, a Deckard opowiada z offu o tym, jak to okazało się, że Rachael nie umrze (replikanci mieli bowiem wbudowany 4 letni okres działania) i wszystko będzie fajnie. Zakończenie reżyserskie tymczasem urywa film, nie dopowiadając takich rzeczy. Dzisiaj wiem, że jest to zdecydowanie lepsze pod względem dramaturgicznym zakończenie, co zresztą można było wywnioskować z szoku, który przeżyłem, gdy nagle zobaczyłem napisy końcowe, a do moich uszu doszła niepokojąca muzyka Vangelisa (świetna ścieżka dźwiękowa swoją drogą).
"Blade Runner" jest filmem ważnym, dlatego że to przykład idealnie wyważonego science-fiction, balansującego między intrygą, a refleksją nad tematami ważnymi (element obowiązkowy w tym gatunku opowieści). Pokazuje on także potęgę analogowych efektów specjalnych. Mimo ponad 30 lat, które minęły od czasu premiery film ani trochę się nie zestarzał i chociaż pokazuje rok 2019, a perspektywa stworzenia sztucznego człowieka i kolonizowania innych planet jest raczej mglista, to cała struktura świata jest dziwnie podobna do tego co zobaczyć możemy na ulicach: stroje, fryzury, wszędobylskie neony i reklamy. To także przykład filmu, moim zdaniem, lepszego od książki, bowiem powieść Dicka "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" była bardzo chaotyczna, a w "Łowcy..." czuć realizatorską precyzję.
By jeszcze lepiej zrozumieć fenomen tego filmu, polecam obejrzenie dokumentu o jego powstawaniu "Dangerous Days: Making Blade Runner", do zdobycia w specjalnej edycji dvd, którą do dziś można zdobyć w sklepach.
Mandarynki (2013) reż. Zaza Urushadze
Na chwilę opuścimy Amerykę, by przyjrzeć się temu estońsko-gruzińskiemu filmowi, który zrobił na mnie ogromne wrażenie podczas 41. Ińskiego Lata Filmowego (otrzymał tam również nagrodę). Dzięki tej kameralnej opowieści o konflikcie gruzińsko-abchazkim zrozumiałem, że kino artystyczne (bo je utożsamia się automatycznie z kinem europejskim) nie tylko nie różni się pod względem narracyjnym od produkcji Zachodnich, ale niesie często wiele więcej wartości. Dokładnie z tego powodu umieszczam go na swojej liście. To film, który urzeka, wciąga i skłania do refleksji, a jednocześnie otwiera oczy na inne kinematografie. Warto go zobaczyć, żeby przezwyciężyć dręczące z pewnością wielu poczucie, że "kino artystyczne to nudy". Otóż nie i "Mandarynki" pokazują dlaczego.
Nie wiem jak długo, ale film zobaczyć możecie TUTAJ, więc hej! czemu nie zrobić tego dziś?
Sokół Maltański (1941) reż. John Hudson
Ten film zasługuje na miejsce na liście z kilka względów. Po pierwsze jest to film noir, jeśli ktoś nie wie czym jest film noir, to jest to doskonały przykład tego gatunku. Po drugie gra w nim Humphrey Bogart. Z Bogartem jest trochę jak z Marylin Monroe, tzn. wszyscy o nim słyszeli, ale już nie każdy widział jakiś jego film. "Sokół Maltańskich" to jeden z Bogartowskich klasyków (obok "Casablanki" i "Wielkiego Snu"), gdzie aktor ten kreuje postać, którą gra w kilku innych tytułach (chociażby wymienionych przed chwilą). Po trzecie, choć ma to związek z "po pierwszym" jest tu niesamowity klimat: gęsta atmosfera, intrygujące postaci i te dialogi... Zdanie zamykające "Sokoła Maltańskiego" uważam za jedno z lepszych ostatnich zdań ze wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.
Pociąg (1959) reż. Jerzy Kawalerowicz
Kolejny film, który widziałem tylko raz, ale do którego mam wielką ochotę powrócić, bo od razu mnie kupił. "Pociąg" Kawalerowicza to przykład tego, że w Polsce mogą powstawać absolutnie genialne filmy, które spokojnie możemy nazywać "arcydziełami". Dobrze też, że film ten występuje w bezpośrednim sąsiedztwie "Sokoła Maltańskiego", bo nie brak tu elementów wspólnych. To co łączy dzieło Kawalerowicza z kinem noir to estetyka i główny bohater. Akcja filmu dzieje się przede wszystkich w jadących wagonach, kręcony jest więc w bardzo bliskich planach, bo na niewielkich powierzchniach, duży akcent położony jest zatem na grę aktorską. I tu docieramy do tego, co w tym filmie takiego wspaniałego. Nie zrozumie się fenomenu Leona Niemczyka (którego pewnie większość z was zna jako "Króla Sedesów" z "Chłopaki nie płaczą"), jeśli nie zobaczy się "Pociągu"... i "Noża w wodzie", ale o tym może innym razem. Niemczyk noszący ciemne okulary, buduje postać tajemniczą, która przez jego grę aktorską zapada w pamięć na długie lata i robi nie mniejsze wrażenie niż "Bogart" w "Casablance" czy "Sokole". "Pociąg" to pozycja obowiązkowa, jeśli chce się cokolwiek powiedzieć o tym jakie to polskie kino nie jest... to film, który pokazuje jakie może być. I za to dozgonna wdzięczność.
Martwe Zło (1,2 i 0) reż. Sam Raimi
Znowu powracamy do Ameryki. "Martwe Zła" (l.mn.) obejrzałem niedawno, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie jako osobie żywo zainteresowanej filmem oraz jego powstawaniem (również od strony praktycznej). "Martwego Zła" nie można obejrzeć i na tym zakończyć, dla całościowego oglądu warto zobaczyć "Martwe Zło 2", które jest tym czym mogła być jedynka, gdyby miała większy budżet, a także "Within the woods", czyli krótkometrażówkę, którą Raimi i Campbell zrobili, żeby pozyskać fundusze na realizację filmu.
"Martwe Zło" konstytuuje archetyp domku w głębi lasu oraz zamkniętych w nim nastolatków, którzy po kolei giną. Mamy więc cnotkę, mamy jej bardziej "otwartą" koleżankę. Jest boidudek i jest kozak. Akcenty oczywiście zmieniają się w czasie filmu. To co w tej produkcji ważne, to fakt, że powstając za małe pieniądze (bodajże 30 000$) zgarnęła miliony (też jakieś 30). Jest to przykład produkcji w zasadzie amatorskiej, która osiągnęła ogromny sukces, co w przypadku horrorów jest zjawiskiem występującym do dziś ("Paranormal Activity", "Blair Witch Project"). Już "Martwe Zło 2" jest filmem, który z tymi horrorowymi schematami sobie pogrywa, często je ironizując (czego dowodem fakt, że w zasadzie cała fabuła części pierwszej, w dwójce, będącej swoistym remakiem, rozegrana zostaje w trzy minuty). To również pozycja ważna ze względu na swojego bohatera, czyli Asha (granego przez Bruce'a Campbella). Dostarczane przez niego kwestie weszły do mowy potocznej i zostały dodatkowo wzmocnione przez nie mniej, a może nawet bardziej, ikonicznego bohatera jakim był Duke Nukem. "Martwe Zło" to film, który wciąż potrafi straszyć, "Martwe Zło 2" to film "epicki", który do dziś bawi i uczy, a "Within the woods" to ciekawostka dla tych wszystkich, którzy lubią oglądać making ofy, behind the scenesy, albo zastanawia się jak tanio zrobić straszny horror. Absolutnie warte zobaczenia.
Annie Hall (1977) reż. Woody Allen
Jestem kolekcjonerem filmów Woody'ego Allena, to zobaczenia wszystkich produkcji, które wyreżyserował brakuje mi trzech pozycji (co uważam za wynik bardzo dobry). Porównując jednak ze sobą kolejne tytuły nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nigdy nie udało mu się stworzyć nic lepszego niż "Annie Hall" właśnie.
"Annie Hall" opowiada o Alvym Singerze (Allen) i jego związku z Annie Hall (Diane Keaton). To film, bez którego współczesne komedie romantyczne, ze swoimi sprytno-inteligenckimi dialogami nie mogły by istnieć. Jeśli na przykład zestawi się ten film z "Kiedy Harry poznał Sally" to widać sporo podobieństw w bohaterach, sposobie narracji, fabule czy dialogach właśnie. Allen słynny jest ze swoich dialogów, które są niezwykle głębokie i erudycyjne. To także film, który w jeden z przyjemniejszych sposobów łamie zasadę czwartej ściany (zwracając się bezpośrednio do widza). Pamiętam jak lubiłem wracać do sceny, kiedy Singer stoi w kolejce i słucha wymądrzajęcego się mężczyzny stojącego za nim, rozwiązanie tej sytuacji było przekomiczne. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to film, który ma swoje mocne momenty, ale trochę zgrzyta jako całość. "Annie Hall" żartami i refleksjami Allena stoi i leży u podstaw tego, jak dzisiaj wyglądają filmy o relacjach damsko-męskich. To film dziś już niemal historyczny, który jednak ciągle jest wartościowy, a w kontekście współczesnych obrazów o podobnej tematyce, może nawet bardziej niż kiedyś.
Mordercza Opona (2010) reż. Quentin Dupieux
Do "Morderczej..." lubię wracać myślami. Umieściłem ją na mojej liście filmów, które dużo mówią o rozmówcy, a teraz dorzucam ją na ostatnią pozycję listy filmów, które warto obejrzeć by dowiedzieć się czegoś o kinematografii. "Mordercza Opona" to w zasadzie taki traktat, analiza pewnych zjawisk zachodzących na ekranie i przed nim - w świadomości widza. To produkcja głęboko ironiczna, o czym świadczy już pierwsza scena, gdy zwracając się wprost do widza (ach czyżby?) szeryf, pyta nas rzeczy z różnych filmów ("Dlaczego E.T jest brązowy?" "Dlaczego w <
I to już koniec mojej listy. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić część z was do obejrzenia przynajmniej części z tych pozycji. Jednocześnie przepraszam za wszystkie powtórzenia ("to") i błędy, ale to mój najdłuższy tekst od bardzo dawna i jako, że chcę się zmieścić w sobotnich ramach, nie czytałem go ponownie.
Tematów do wypowiedzi w tym tygodniu mam dziwnie sporo, więc możliwe, że do wtorku pojawi się tu coś jeszcze. Stay tuned!










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz