Jakiś czas temu stałem się zapalonym czytaczem komiksów. Zaczęło się, prawdopodobnie, od filmu. Jeszcze w liceum sięgnąłem po kilka części komiksu Mike'a Mignoli o Hellboyu, które wówczas wydały mi się uboższe w stosunku do filmu, jednak posiadały specyficzny klimacik, który gdzieś we mnie osiadł, nie pozwalając o serii zapomnieć.
Jakieś dwa lata temu, gdy byłem na swoim pierwszym Pyrkonie trafiłem na prelekcję pana, który w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu zajmuje się zbiorem komiksów. Opowiadał o kolekcji, o tym skąd się wzięła, w jaki sposób się powiększa, trochę o tym jak z niej korzystać... Pan miał na imię Rafał, a ja potrzebowałem kolejnego roku, żeby wreszcie się tam wybrać.
Zrobiłem to przy okazji przygotowań do mojej prelekcji przy okazji seansu "Scott Pilgrim kontra świat" i przeczytałem wtedy dwa tomy przygód Scotta Pilgrima, który jest nerdowym, kanadyjskim dwudziestokilkulatkiem. Tak jak George Orwell umieszczając słowo "orgazm" na bodajże szóstej stronie "Roku 1984" zmienił moje postrzeganie książek (okazało się, że nie to nie tylko nudne lektury szkolne), tak Brian Lee O'Malley zachęcił mnie do zagłębiania się w świat komiksów. Słuszność tego kierunku potwierdził Adrian Tomine, ale największe wrażenie dotychczas, zrobiły chyba na mnie powieści graficzne Alana Moore'a, z którego nazwiskiem prawdopodobnie wielu z was już gdzieś się spotkało.
Alan Moore jest autorem scenariuszy do takich komiksów jak "Strażnicy", "V jak Vendetta" czy "Liga Niezwykłych Dżentelmenów". Trzy tytuły najlepiej chyba znane, ze względu na filmowe adaptacje, których się doczekały. Sam Moore za kinem nie przepada, gdyż uważa, że istnieją lepsze media oraz formy spędzania czasu. Poza tym miał nieprzyjemności związane z adaptowaniem jego prac. Widziałem te trzy filmy i muszę przyznać... miał podstawy.
Na "V jak Vendetta" byłem w kinie, ocenę na Filmwebie mam z 2008 roku. "7" czyli nawet jako nastolatek film mnie nie oszołomił. Powieść Moore'a i Davida Lloyda skończyłem czytać dzisiaj i o ile początek ma odrobinę niezgrabny (komiks pojawiał się od 1982 roku do 1988, miał więc czas ewoluować), to jako całość robi potężne wrażenie.
Jest to wizja przyszłości dziejąca się pod koniec lat 90', kiedy to Anglia jest w zasadzie jedynym krajem ocalałym po wojnie nuklearnej. Panuje w niej ustrój totalitarny, na którego czele stoi dyktator, kontrolujący wszystko za pomocą superkomputera Fatum oraz poszczególnych departamentów inwigilujących obywateli. V jest tajemniczym terrorystą, który postanawia obalić reżim.
Powieść Moore'a i Lloyda jest mroczna, przesiąknięta cytatami (Szekspiry i inne) i skłaniająca do refleksji. To jeden z tych utworów, który pokazuje co się dzieje, gdy ludzie godzą się z sytuacją, na którą godzić się nie powinni, gdy unikają wzięcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie. To także tekst, udowadniający, że komiksy mogą dotykać trudnych tematów i wychodzić zwycięsko ze starcia z nimi. Z tego co pamiętam film Jamesa McTeigue'a, choć nie był zupełnie pozbawiony polityczno-społecznej refleksji, skupiał się raczej na akcji i pokazywaniu spektakularnych starć V z oddziałami policji.
Podobnie rzecz się ma ze "Strażnikami" Zacka Snydera, którzy po obejrzeniu stali się dla mnie jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) filmem o superbohaterach. Fakt, duża była w tym zasługa głównego złego, którego tożsamości nie wyjawię, gdyż jest to pewne zaskoczenie, jednak nie tak duże jak sposób w jaki "zagina" on głównych bohaterów. "Strażnicy" portretują świat, w którym superbohaterowie to w większości byli funkcjonariusze prawa, wkładający kostium by poza prawem móc walczyć z przestępczością. Ich czas jednak w pewnym momencie dobiega końca i zostają zdelegalizowani (trochę jak w "Iniemamocnych" - wyczuwam inspirację ze strony scenarzystów Pixara), ktoś jednak odnajduje byłych herosów i zaczyna ich zabijać...
Film Snydera podobał mi się ze względu na poważniejsze podejście do tematu i sprawne wymykanie się schematom. Świat, w którym funkcjonowali bohaterowie nie był czarno-biały, często ludzie mający bronić porządku podejmowali niejednoznaczne moralnie decyzje. Sami bohaterowie byli interesujący od posiadającego niemal boskie moce doktora Manhattana, którego wątek wprowadzał niemalże teologiczną refleksję po posiadającego żelazny kodeks moralny Rorschacha, którego metodom, chociaż brutalnym, nie można było odmówić skuteczności.
Kilka miesięcy temu przeczytałem jednak "Strażników" Moore'a i Gibbonsa i sorry Snyder, ale twój film ma się nijak. Powieść to cegła, spędziłem nad nią kilka kolejnych dni, po około dwie godziny w czytelni zagłębiając się w ten świat. Wątków jest tu mnóstwo, część z nich została zmieniona na potrzeby filmu, część byłaby trudna do przeniesienia, więc została zupełnie wycięta. To właśnie w tych wątkach dostawaliśmy jednak tło społeczne dla całej historii, czyli to, o co tak naprawdę w opowieści o "Strażnikach" chodziło. Dowiadywaliśmy się jak ludzie reagują na kolejne rewelacje o występkach bohaterów, jak media manipulują przekazami, jak za pomocą mediów zmienia się percepcja. Moore i Gibbons stworzyli cały świat, który wypełnili, mającymi własne życia postaciami uwiarygodniając całą historię. Znowu okazało się, że filmowcy postawili na akcję, na efekciarstwo pozbawiając swoją opowieść refleksji, która stanowiła tak naprawdę trzon wszystkiego.
Nie chodzi tu o pradawne pytanie "czy film jest lepszy od książki?". Rzadko jest, czasem jedynie bazując na tekście idzie w inne rejony, tak się stało z "Łowcą Androidów", który jest adaptacją książki Philipa K. Dicka "Czy Androidy śnią o elektrycznych łowcach?" tak było w przypadku filmu "Wróg" z Jake'iem Gyllenhaalem, który stanowił adaptację "Podwojenia" Jose Saramago. "Liga niezwykłych dżentelmenów" biorąc z komiksu jedynie postaci (a i tak dodając własne) poszła w zupełnie innym kierunku niż komiks i wyszła z tego kupa. Może filmowcy traktują komiksy jako zbiór pomysłów na fabuły czy bohaterów, albo po prostu znane marki, na których można dodatkowo zarobić. Dlatego o ile twórców filmowych adaptacji powieści Moore'a trudno mi nazwać artystami, ich utwory świadczą raczej o statusie "rzemieślnika", o tyle samego Moore'a artystą określę bez wahania.
I to artystą wielkiego formatu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz