niedziela, 13 września 2015

Kwestia konwencji, czyli potencjalne kije w d*pie

Ostatnio przy okazji radosnego skakania po kanałach trafiliśmy z matulą na "Klątwę Laleczki Chucky" z roku 2013. Żadne z nas nie ogląda raczej horrorów, mama się boi, ja zwykle ograniczam się do klasyki, bo za dużo fuszerki powstaje w tym gatunku. Nie mniej jednak, skoro zaczęliśmy już oglądać (bo prawdopodobnie spóźniliśmy się na planszę z tytułem, więc chcąc się dowiedzieć co to za film, czytaliśmy nazwiska kolejnych twórców), postanowiliśmy to przetrwać.

Nie jestem fanem serii, niedawno widziałem część pierwszą (przy okazji czego napisałem wpis o Głupich dorosłych i ich biednych dzieciach) i o ile mimo pewnych skrótów i szeleszczących papierem postaci nawet mi się podobało, o tyle przy "Klątwie...", która jest szóstą odsłoną serii załamywałem już ręce i co chwila wybuchałem śmiechem.

Horror jest gatunkiem filmowym, który wymaga od widza kilku rzeczy. Przede wszystkim, jeśli w historii występują wątki paranormalne, to widz, chcąc się dobrze bawić, musi zawiesić swoją niewiarę. To możliwe, że w szafie czai się potwór, że zmarli ożyli i chcą nas zjeść, że jakieś dziecko, zostało opętane, albo że dostało lalkę, w której tkwi dusza mordercy. Jest to część KONWENCJI (słowo klucz w niniejszym wpisie), która zakłada również występowanie innych motywów, by realizować założenia gatunku, a ostatecznie sprawniej straszyć. Niestety, z tworzeniem kina gatunkowego wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Najczęstsze jest takie, że realizując pewne schematy, twórca posłuży się kliszą, która przestała już spełniać swojej podstawowej roli i stała się raczej pustym, za to dobrze rozpoznawalnym znakiem, który burzy realność przedstawionego świata i wybija z toku narracji.

Zmarły niedawno Wes Craven w swoim kultowym już "Krzyku" postawił na autotematyczność. Jego bohaterowie oglądają dużo horrorów i nie wahają się ich dekonstruować. Głupia bohaterka zamiast wybiegać z domu, w którym jest morderca, wbiega na piętro skąd nie ma ucieczki. Jeśli, ktoś mówi, że zaraz wróci, to najprawdopodobniej zginie jako kolejny...


W "Klątwie Laleczki Chucky" takich motywów była cała masa i mam nadzieje, że nikt nie będzie miał mi za złe, że zacznę teraz rzucać spoilerami. Powrócił oczywiście motyw głupich dorosłych, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że z lalką, która pojawia się i znika w tajemniczych okolicznościach może być coś nie tak. Dziewczynka, która dostała lalkę jest natomiast pozbawiona jakiejkolwiek refleksji i kiedy Chucky rzuca w nią wulgaryzmami ta cieszy się i myśli, że nadal są najlepszymi przyjaciółmi. U wszystkich bohaterów szwankuje też świadomość przestrzeni (space awareness), ich oczy są w stanie skoncentrować się tylko na jednym punkcie, a szyja pozostaje nieruchoma. Ja rozumiem, że trzeba jakoś pchać akcję do przodu i że bohaterowie są do jakiegoś stopnia odczłowieczani na rzecz tworzenia z nich typów wnoszących coś w narrację, ale nie uwierzę, że kiedy siedzisz sobie na łóżku z laptopem, a twoja kochanka, która przez video czat pokazuje ci palcem na coś co jest za tobą, to nawet nie zerkniesz o co jej może chodzić. Albo że chodząc po opuszczonym strychu (na który weszłaś, bo zobaczyłaś uchylone drzwi, więc zamiast sprawdzić czy twojej córki faktycznie nie ma w łóżku, postanowiłaś eksplorować nowe terytoria zakładając, że tam właśnie ją znajdziesz) nie rozglądasz się dookoła. Ba, znajdując ogromny nóż schowany w ogrodniczkach lalki, kładziesz go obok niej i nigdy już nie patrzysz w jej stronę, bo coś odwróciło twoją uwagę. Szczytem idiotyzmu jest natomiast zdrapywanie makijażu z tejże lalki, która w cudowny sposób pojawiła się w nowym miejscu (kto ją tam przyniósł? a może sama się przyniosła? W takim razie albo zacznij krzyczeć na głupiego żartownisia, albo trzaśnij ją latarką w plastikowy łeb).



Gdy załamywałem ręce i śmiałem się z żałości moja mama stwierdziła, że to część konwencji. Otóż nie. Wielokrotnie pod moimi recenzjami filmwebowicze zarzucali mi nie rozpoznanie konwencji. Ostatnio nawet kazano mi (nie bezpośrednio, ale jednak) wyjąć sobie kij z dupy i dobrze się bawić, na filmie, który po to własnie powstał (Kryptonim U.N.C.L.E). Widzę konwencję, potrafię dostrzec, że coś stara się parodiować pewne motywy, co nie znaczy, że skoro jakiś aspekt został ujęty w nawias, to nie można go skrytykować za złą realizację. "Kryptonim..." odwoływał się do kina szpiegowskiego, ale na jego polu był średnią realizacją. "Klątwa..." musiała zmierzyć się z dorobkiem kinematograficznym sięgającym w zasadzie początków kina i nie popaść w schematyzm i przegrała na tym polu. To nie jest tak, że bohaterami filmu muszą być idioci, żeby dało się ich zabić i pchać akcję w przód. W "Coś za mną chodzi" podejście nastolatków do problemu jest całkiem realistyczne. Nie wiedzą co za nimi chodzi, wiedzą, że nie mogą dać się dotknąć. Kiedy więc w szkole pojawia się babcia ubrana w piżamę pacjenta i nie reaguje na mówienie do niej, to nie ma co ryzykować i trzeba spier*alać.

Na sam koniec krótka refleksja o dwóch filmach, przy których wiele osób ma prawdziwy problem z rozpoznaniem konwencji. "Dom w głębi lasu" i "Mordercza opona". Oba brzmią i wyglądają jak horrory, żaden z nich horrorem nie jest. Ten pierwszy to w zasadzie komedia, pastisz horrorów, wykorzystujący, ale też demaskujący gatunkowe schematu w czym tkwi jego wartość. Drugi tytuł, to film o filmie, śledzenie losów opony, jest pretekstem do swobodnych refleksji na temat tego jaka rolę pełni widz dla filmu oraz dlaczego pewnych rzeczy się w kinie unika.


I to jest brak zrozumienia, to czego niektórzy chcą, żebyśmy się nie czepiali, "bo taka była konwencja", to po prostu kiepskie filmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz