poniedziałek, 21 września 2015

"Młodość" Paolo Sorrentino - recenzja



Paolo Sorrentino tworzy od lat, jednak w masowej świadomości zaistniał dopiero rok temu, kiedy to "Wielkim Pięknem" zgarnął Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Kiedy więc na ekrany zawitała "Młodość" wszyscy "fani Sorrentino" rzucili się do kin. Słusznie, bo ten włoski artysta ma wszelkie predyspozycje do tego, by stać jednym z najważniejszych europejskich twórców.

Fabuła w "Młodości" właściwie nie istnieje. Nie ma tu jednej spójnej historii, która dąży do jakiegoś określonego z góry finału. Jest za to miejsce akcji - luksusowy ośrodek wypoczynkowy, do którego przybywają sławy z całego świata i są bohaterowie, których losy składają się na tę dwugodzinną opowieść. Na pierwszym planie oglądamy Michaela Caine'a oraz Harveya Keitela. Pierwszy wciela się w rolę apatycznego kompozytora, Freda Ballingera, który, choć stworzył w życiu wiele wspaniałych utworów pamiętany jest tylko z jednego, najbardziej przystępnego szerokiej publiczności. Jego przyjaciel - Mick, jest reżyserem, który wraz z grupką młodych scenarzystów opracowuje tekst swojego kolejnego dzieła, mającego być jego filmowym testamentem. Rachel Weisz wciela się w córkę Ballingera, wprowadzając do historii ważny wątek rodzinny, z kolei grający znanego aktora Paul Dano, to cichy obserwator, który zbiera doświadczenia innych bohaterów, co jakiś czas je komentując.

Film Sorrentino już samym zamysłem celuje w wielkość. Pod pewnymi względami jest bardzo podobny do "Wielkiego Piękna": bardzo spokojna narracja, refleksyjne, filozoficzne niemal dialogi, piękna muzyka dodająca obrazowi klimatu, no i oczywiście zachwycające zdjęcia. Wszystkie te przymiotniki wydawać się mogą puste, czy bardzo subiektywne, "Młodość" stworzona została bowiem po to, by zachwycać i trudno z początku odbierać ją na poziomie innym niż emocjonalny. Warstwa merytoryczna filmu jest jednak bardzo bogata. Przez ilość bohaterów, również tych epizodycznych, poruszanych jest tu wiele, różnorodnych wątków. Głównym jest oczywiście kwestia spuścizny, jaką człowiek, a zwłaszcza twórca, pozostawia po sobie na świecie, czy z jaką jest utożsamiany. Większość bohaterów zmaga się tu z problemem niezrozumienia. Ballinger nagrał "Simple Songs" i teraz Królowa Wielkiej Brytanii chce, żeby zagrano to na urodzinach księcia Filipa. Mick popełnił w swojej filmografii wiele gniotów, dlatego tak bardzo zabiega o stworzenie wieńczącego jego karierę arcydzieła. Jimmy Tree (Dano) pracował z największymi reżyserami, ale i tak publiczność kojarzy go głównie z roli Mistera Q, robota, którego kostium zakrywał nawet twarz aktora. Sorrentino dodaje do tego postać masażystki, które reprezentuje skrajnie inną postawę życiową i w pewnym sensie najbliższa będzie tym widzom, którzy oglądając losy bohaterów-artystów odczują strach przed byciem zwyczajnym.

W warstwie technicznej wszystko w "Młodości" jest z najwyższej półki. Na uwagę zasługują przede wszystkim aktorzy, z których każdy miał szansę pokazać na co tak naprawdę go stać. Najlepiej widać to u Michaela Caine'a, przez ostatnie lata grającego mądrych starszych panów (głównie w filmach Nolana). U Sorrentino wciela się w bohatera, który zmęczony jest takim wizerunkiem, w związku z czym zaczyna włóczyć się bez celu, a w jego wypowiedziach książkowe mądrości ustępują pola życiowym obserwacjom, często o wydźwięku humorystycznym. Kroku dotrzymuje mu Keitel, który najlepsze role ma już prawdopodobnie za sobą, jednak w kinie mniej mainstreamowym ("Kongres" Folmana, "Grand Budapest Hotel" Andersona [zanim okazał się być hitem, ale to pierwszy szał na taką skalę w przypadku Andersona]) od kilku lat udowadnia, że chociaż jego nazwisko nie sprzedaje już filmów, to wciąż niesie ze sobą jakość. Także Rachel Weisz zdecydowanie więcej pokazuje w filmach bardziej artystycznych (ostatnio chociażby "Lobster"), Paul Dano z kolei konsekwentnie buduje swoją markę i trzeba przyznać, że idzie mu to co raz lepiej.

"Młodość" to film, na którym albo zaśniecie, albo go pokochacie. Jeśli zaśniecie to prawdopodobnie nie zgodzicie się z ani jednym słowem, napisanym przeze mnie w tej recenzji, a filmy, które się przez nią przewinęły omijaliście do tej pory z daleka. Jeśli natomiast jesteście fanami "Wielkiego Piękna", a kino zdarza się wam traktować jak poezję, przy której można odpocząć, to "Młodości" nie możecie przegapić. Nie tylko dlatego, że teraz wiele osób będzie się nią zachwycać i prawdopodobnie zgarnie worek nagród. Głównie dlatego, że to film, który przypomina w jaki sposób kino może być sztuką, a to coś czego doświadczać możemy co raz rzadziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz