niedziela, 20 września 2015

Problem z konwentami, czyli co mogłoby być lepsze.

Dzisiaj w nocy wróciłem z Torunia, w którym odbywa się jeszcze Copernicon, czyli konwent fantastyki. Nie mam dużego konwentowego doświadczenia, byłem raptem na dwóch Pyrkonach, dwóch PDFach (Poznańskie Dni Fantastyki) i tym jednym wczorajszym wydarzeniu. Nigdy nie uważałem się za nerda, grałem w gry komputerowe, od czasu do czasu gram w nie nadal. Przerzuciłem się na planszówki, ostatnio zacząłem czytać komiksy i jestem co prawda na bieżąco z chyba wszystkimi filmami Marvela i DC, natomiast nie jestem fanem. Moje filmowa pasja zawsze jednak korespondowała jakoś z tym, co można znaleźć na konwentach, toteż na mój pierwszy Pyrkon trzy lata temu wybrałem się z wielkim entuzjazmem, na drugi z mniejszym, tegoroczny odpuściłem... Dlaczego?

Moje doświadczenie z konwentami ma swój początek w tym samym czasie, co rozpoczęcie przeze mnie studiów. Piszę to dlatego, że prawdopodobnie niezależnie od uczelni, jeśli tylko mieliście styczność z akademickim sposobem przekazywania wiedzy, to w jakiś sposób zmieniła ona wasze przyzwyczajenia. Siedzenie przez półtorej godziny i słuchanie jak ktoś się produkuje, w dodatku podpierając się źródłami, zmienia pojęcie o przekazywaniu informacji. Do końca liceum niewielu nauczycieli darzyłem autorytetem. Na studiach, nawet jeśli nudziły mnie wykłady, czy uważałem kogoś za średniego wykładowcę, to u większości podziwiałem wiedzę. Po co to piszę? Bo problem nie wywieraniem wrażenia osoby, która zna się na tym o czym mówi, to chyba najpoważniejszy zarzut wobec konwentowych prelegentów.

Rozumiem, ludzie różnie znoszą stres, nie wszyscy przyzwyczajeni są do występowania przed innymi ludźmi, czasem też coś się schrzani i prelekcja nie zaczyna się tak jak powinna. To wszystko są okoliczności łagodzące, natomiast w momencie, w którym wchodzę na prelekcję z tematu, którego nie jestem znawcą (czyli całego mnóstwa zagadnień), a jednak na podstawie własnej wiedzy, mam wątpliwości czy osoba prezentująca wie o czym mówi, to coś jest chyba nie tak.

Wczoraj wyszedłem z dwóch prelekcji, jedna dotyczyła starych filmów o superbohaterach, druga roli antybohaterów w filmie. Ta pierwsza zaczęła się zerwaniem ekranu i problemami z odpaleniem prezentacji. Abstrahując od tego, że w środowisku fantastycznym często brakuje poczucia profesjonalizmu i nikt nie powiedział nam "Jak państwo widzą, mamy problemy techniczne, przepraszamy, za chwilę zaczniemy", a zamiast tego cała akcja rozgrywała się na naszych oczach,  bo przez organizatorów była traktowana jak żart, to kiedy prelegentka zaczęła mówić o filmie "Batman" z 1966 roku witki mi opadły. Pech chciał, że widziałem ten film i znam kontekst, w którym powstał. Stary "Batman" to przykład filmu campowego, to znaczy takiego, który nobilituje zły gust, kicz i nieudolność i na tym buduje swoją narrację. Zrealizowanie filmu o tym bohaterze w takiej konwencji, było konsekwencją nie myślenia o komiksach w sposób poważny. Nie dotyczy to zresztą tylko Batmana, podobny los spotkał chociażby "Barbarellę". Z prelekcji dowiedziałem się natomiast, że "film jest świetny", "tak wtedy robiono filmy" i "jest to produkcja klasy Z" (szczerze wątpię, żeby przenoszenie na wielki ekran popularnego serialu o jednym z najpopularniejszych superbohaterów można uznać za kino klasy Z, którym to określeniem można by zbyć na przykład taki film jak "Zabójcze ryjówki").

Ja rozumiem, że można się jarać jakimś tematem, rozumiem, że środowisko dąży do zacieśniania więzi (na przykład na Pyrkonach preferuje się zwracanie na "ty" zamiast form grzecznościowych), co nie znaczy, że opowiadanie o czymś nie wymaga robienia researchu czy operowania szerszym zakresem pojęciowym niż "super" i "beznadziejny" (które to określenia reprezentują zresztą subiektywną opinię, niewiele wnoszącą w życie osób, nie znających osobiście autora słów). Jako osoba, która z każdy kolejnym zetknięciem ze środowiskiem fantastycznym, czuje się od niego co raz bardziej oddalać, życzyłbym sobie, żeby ktoś pomyślał o ludziach takich jak ja. Ludziach, którzy niekoniecznie są podjarani tematami, którzy są nimi zainteresowani i szukają nowych tropów, ale których trzeba zachęcić w sposób inny niż mówienie "super, musisz zobaczyć". Myślę, że jest to coś, co organizatorzy konwentów powinni rozważyć (wprowadzając choćby jakieś wymogi odnośnie przygotowania prelekcji), bo chociaż taki Pyrkon z roku na rok przyciąga co raz więcej ludzi, to jednocześnie staje się środowiskiem bardzo hermetycznym.

Fantaści wychodzą z cienia, jednak nie staną się grupą respektowaną, której zdanie może być brane pod uwagę, jeśli te same osoby, na wszystkich możliwych konwentach będą robić te same prelekcje przez kilka lat z rzędu. Nie zmieni się to również, jeśli poziom merytoryczny prelekcji nie stanie wreszcie na jakimś przyzwoitym poziomie. Bo co z tego, że ludzi przyciągnie temat, jeśli wyjdą stwierdzając, że pieniądze wydane na wejście, nie zwróciły się w wartości doświadczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz