Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, albo nie wyczytał tego między wierszami poprzednich postów - pracuję w kinie.
Ostatnio po seansie "Nienawistnej ósemki" podszedł do mnie dwudziestokilkulatek i zapytał czy po napisach końcowych będzie jeszcze jakaś scena. Szybko odpowiedziałem, że nie, kierując się tym, że jest to film Tarantino, a on nie uskutecznia takich praktyk (albo ja żyję w błogiej nieświadomości myśląc, że tego nie robi). Przyznaję, miałem w tym ukryty motyw. chodziło o opróżnienie sali z widzów. Pytający nie uwierzył mi jednak, być może odpowiedziałem zbyt szybko, dopytał więc czy aby na pewno. Wtedy powiedziałem, że owszem i że poza tym to Tarantino, a on tego raczej nie robi.
Nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś pyta mnie w kinie studyjnym o scenę po napisach. Podkreślam studyjność mojego kina, gdyż praktyka umieszczania dodatkowych scen kojarzy mi się raczej z produkcjami, które oglądać można w multipleksach, ale też raczej z wielkimi blockbusterami takimi jak "Avengers" na przykład, chociaż podobno graliśmy jakiś film, który taką scenę miał...
Dziwią mnie, ale i w pewien sposób smucą takie pytania, zwłaszcza jeśli słyszę je po filmie, który sam widziałem i który bardzo mi się podobał. Z mojego punktu widzenia pytanie o scenę po napisach oznacza jedną z dwóch albo obie rzeczy:
a) Po seansie towarzyszy nam poczucie niedomknięcia, dlatego chcielibyśmy zobaczyć aftercreditsa, żeby wiedzieć, ze to już wszystko albo że powstaną kolejne części.
b) Wpisujemy film w szereg produkcji, na których tle raczej się on nie wyróżnia, więc może posiadać "modną" scenę po napisach.
Oczywiście jest to moje subiektywne zdanie, ale na przykład pytanie o taką scenę po nowym filmie Tarantino mnie lekko ubodło. Po pierwsze to Tarantino, twórca, który z pewnością nie jest, a na pewno nie był standardowym reżyserem-scenarzystą w latach swojej świetności, człowiek, który w jakimś sensie zrewolucjonizował spojrzenie na kino. Zrobienie przez niego sceny po napisach, byłoby czymś co internetowe trolle lubią określać mianem "sprzedania się". Po drugie "Nienawistna ósemka" jest dziełem zamkniętym. Wszystkie wątki znajdują swój finał, po ostatniej scenie nie pozostaje już nic do dopowiedzenia, nie jestem w stanie wymyślić nic, co mogłoby się znaleźć w scenie po napisach do tego filmu.
Sceny po napisach to twór specyficzny, upierdliwy dla obsługi kina, ale przede wszystkim specyficzny z kinematograficznego punktu widzenia. Takie sceny pojawiają się najczęściej w komediach, animacjach albo filmach "serialowych" (takich np. jak filmy Marvela). Osobiście byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że w dramacie/thrillerze "Przetrwanie" z Liamem Neesonem jest taka scena. Okazało się zresztą, że nie jest ona zbyt treściwa. W zasadzie dopowiada ona to, co wiemy tuż przed tym, nim pojawią się napisy, a gdy ekran już stał się czarny. Z kolei scena po napisach w "Krainie Lodu" była dla mnie przyjemnym zakończeniem. Obejrzałem ten film bodajże dwa razy nim się o niej dowiedziałem (a dowiedziałem się o niej sprzątając salę z popcornu w multipleksie). Film miał typowo bajkowy happy ending, dopowiadanie czegokolwiek byłoby rozpoczynaniem nowej historii, dlatego w scenie po napisach cofamy się niejako do bohaterów zasygnalizowanych, ale zgubionych gdzieś w toku trwania filmu, by mogli oni pokazać ostatni, wieńczący całość gag. Jest to scena urocza i sympatyczna, natomiast stanowi zupełny dodatek.
Ostatnio chodząc na filmy Marvela nie mam już ochoty wysiadywać do końca napisów (zwłaszcza, że filmy te robi miliard osób i wymienienie ich wszystkich zajmuje pięć minut minimum), bo wiem że zmieniła się polityka zawartych tam historii. W tak zwanej "pierwszej fazie" po napisach pokazywane były sceny zapowiadające kolejne filmy: do Tony'ego Starka przychodził Nick Fury mówiąc mu o Avengers, na pustyni odkrywano młot Thora, okazywało się, że Loki czai się na tessaract... Mniej więcej od pierwszych "Avengersów" formuła się zmieniła i mamy do czynienia już z dwiema scenami, pierwszą po "krótkich" napisach (główni aktorzy, reżyser, itp) i to w tej zapowiadany jest kolejny film i drugą, w której nie dzieje się zwykle nic istotnego, ale ma być heheszkowo. I tak po "Avengersach" Thanos się do nas uśmiechał, a potem Avengersi jedli shawarmę, po Thorze cośtamsię działo, a potem Thor przybywał pocałować Natalie Portman, po Kapitanie Ameryce dowiadywaliśmy się, że Quicksilver i Scarlet Witch są uwięzieni, a później Kapitan łaził sobie po swoim muzeum... a po "Avengersach 2" był znowu Thanos, a potem nic... chyba, że obsługa kina i mnie oszukała! :O
Puentą do tej raczej luźnej refleksji niech będzie moje ulubione zdanie z "Matrixa" (a tak naprawdę z wiersza Thomasa Graya jak donosi wikipedia) "Ignorancja to błogosławieństwo", jeśli film mi się podoba, to nie potrzebuję dodawać do niego kolejnych scen, zamieniając jakoby coś co polubiłem w baner reklamowy dla produkcji z tego samego studia. Jeśli mnie nie zachwycił, cóż... wtedy najprawdopodobniej chcę szybko wyjść z kina i bardzo nie obchodzi mnie co jeszcze producenci mają mi do zaoferowania. Mimo, że siedząc na sali kinowej mamy raczej niewielki wpływ na nasz seans (możemy ewentualnie wyjść z sali albo zakryć oczy, jeśli coś nam się nie podoba), o tyle po seansie, gdy światła już się zapalają, to całkowita wolność wyboru... Myślę, że znacznie fajniej jest zobaczyć taką scenę po jakimś czasie i być mile zaskoczonym, niż przesiadywać przez napisy końcowe i się zawieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz