czwartek, 11 lutego 2016

Dlaczego nie powinniście iść na "Widzę, widzę"

"Widzę, widzę" austriacki "horror" Severina Fiala i Veronici Franz obejrzałem już prawie miesiąc temu, jednak dopiero teraz wchodzi on na ekrany naszych kin. Nie napisałem recenzji, a swoje zabieranie głosy w kwestii tego "dzieła" chciałem ograniczyć do odradzenia go wszystkim moim znajomym, którzy akurat znaleźli się w pobliżu. Ostatnimi czasy Stowarzyszenie Nowe Horyzonty nasiliło jednak akcję promocyjną filmu zalewając informacjami o nim swój fanpage i Instagrama, co trochę mnie zirytowało, więc postanowiłem wrócić do tematu.

Gwoli jasności - jasne, mógłbym przestać obserwować tenże fanpage i tegoż instagrama (to drugie zrobiłem) chodzi jednak o pewną... nachalność przekazu? Nowe Horyzonty to jak być może wiecie festiwal we Wrocławiu (ale też stowarzyszenie dystrybuujące potem filmy, z tego festiwalu, organizujące pokazy dla dzieciów i takie tam), a ja planuję się tam ponownie wybrać, więc chciałbym wiedzieć co w trawie piszczy. Kiedy natomiast wchodzę na Instagrama i trzy kolejne zdjęcia to fragmenty wielkiego plakatu "Widzę, widzę" (wielkiego, bo wykorzystującego 12 zdjęć i widocznego w całej okazałości dopiero po wejściu na profil Horyzontów: https://www.instagram.com/mff_nowehoryzonty/) osobno nie mające większego sensu, to jeszcze bardziej się irytuję. Przejdźmy jednak do tematu.



"Widzę, widzę" trwa godzinę i czterdzieści minut oferując w tym czasie ładne widoczki i opowieść o dwóch chłopcach, którzy mieszkają w domku/willi na totalnym odludzi ze swoją zabandażowaną na twarzy matką (kobieta miała wypadek, przeszła rekonstrukcję twarzy). Chłopaczki zaczynają się trochę cykać, bo coś im w matce nie gra, matka zaczyna być agresywna, bo nie wie jak sobie z dzieciorami poradzić. Napięcie teoretycznie rośnie, prowadząc do finału w stylu torture porn (taka art-house'owa "Piła" przez ostatnie 20 minut).

Brzmi super? Niekoniecznie jeśli dodam, że film przez te 1,5 godziny oferuje w zasadzie jedną, jedyną tajemnicę, którą da się rozkminić w drugiej scenie filmu. Ta jedna tajemnica, mająca stanowić absolutnie zaskakujący twist (co jak wynika z relacji internautów faktycznie czasem ma miejsce... nie wiem skąd się biorą ci ludzie), rozwiązana zbyt wcześnie absolutnie rujnuje możliwość budowania napięcia. Taki widz może przestraszyć się ewentualnie dwóch jump-scare'ów, ale umówmy się, to raczej tani chwyt.

To nie jest tak, że jestem taki ąę i nie potrafię dać się ponieść opowieści i dlatego źle się bawiłem. Faktycznie ze względu na słowa mojej koleżanki, która powiedziała "Obejrzyj i daj potem znać, w którym momencie wiedziałeś o co chodzi", kiedy tylko film się zaczął i chłopiec zaczął biec przez pole kukurydzy zacząłem kombinować myśląc sobie "Aha, to pewnie nie tak, że on ucieka, tylko kogoś goni", więc automatycznie zacząłem szukać możliwego twista. W jakiejś piątek minucie miałem teorię, która potem była potwierdzana w prawie każdej kolejnej scenie. Naprawdę twórcy niby kreują tu jakąś zagadkę, ale są tak ewidentni w podsuwaniu tropów, że chyba tylko ktoś kto wyłącza myślenie na czas seansu (a to raczej nie jest tego typu film) albo osoba, która widziała mniej niż 10 filmów w swoim życiu może być zaskoczona w finale. Twórcy aranżują te sceny w taki a nie inny sposób chyba tylko po to, żeby przy ponownym obejrzeniu ktoś mógł powiedzieć "O kurcze! Nie zauważyłem tego wcześniej! Faktycznie!". Tylko komu będzie się chciało oglądać to coś drugi raz...



"Widzę, widzę" wygrało nagrodę publiczności na festiwalu, co, mimo słabego poziomu konkursu, nie świadczy zbyt dobrze o tej publiczności. Jasne, to film, który odwołuje się do gatunkowych wzorców z Zachodu, ojawia się w nim instytucja twista będącego chwytem z kina popularnego, a też ładne zdjęcia, co może stanowić dodatkowy walor. Wszystkie te rzeczy sprawiają, że nie jest to kino snobistyczne, które pozuje na wielką sztukę, udaje, że ma ukryty przekaz i jest takie "och i ach" (takich filmów w konkursie była większość), ale przystępne dla "przeciętnego" widza (mam jednak wrażenie, że większość widzów z NH obraziłoby się na określenie ich mianem "przeciętnych"). Nie zmienia to jednak faktu, że twórcy uważają swoich widzów za naiwniaków, którzy nic w życiu nie widzieli, a już na pewno nie tych kilka kultowych tytułów, które wzniosły twist na wyżyny.

W ostatnich dwudziestu minutach film zmienia totalnie klimat i z budowania jakiegoś tam napięcia i wywoływania niepokoju, przechodzi w naturalizm połączony z brutalnością i wywołującym obrzydzenie. Jeśli ktoś lubi "Piły", w których podobno dzieją się takie rzeczy (ja nie lubię, więc widziałem tylko pierwszą), to zapraszam, ostatnie dwadzieścia minut to ból, krzyk i neurony lustrzane w natarciu. Jeśli natomiast nie bawi was realistyczna przemoc, a w dziesiątej minucie będziecie wiedzieć nie tylko o co w filmie chodzi, ale też jak się skończy, to spokojnie możecie wyjść po tych dziesięciu minutach. Naprawdę wiecie już wszystko.

Stanowczo odradzam wycieczkę do kina wszystkim tym, którzy szanują swoją inteligencję i nie lubią nudzić się w kinie. Chcecie coś porozkminiać? Obejrzyjcie sobie "Wroga" Villeneuve i zastanówcie się "O co chodzi w tym zakończeniu?", to jest film, który można oglądać dwukrotnie, a nie jakieś tam "Widzę, widzę". A porównywanie tego filmu do "Funny Games" Hanekego? Błagam... "Funny Games" miało przekaz i szanowało swojego widza (co objawiało się chociażby we wchodzeniu w dialog z nim). "Widzę, widzę" opiera się na szoku. W dodatku jest to szok, do którego twórcy nas konsekwentnie przygotowują. Po prostu nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz