niedziela, 20 lipca 2014

Czego oczekujemy od filmów, czyli dlaczego Bayowi czasem coś wyjdzie, a Harry Potter nie jest taki zły

Postanowiłem jednak prześledzić moje filmów oglądanie w okresach wakacyjnych na przestrzeni pięciu lat i okazało się, że średnia wynosi jakieś 39 filmów, więc powiedzmy, że taki jest mój rzeczywisty cel (na ten moment 12/39).

Obejrzałem ostatnio dwa filmy, których nie oglądałem od dziesięciu i prawie dziesięciu lat (chyba na obu byłem w kinie) i musiałem zweryfikować zapamiętane przez siebie wrażenia o nich. Mowa o "Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu" w reżyserii Alfonso Cuarona (ostatnio "Grawitacja") i "Wyspie" Michaela Baya (ostatnio "Orgie komputerowo generowanych robotów 4"). Zacznę może od tego drugiego.


Generalnie za twórczością Baya nie przepadam i choć kiedy byłem młodszy z przyjemnością oglądałem "Armageddon" i "Transformersy" to od momentu obejrzenia części drugiej serii bazującej na produktach Hasbro zrozumiałem na czym polega różnica między artystą a rzemieślnikiem. "Wyspę" zapamiętałem jednak jako przyjemny film akcji/sf z niegłupim przesłaniem. Szczegółów mi brakowało, toteż po dziewięciu latach odkrywałem ten film na nowo, zwracając już uwagę na inne elementy. Cóż się okazało, "Wyspa" nie jest filmem złym. W internecie pojawiają się komentarze na temat zmarnowanego potencjału i z jednej strony nie sposób się z nimi nie zgodzić, bo faktycznie widać jak reżyser zmaga się z przydługim wstępem, psychologią postaci, żeby wreszcie poczuć się jak ryba w wodzie kiedy ma okazję do rozpierduchy. Z drugiej jednak strony, kiedy dzisiaj patrzę na przesłanie tego filmu, to widzę, że jest to raczej typowy przypadek kina science-fiction, które nastawione jest na rozrywkę, ale przez swoje założenia musi się podeprzeć jakąś ideologią. Twórcy nie odpowiadają na żadne pytania, a jedyne co nam mówią to "klon też człowiek", ewentualnie "ludzi nie można traktować przedmiotowo". Niezbyt to odkrywcze i niezbyt mocny ma wydźwięk, zwłaszcza w obliczu refleksji, która może nas dopaść podczas oglądania sceny finałowej. [SPOILER] Gdy klony dowiadują się, że Wyspy nie ma, a świat nie został skażony i wychodzą na wolność, to z jednej strony cieszymy się z nimi, bo wolność fajna sprawa, ale chwilę potem zastanawiamy się co dalej. Klony nie istnieją w rejestrach obywateli, nie wiedzą nic o świecie, niektóre wyglądają jak prezydent USA albo inna, wysoko postawiona osoba... Myśląc racjonalnie, raczej nie wróżymy im długiej przyszłości [/SPOILER]. W ten sposób, największa wartość została przeze mnie zakwestionowana, sprawiając, że raczej nie obejrzę tej pozycji po raz trzeci, jeżeli nie będę do tego zmuszony.


Z "Harrym Potterem 3" sprawa wyglądała dokładnie odwrotnie. Siedząc w kinowym fotelu w wieku jedenastu lat byłem oburzony, że twórcy filmu tak brzydko obeszli się z taką dobrą książką. Chodziło mi o odstępstwa od fabuły w rodzaju zobaczenia ponuraka jako kształt w chmurach, a nie psa na trybunach, co miało znaczenie dla końcowego wyjaśnienia o co z tym ponurakiem chodziło. Pewnie zirytowały mnie jeszcze jakieś pominięte wątki, ale książkę czytałem raz i to jeszcze przed premierą filmu, więc dziś już prawie nic nie pamiętam. Przez lata, które minęły od tego pamiętnego seansu nauczyłem się jednak oddzielać film od książki (a także poznałem różnicę miedzy adaptacją i ekranizacją - dzięki ci maturo z polskiego!), w związku z czym dziś nie oczekuję od twórców filmowych wiernego przeniesienia historii z jednego medium do drugiego, a raczej jestem ciekawy co potrafią oni z materiałem wyjściowym zrobić. Efekty potrafią być świetne, jak to miało miejsce w przypadku "Łowcy Androidów" czy "Kongresu", ale "Harry Potter i Więzień Azkabanu" też nie jest złym przykładem. Co rzuca mi się w oczy dzisiaj, to klimat jaki udało się stworzyć Cuaronowi. Trzecia część jest naprawdę magiczna. Chociaż pewne kwestie fabularne mogą pozostać niejasne, dla tych, którzy nie czytali książki, bo nie zostały na ekranie wytłumaczone, to w ich miejsce, dostajemy dużo króciutkich scenek, w których świat czarodziejów się urzeczywistnia. Choćby zmiany pór roku, które pokazywane są przez obraz Bijącej Wierzby, która zrzuca liście, albo strząsa z siebie śnieg. Z jednej strony chodzi o zobrazowanie upływu czasu, ale oglądanie zachowań Wierzby to także smaczek, który buduje atmosferę filmu. Nie będąc fanem serii o Harrym Potterze (najbardziej podobała mi się przedostatnia odsłona... finałowa część była w porządku) muszę przyznać, że "Więzień Azkabanu" faktycznie ma szansę na tytuł najlepszego filmu serii. W moim odczuciu "Insygnia Śmierci cz.1" wypadają lepiej, bo bronią się jako autonomiczny film, ale klimat "Więźnia..." to faktycznie duży wizerunkowy plus dla całej marki.

Czy jest jakaś puenta po tym całym wywodzie? Chyba tylko taka, że warto co jakiś czas odświeżać sobie pewne filmy i że nie warto bronić zaciekle swojej opinii, jeśli bazuje ona na wrażeniu sprzed lat, bo może się okazać, że dziś nasz pogląd byłby już zupełnie inny.

Udanej niedzieli ;)

2 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o Wyspę - spójrz na nią pod kątem podobieństw do.... Seksmisji. Kilka się znajdzie, prawda? Co prawda bociek jest zastąpiony wężem, ale jednak ;) Nie zmienia to faktu, że dla mnie to film z gatunku "do zapomnienia". Co do Cuarona - mam wrażenie, że kiedy dostaje on jakieś ramy, na których może się oprzeć, to idzie mu lepiej, bo klimat potrafi stworzyć znakomicie. Grawitacja przez niemal połowę filmu zapowiadała się nieźle - z błędami, ale nieźle. Później przyszły momenty "amerykańskiego przesłania" i niestety film spadł bardzo mocno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie rozwinąłem tego we wpisie, ale rozwinę tutaj skoro już poruszona została kwestia podobieństwa do innego filmu (bądź co bądź) sf. Twórczość oparta na wyobrażeniach przyszłości to bardzo dobra podstawa do pokazywania pewnych mechanizmów w sposób przerysowany, ale przez to bardziej klarowny. Każdy film sf musi mieć jakieś przesłanie, choćby nie wiem jak głupie (nawet Optimus Prime ma zawsze te swoje moralizatorskie mowy, które brzmią jakby mu je pisał Paulo Coelho), a że nasza wyobraźnia jest troszkę jednak ograniczona to tematy manipulacji genetycznych często się pojawiają (Kurt Vonnegut napisał co najmniej dwa opowiadania na ten temat, oba polecam, jedno nazywa się "NA1IE" drugiego tytułu nie pamiętam). A co do Cuarona. To jest tak trochę w twórczości, że jeśli masz jakieś wytyczone granice, to zastanawiasz się jak dużo możesz w nich zmieścić, kiedy natomiast dostajesz wolną rękę, to nie wiesz co ze sobą zrobić :)

    OdpowiedzUsuń