Są pewne filmy, do których trzeba dorosnąć, chociaż mam wątpliwości czy nie działa to w drugą stronę... Równie dobrze, można by powiedzieć, że istnieją filmy, które z pełnym zrozumieniem może zrozumieć przedszkolak i nie chodzi mi tu wcale o animacje dla dzieci (bo te ostatnimi czasy wydają się bardzo pro-dorosłe). O co mi chodzi? Dwie sprawy.
Sprawa pierwsza. Dawno, dawno temu, w innym mieście w innych realiach, moja mama kupiła vivę, galę albo inne czasopismo dla kobiet, w którym znajdowało się dvd z filmem "Być jak John Malkovich" Spike'a Jonze'a. Miałem wtedy ile... 10 lat, może trochę więcej. Zaczęliśmy go z mamą oglądać. Wydał nam się dziwny. Dotarliśmy do pojawienia się sceny erotycznej w filmie i na tym mój ówczesny seans się zakończył. Był to jeden z niewielu przypadków, kiedy zakazany owoc mnie nie kusił. Dla przykładu "Pulp Fiction" obejrzałem w pierwszej gimnazjum, po tym jak mój tata stwierdził, że jestem jeszcze za młody, żeby go obejrzeć. Byłem w stanie go zrozumieć i docenić, więc kto wie... może się mylił. Z Jonzem sprawa miała się trochę inaczej. Dopiero niedawna "Ona" sprawiła, że zapoznałem się z jego twórczością. I o mój **** cóż to było za odkrycie! To fascynujące zjawisko, kiedy wraca się do filmu, obejrzanego w dzieciństwie i odkrywa się w nim nowe poziomy, mnogość odniesień i konteksty, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Tym razem film zrozumiałem (a przynajmniej tak mi się będzie wydawać, dopóki nie obejrzę go za kolejnych 10 lat) i polubiłem.
Druga sprawa. Dzięki mojemu tacie, z którym oglądałem jeden film tygodniowo, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że wychowałem się na kinie sensacyjnym. Mam bodajże trzy zaległe pozycje w filmografii Schwarzeneggera (tej starej, sprzed powrotu), całkiem sporo odhaczonych w Van Damme'a i najmniej, co nie znaczy mało u Seagala. Czy jest się czym chwalić? Trudno powiedzieć. Jest to jakaś podstawa, która daje mi pewne porównanie i wiedzę, nazwijmy ją, historyczną jeśli chodzi o znajomość gatunku, który rozwijał się, gdy mnie jeszcze na świecie nie było, a zaczynał zmieniać kierunek rozwoju, gdy ja już się z nim zapoznawałem. W każdym razie, co ostatnio odkryłem - rok 1993 był to dziwny rok. Dwóch ikonicznych aktorów dla tamtego kina - Schwarzenegger i Stallone nakręcili każdy po filmie, które nie były typowymi akcyjniakami. Owszem, narracja podążała powszechnie wówczas stosowanym schematem "gonimy tego złego, bo robi ludziom kuku", ale przy okazji zawierała wiele cytatów do innych filmów czy aktorów znanych z gatunku albo wprowadzała wątki komediowe, tworząc obrazy autoironiczne, ale przez to aktualne po dziś dzień.
W "Bohaterze ostatniej akcji" Arnold Schwarzenegger gra Jacka Slatera, fikcyjnego bohatera filmów akcji, którego fanem jest nastolatek Danny. Pewnego dnia Danny za sprawą magicznego biletu wchodzi do filmu i tu zaczynają się... śmieszne rzeczy dziać. Danny bowiem usilnie stara się udowodnić Jackowi, że obaj znajdują się w filmie. Stara się zatem zwrócić jego uwagę na mijane postacie z innych filmów, zabiera go do wypożyczalni by pokazać filmy ze Schwarzeneggerem i demaskuje schematy rządzące filmowym światem. Gdy oglądałem to mając lat kilka, nie miałem tego filmowego bagażu, który pozwala wyłapywać poutykane tu i ówdzie smaczki, toteż bawiła mnie głównie sama akcja. Dopiero po latach dane mi było pobawić się w poszukiwania intertekstualności i znaleźć nowe źródła rozrywki.
Podobnie rzecz się miała z "Człowiekiem Demolką", w którym zagrał Stallone (i Sandra Bullock, do której urody powoli się przekonuję). Pamiętałem ten film jako typowy akcyjniak. Przymierzając się do obejrzenia, spodziewałem się więc zapychającego czas seansu na odmóżdżenie i jakież było moje zdziwienie, kiedy film okazał się nie tylko przepełniony całkiem błyskotliwym humorem (poważnie!), ale też odwołaniami do zjawisk popkulturowych z lat 90, w których to zaczyna się akcja filmu. Te wątki były przeze mnie kompletnie zapomniane i choć pewnie zauważyłem je jako chłopiec, to dopiero zostanie młodzieżą/młodym dorosłym spowodowało, że bawiły mnie one bardziej niż sama akcja.
Intertekstualność w filmach, wyróżnia dzisiaj udanych twórców, od wyrobników. Z jednej strony zazdroszczę, z drugiej współczuję dzieciom, które chodzą do kina na teoretycznie skierowane do nich animacje. Naprawdę, jeśli są wstanie zrozumieć "LEGO: Przygodę" to tylko pozazdrościć rodzicom udanego malca. Odwołań do innych filmów i dzieł było tam tak dużo, że za kilkanaście/dzieści lat, te maluchy będą mogły ze spokojem oglądać to ze swoimi dziećmi bawiąc się równie dobrze, a może nawet lepiej niż one. Biorąc jednak pod uwagę, że ja i moja dziewczyna zwijaliśmy się ze śmiechu, kiedy dzieciaki chciały wychodzić, a dorośli przysypiali, można mieć wątpliwość czy film ten zachowa się w zbiorowej świadomości jako animacja czyjegoś dzieciństwa. A szkoda, bo zabawa w szukanie odniesień to taka podbudowująca ego rozrywka.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz