W Poznaniu trwa właśnie (a właściwie już się kończy) festiwal filmów krótkometrażowych Short Waves. Jako, że mój tegoroczny udział w tym festiwalu był bardzo aktywny (byłem aż na dwóch pokazach... gdzie dziennie średnio odbywa się z 7-8, ale głosowałem na film konkursowy, więc może moja obecność nie była bez znaczenia) chciałem podzielić się moimi refleksjami.
Po pierwsze widziałem krótkie metraże, które były nominowane do Oskara i muszę przyznać, że trochę się zawiodłem. Od dłuższego czasu mam świadomość, że Akademia nie jest żadną wyrocznią, a jej werdykty często były dziwne. Tyle, że na te pięć szortów, według mnie wyróżniały się dwa i to w dodatku dwa o zabarwieniu komediowym. Mam do siebie trochę żalu o to, że skłaniam się częściej ku kinu rozrywkowemu niż zaangażowanym dramatom, ale dla mnie filmy to przede wszystkim dobra zabawa. Oczywiście nie jest tak, że kino akcji to jedyne co oglądam (choć trzeba przyznać, że dzieciństwo z cotygodniowym filmem ze Schwarzeneggerem albo Van Dammem mogło mnie trochę skrzywić), lubię także kino... "ambitne". Ale weźmy taki "Kongres" Ariego Folmana, nie tylko był inteligentną diagnozą współczesnego świata, to była także świetna zabawa w szukanie odwołań do innych tekstów kultury!
Wracając do tematu, nie rozumiem dlaczego półgodzinny film o umierającym chłopcu i pracowniku hospicjum/szpitala, który "próbuje na nowo obudzić w nim wiarę w radość życia" ma być lepszy od trzynastominutowego filmu o więźniu, który twierdzi, że jest Bogiem. Tym bardziej, że oglądając "Helium" (ten pierwszy) ma się wrażenie, że to już było... kiedyś... i to w lepszym wykonaniu. Natomiast brytyjski szort "Problem Voormana" (ten drugi) jest błyskotliwy, zaskakujący i ciekawy, co trudno powiedzieć o dość schematycznej historii szpitalnej. W ogóle tematyka konkursowych szortów mnie trochę zastanawia. Zarówno wśród tych oskarowych jak i shortwavesowych (przynajmniej tych ośmiu, które dane mi było zobaczyć) dominował przygnębiający albo przynajmniej poważny klimat. Czy wynika to z faktu, że trudniej zrobić podnoszący na duchu film niż taki, który będzie w sposób poważny poruszał jakiś problem? Oglądając te filmy mam wrażenie, pewnej nieszczerości twórców. To tak jakbym słyszał ich mówiących "Zróbmy jakiś film konkursowy. Niech porusza jakiś problem, dostaniemy punkty za społeczne zaangażowanie". Upraszczam i z pewnością krzywdzę niektórych autorów, ale jeden film był straszny i ciężki, a poza tym było to "Uwolnienie" (film z 1972) w krótszej formie z młodszymi bohaterami. (HAHA, to był ciężki spoiler, ale przynajmniej już nie obejrzycie tych filmów przez przypadek). Inny z kolei trwał trzy minuty i opowiadał tak obcą historię, która przypominała bardziej szkic, niż całą fabułę, że kiedy się skończył byłem wielce zaskoczony.
Nie jestem specjalistą od krótkiego metrażu, ale póki co mistrzem jest dla mnie Jim Jarmusch i jego "Kawa i papierosy". Zbiór krótkich, a treściwych nowelek, z których każda ma jakiś element charakterystyczny, wyróżniający ją na tle pozostałych. Wszystkie są inteligentne i oddające w jakiś sposób rzeczywistość. Kto z nas nie siedział nigdy przy kawie i/lub papierosie, rozmawiając o cewce Tesli albo o złym bracie bliźniaku Elvisa. No chyba każdy miał taki epizod. I za wyłapanie i sportretowanie takich sytuacji należą się Jarmuschowi brawa. Jeśli macie dziś dwie godziny wolnego i przypadkiem na waszej półce stoi dvd z "Kawą i papierosami", to nie zwlekajcie i dajcie się wciągnąć w ten czarno-biały świat potrącanych kubków i papierosowego dymu.
Udanej niedzieli :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz