poniedziałek, 14 kwietnia 2014

O trzy sezony za długo, czyli dlaczego wciąż oglądam "Californication"

Stało się. Nadszedł siódmy i zarazem ostatni sezon "Californication". Serialu, który oglądam od gimnazjum i ciągle mam problem, żeby przestać, choć od dłuższego czasu seanse sprawiają mi więcej zawodu niż rzeczywistej radości. Może jednak zacznę od początku.


Pierwszy sezon czarował. To było coś. Sen o Ameryce, szkoła życia i dużo inteligentnych żartów, które choć korzystały często z wulgaryzmów i seksualnych odniesień, pozostawały błyskotliwymi komentarzami na temat społeczeństwa i zachodniej kultury. Któż nie chciał być Hankiem Moodym, jeżdżącym starym porche pisarzem-kobieciarzem, który zmaga się twórczym kryzysem. To był ktoś, z kim można się było utożsamić, bo choć dużo go różniło od szarego człowieka, to problemy miał zwyczajne. Kłótnie z ukochaną, problemy z wychowywaniem córki, czy inne, słabiej akcentowane w serialu, ale ciągle obecne. Serial okazał się hitem nie dlatego, że był szokujący w swoim epatowaniu seksem, moim zdaniem zadecydowała o tym jego szczerość.


Lata mijały, aktorzy się starzeli, co widać była zwłaszcza po odtwórczyni roli Becci, w końcu nie mogła całe życie pozostać nastolatką. W związku z tym sama postać córki pisarza stawała się istotniejsza, a jej nowe problemy związane z dorastaniem i wchodzeniem w dorosłe życie często stanowiły główne wątki poszczególnych odcinków. Oczywiście Hank wpakowywał się w coraz to nowe tarapaty, co chwilę odzyskiwał i tracił Karen, by potem znowu do niej tęsknić i próbować wrócić do jej łask. Stety czy niestety, nadszedł koniec czwartego sezonu, w którym to wszystkie wątki zostały rozwiązane, a bohaterowie ruszyli dalej swoimi ścieżkami. Ostatni odcinek sezonu kończył się kompozycyjną klamrą nawiązującą do sceny otwierającej pilota. Stonesi, porche i odjazd ku zachodzącemu słońcu. Idealne zakończenie... z tym, że to nie był koniec.


Z "Californication" mam trochę tak jak z "Matrixem". O ile przygody Neo kończą się dla mnie na pierwszej części (jedynej właściwej), o tyle "Californication" to dla mnie cztery pierwsze sezony. Potem jest już tylko smutno. Mam jednak wrażenie, że sami twórcy tak myśleli o swoim serialu, bo jak inaczej wytłumaczyć rozpoczynający piąty sezon napis "2 years later", który zrywał ze wszystkim co wprowadził sezon poprzedni, robiąc ogólne przetasowanie i stwarzając możliwości do wprowadzenia nowych bohaterów mających pchać dalej fabułę. Tylko co z tego, skoro ciągle chodziło o to samo, a po drodze zgubił się klimat, będący jednym z aspektów przyciągających widzów. Gdy zderzy się piąty sezon, z którymkolwiek z poprzednich to widać nie tylko zubożenie formy, ale też treści. Był to sezon, w którym żarty były suche i co raz bardziej wulgarne co miało rozwinąć się jeszcze bardziej w sezonie szóstym, w którym seksem charakteryzowało się bohaterów i pchało historię (jeśli w ogóle można powiedzieć, że było tam coś takiego). Bohaterowie zamiast dojrzewać, dziecinnieli, a historia zaczęła pożerać swój własny ogon powtarzając te same rozwiązania. Sam Hank z pisarza zamienił się w wyrobnika-awanturnika, który to pracuje przy filmie, to przy musicalu i cały czar związany z pewną elitarnością zawodu, który wykonywał prysł, zostawiając nas w towarzystwie ludzi, którzy nie reprezentowali już w zasadzie nic konkretnego.

Mimo wszystkich bolączek ostatnich sezonów, zasiadam do nowych odcinków nie tracąc wiary, że choć upadek był potężny, to twórcy zdołają zakończyć serial z godnością i na przyzwoitym poziomie. Nadzieje to pewnie płonne, bo choć po obejrzeniu pierwszego odcinka nie czuję wielkiego niesmaku, to mam wrażenie, że zabrakło już pomysłów, które mogłyby zatrzymać widzów przed telewizorami. Jak śpiewał klasyk "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym", producenci "Californication" przegapili ten moment i teraz mogą liczyć już tylko na oklaski wdzięczności za cztery pierwsze lata i dziękczynne za to, że więcej sezonów nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz